Reklama

Reklama

Reprezentacja Polski. Mateusz Klich: Kadra nie gra finezyjnie, ale radość dają awanse, a nie styl. Piłka to nie skoki narciarskie

Dla Mateusza Klicha gra w Premier League to spełnienie marzeń. Na dodatek do najlepszej ligi świata reprezentant Polski wszedł jak do siebie, w czterech meczach strzelając dwa gole i notując asystę. - Lepszego startu nie mogłem sobie wymarzyć. W Anglii urzekły mnie otoczka, telewizje, olbrzymie pieniądze. Świadomość, że ogląda cię cały świat jest podniecająca - mówi Klich w rozmowie z Interią.

Sebastian Staszewski, Interia: - Wielu kibiców i ekspertów uważa, że Premier League to najsilniejsza liga na świecie. Zgadzasz się z tą tezą?

Reklama

Mateusz Klich: - Po meczu z Liverpoolem mogłem powiedzieć, że różnica między Premier League a Championship jest duża. Ale pamiętaj, że Liverpool to nie tylko czołowa drużyna Anglii, ale też jeden z najlepszych zespołów na świecie. Po kolejnym spotkaniu, z Fulham, nie widziałem jednak przepaści. Tu jest jednak kolejne "ale", bo tę ekipę znaliśmy z rywalizacji na zapleczu. Żeby obiektywnie ocenić ligę potrzebuję więc dziesięciu, może piętnastu meczów. Chciałbym wyrobić sobie zdanie na temat tych rozgrywek nie tylko na podstawie gier z Liverpoolem czy Manchesterem City, które rozbudzają wyobraźnię.

A może jest odwrotnie i pomyślałeś, że ta liga wcale taka silna nie jest? Zagrałeś w niej cztery mecze, strzeliłeś dwie bramki, dołożyłeś do tego asystę. "Bułka z masłem" - przeszło przez głowę... 

- Gdybym tak pomyślał, to od razu zostałbym przez trenera Marcelo Bielsę sprowadzony na ziemię. Mam jednak świadomość, że lepszego początku nie mogłem sobie wymarzyć. No, może moglibyśmy jeszcze dołożyć do tego trzy punkty na Anfield, wtedy mielibyśmy komplet. Ale to już byłaby bajka.

Co lepiej smakowało: niesamowity, choć przegrany 3-4 mecz z Liverpoolem, o którym mówiła cała Anglia czy pokonanie 4-3 Fulham albo 1-0 Sheffield United?

- Wolę zwycięstwa. Można sobie fajnie kopać piłkę, ale liczą się tylko punkty. A za styl ich nie dają, to nie skoki narciarskie. Potrzebujemy tych punktów do utrzymania się, które jest głównym celem. A co z tego, że fajnie pokazaliśmy się na Anfield, skoro straciliśmy tam aż cztery gole?

Trener Bielsa wściekł się na waszą grę defensywną?

- Wściekał. Z chłopakami po dwóch pierwszych meczach śmialiśmy się, że mamy siedem strzelonych bramek, a bilans bramkowy i tak wynosi zero. Biorąc pod uwagę fakt, że w poprzednim sezonie z całej stawki mieliśmy najwięcej meczów wygranych "na zero" z tyłu, to musimy nad tym popracować. Mówił nam zresztą o tym trener. Będą spotkania w których nie strzelimy czterech czy pięciu bramek i wtedy może pojawić się kłopot.

Co w Premier League urzeka najpierw?

- W normalnej sytuacji to pewnie pełne stadiony...

Ale pełne nie są. Takie czasy.

- Gdyby to był mój pierwszy rok w Anglii, byłbym pewnie bardzo smutny, ale gram tu już prawie trzy lata. Miałem okazję pobiegać po starych obiektach, gdzie kibice są w stanie złapać cię za koszulkę, gdy wyrzucasz aut. W Premier League urzekają także otoczka, organizacja, telewizje czy olbrzymie pieniądze, które nam też poszły do góry. Świadomość, że ogląda cię cały świat jest podniecająca.

Czujesz się jak dziecko w fabryce czekolady? Wszędzie dookoła Arsenale, Manchestery, Liverpoole...

- Teraz już nie, ale zaraz po awansie byłem podekscytowany. Nie tylko faktem awansu i tym, co po nim przyjdzie, ale także tym, że wygraliśmy jedną z najtrudniejszy lig w Europie. Zwłaszcza po sezonie sprzed dwóch lat, gdy do szczęścia zabrakło niewiele. Ale zostaliśmy w Leeds i powiedzieliśmy sobie, że tym razem musi się udać. No i udało się, pomimo lockdownu. Napisaliśmy naprawdę fajną historię.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje