Reklama

Reklama

Reprezentacja Polski. Polacy zremisowali w Izraelu w 1959 roku. Pierwszy wyjazd poza Europę

29 listopada 1959 roku polska kadra zremisowała 1-1 z Izraelem w Ramat Gan. To był pierwszy mecz "Biało-Czerwonych" poza Europą! Piłkarz rywali został odesłany do szatni, choć jeszcze nie było czerwonych kartek.

W nagrodę za wygraną 3-0 z zachodnioniemieckimi "amatorami" w Essen w olimpijskich kwalifikacjach kilka dni wcześniej reprezentanci Polski udali się prosto do Izraela. Mecz towarzyski jakich wiele, a jednak historyczny. Po raz pierwszy "Biało-Czerwoni" rozegrali oficjalne spotkanie poza Europą! Niecałe 38 lat po premierowym występie narodowa ekipa opuściła Stary Kontynent i zaprezentowała się w Azji. Mecz bez wielkiej historii, najbardziej godnym uwagi wydarzeniem spotkania było usunięcie z boiska jednego z zawodników. Czerwone kartki wprowadzono dopiero 11 lat później, w 1970 roku, wcześniej piłkarzy z boiska usuwano, pokazując drogę do szatni. Kara po raz pierwszy miała miejsce w meczu naszej drużyny z Izraelem, na szczęście - w szeregach przeciwnika. Pomocnik rywali Gideon Tisch nie potrafił utrzymać nerwów w ryzach i uderzył w twarz kapitana polskiej drużyny, Edmunda Zientarę. Holenderski arbiter, Leo Horn, natychmiast nakazał winowajcy opuścić boisko. Dopiero kilka minut później "Biało-Czerwoni" uratowali remis po "główce" Ernesta Pola (dziś Pohla) z rywalem, którego pół roku wcześniej pokonali 7-2 również towarzysko we Wrocławiu.

Reklama

Leo Horn był holenderskim Żydem, który w 1941 roku został przez rodzimy związek piłkarski skreślony z listy sędziów z racji swego pochodzenia. Brat Horna, Edgar zginął w obozie koncentracyjnym.  Horn po II wojnie światowej był wyśmienitym arbitrem, sędziował m.in. "mecz stulecia", w którym na Wembley Anglicy ulegli węgierskiej "Aranycsapat" ("Złotej Jedenastce") 3-6. To wtedy Horn zapoznał się z legendarnym Ferencem Puskasem. Znajomość przetrwała, w 1962 roku w finale Pucharu Europy Real Madryt uległ Benfice Lizbona 3-5, a Horn w trakcie którejś z boiskowych dyskusji rzucił gwizdkiem w "Galopującego Majora". Rzucił i trafił go w ucho! Dziś nie pomyślenia.

Inny węgierski akcent towarzyskiego meczu w Ramat Gan to madziarski trener Izraela Gyuala Mandl. Przed wojną siedmiokrotny mistrz Węgier z MTK Budapeszt, w czasie wojny uratowany z obozu pracy przez przyjaciela, który na tę okazję przywdział austrowęgierski mundur z czasów I wojny światowej(!).

To by było korzystne dla tego artykułu gdyby któryś z piłkarzy Izraela grających w tym meczu był urodzony w Polsce. Można by wówczas roztoczyć paralelę z popularnym ostatnio serialem "Król", powstałym na podstawie prozy Szczepana Twardocha. Można by wówczas potraktować pierwszy mecz polskiej kadry na terenie Azji (wcześniejsze spotkania w Stambule były rozgrywane w jego europejskiej części) jako kwestię rodzinną. Niestety wszyscy gracze Izraela (oprócz pochodzącego z Francji rezerwowego bramkarza) urodzili się na terenie brytyjskiego mandatu Palestyny. Wszyscy jak jeden mąż rywale byli amatorami i jak jeden mąż walczyli za kraj podczas seryjnych wówczas konfliktów arabsko-żydowskich.

Państwowość Izraela zaczęła się dokładnie 14 maja 1948 i jak głosi stugębna plotka, język polski przegrał tylko o jeden głos w Knesecie z hebrajskim, który został oficjalnym językiem żydowskiego państwa. Piękna historia, tyle że... nieprawdziwa. Na terenie brytyjskiego Mandatu Palestyńskiego przewagę liczebną mieli Arabowie, więc gdy powstał Izrael, stworzyli go przybysze mówiący wszystkimi językami świata. Przywódcy (w tym Dawid Ben-Gurion, czyli David Grün z Płońska) zdecydowanie postawili na zrewitalizowany język hebrajski. Używanie jidysz (czyli języka, którym w różnych odmianach mówiono w Europie Centralnej, słowami z niego pochodzącym są m.in. frajer, bachor, bajzel, belfer i  fajny) było zabronione w teatrach, urzędach, szkołach, a co dopiero polskiego. Po polsku rozmawiano w kuluarach, kawiarniach, po polsku mówili Zbigniew Brzeziński i Menachem Begin (urodzony jako Mieczysław Biegun w Brześciu) przy partyjce szachów w Camp David w 1978 roku. Tam negocjowano porozumienie, za które Begin i egipski prezydent Anwar Sadat otrzymali Pokojową Nagrodę Nobla.

61 lat temu na murawie stadionu w Ramat Gan (czasem błędnie podawano, że miasto jest częścią aglomeracji Tel Awiwu/Jaffy) po raz ostatni w reprezentacji  wystąpił znakomity stoper, Roman Korynt, który miał dopiero 30 lat. Za kulisami jego pożegnania z kadrą stały jednak powody, nie mające nic wspólnego ze sportem, jakże charakterystyczne dla tych czasów. Na portalu "Retro Futbol", czytamy:

"Podczas pobytu reprezentacji w Niemczech, obrońca poznał mężczyznę mówiącego po polsku. Jegomość opowiadał, że pochodzi z Gdańska. Panowie utrzymali kontakt i pisali do siebie korespondencję. W jednym z listów, tajemniczy nieznajomy zapytał o zarobki piłkarza. Korynt odpisał zgodnie z prawdą, że otrzymuje 300 złotych za wygrany mecz. Kilka dni później informacja ta została przekazana niemieckiej prasie i zrobiła się afera. Zgodnie z panującymi zasadami, w Igrzyskach Olimpijskich mogli brać udział jedynie amatorzy, którzy nie pobierali żadnego wynagrodzenia. Zachodni dziennikarze podgrzewali atmosferę, pisząc, że niemieccy amatorzy grali z polskimi zawodowcami. Dlaczego? Niemcy przegrali z nami w eliminacjach, więc ów jegomość miał nadzieję, że przez tę intrygę zostaniemy zdyskwalifikowani.

Piłkarz tłumaczył później przedstawicielom PZPN-u, iż pisząc o pieniądzach, miał na myśli zwrot utraconych zarobków. Wyjaśnienia te przesłano następnie do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który uznał je za wystarczające. Wydawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, a Koryntowi nic nie grozi. Był to jednak początek poważnych problemów. Zawodnik Lechii nie mógł wyjeżdżać z klubem na żadne mecze zagraniczne, a w reprezentacji Polski otrzymał szlaban na...10 lat. Wrodzona ufność do ludzi spowodowała, że najlepszy obrońca w naszym kraju został potraktowany jak zdrajca. Z tego powodu nie pojechał na Igrzyska Olimpijskie, a jego licznik gier z orzełkiem na piersi zatrzymał się na trzydziestu czterech występach (w tym czterech w roli kapitana)." 

Dwie dekady później w meczu z Węgrami w Chorzowie jedyny raz w reprezentacji Polski wystąpił syn Romana Korynta, Tomasz.

29.11.1959 rok Izrael - Polska 1-1 (0-0)

Bramki: 1-0 Levy (60.), 1-1 Pohl (84. głową).

Izrael: Chaim Boh (6. Michael Portal) — Janko Simandiris, Saul Matanya, Hanoch Mordkowicz — Josef Goldstein (k), Gideon Tisch (77. wykluczony) — Avraham Mentchel, Nahum Stelmach, Rehavia Rosenbaum, Rafi Levy, Yeshua Glazer. Selekcjoner Shlomo Fuchs, trener Gyula Mandl .

Polska: Tomasz Stefaniszyn — Henryk Szczepański, Roman Korynt, Fryderyk Monica — Marceli Strzykalski, Edmund Zientara (k) — Eugeniusz Faber, Witold Majewski, Stanisław Hachorek, Ernest Pol, Krzysztof Baszkiewicz. Kapitan związkowy Czesław Krug, trener Jean Prouff (współpraca Kazimierz Górski).

Sędziował Leo Horn (Holandia). Usunięty z boiska: Tisch (77. - za uderzenie w twarz Zientary). Stadion Ramat Gan - widzów 50 000.

Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje