Reklama

Reklama

​Reprezentacja Polski. Jerzy Brzęczek zwolniony. Boniek zniszczy to co zbudował?

Prezes Zbigniew Boniek podjął dramatyczną decyzję o zwolnieniu selekcjonera na dwa miesiące przed startem eliminacji mundialu w Katarze. Nagle, jak ktoś, kto doznał objawienia.

Osiem sekund wymownego milczenia na wizji Roberta Lewandowskiego okazało się jeszcze bardziej brzemienne w skutki niż się spodziewaliśmy po przegranym meczu z Włochami. Nie znaczy to, że kapitana drużyny narodowej należy obarczać decyzją o zwolnieniu Jerzego Brzęczka. Podjął ją Zbigniew Boniek i on ją firmuje.

Interes Lewandowskiego

Reklama

Jesienią prezes bronił selekcjonera w domniemanym konflikcie z Lewandowskim. Tłumaczył, że kadra jest dobrem nadrzędnym, które stoi ponad prywatnym interesem. Nie przypuszczam, by napastnik Bayernu i najlepszy piłkarz 2020 roku miał jakiś inny interes niż ten, by odnieść sukces z drużyną narodową. Po wygraniu Ligi Mistrzów niczego więcej mu już nie brakuje.

Nie wiem, czy Boniek radził się piłkarzy zanim podjął decyzję o pozbyciu się Brzęczka. Może krok jest słuszny, ale wydaje się mocno spóźniony. Następca zadebiutuje 25 marca w kluczowym starciu na Węgrzech w eliminacjach mundialu w Katarze, trzy dni później zagra z Andorą w Polsce i po kolejnych 72 godzinach z Anglią na Wembley. A potem pojedzie na Euro 2020.

Brzęczek przygotowywał drużynę, by sprostała zadaniu i nagle został zdjęty ze stanowiska, bo pracodawca dokonał głębszych analiz? Dlaczego nie dokonał ich w listopadzie 2020 roku, zaraz po porażkach z Włochami i Holandią w Lidze Narodów? Nie wiadomo.

Jak pandemia wpływa na nasze życie? Gdyby nie COVID-19 selekcjoner Brzęczek byłby już po finałach mistrzostw Europy. Przeniesienie turnieju umożliwiło Bońkowi zwolnić go przed Euro. Latem prezes z tego nie skorzystał, przedłużając kontrakt z selekcjonerem. I wielokrotnie publicznie tłumaczył kibicom, że Brzęczek jest najlepszym kandydatem na to stanowisko.

Co się zmieniło? Nie mamy zielonego pojęcia. Jan Tomaszewski nie dostrzega polskiego trenera, który sprostałby potrzebom piłkarzy takich jak Lewandowski, mających styczność z fachowcami z topu jak Juergen Klopp, Pep Guardiola, czy Hansi Flick. Trudno się w tym względzie z Tomaszewskim nie zgodzić. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie, że Boniek postawi na trenera z zagranicy - bywał zaciekłym tego przeciwnikiem. Ostro krytykował pracę Leo Beenhakkera - jedynego obcokrajowca w historii, który samodzielnie prowadził naszą kadrę.

Boniek i trener zagraniczny

Beenhakker z pewnością nie był bez winy, ale jego pojawienie się w Polsce i wprowadzenie kadry pierwszy raz do finałów ME w 2008 roku, ściągnęło na Holendra niechęć niemal całego środowiska piłkarskiego. Polscy trenerzy i inni ludzie piłki prowadzący na co dzień wojnę domową, zjednoczyli się w niechęci do kogoś z zewnątrz. A bo my Polacy to gęsi i swojego futbolowego języka nie mamy?

Mamy. Podam przykład. Pracę Holendra klamrą spiął jedyny polski król strzelców mundialu Grzegorz Lato. Po nominacji dla Beenhakkera odwrócił się do dziennikarzy ze słowami "macie co chcieliście, a teraz my będziemy was j...". Kilka lat później, już jako prezes PZPN miał przyjemność wygnać Holendra z Polski, ogłaszając to najpierw w telewizji, a dopiero potem zainteresowanemu. To była opera mydlana, dziś nie ma na to miejsca, ani czasu.

Szkoda, że Lacie nic już potem nie wychodziło tak dobrze, jak ganianie po zielonej murawie na mundialach w 1974 i 1982 roku. Genialny piłkarz, przeciętny trener, słaby prezes - tak to widzę.

Bardzo bym nie chciał tego samego powiedzieć o Bońku. Pierwsze dwa składniki się jednak zgadzają. Jako prezes ma znacznie większe osiągnięcia niż Lato. Postawił drużynę narodową na nogi, zjednoczył wokół niej kibiców, przejawy głębokiej frustracji zastąpiło bezwarunkowe wsparcie. Tam gdzie gra kadra, stadion zapełnia się po brzegi. To wartość trudna do przecenienia.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Zostało Bońkowi siedem miesięcy kadencji. Nie byłby jednak sobą, gdyby odszedł tak spokojnie, bez wstrząsów. Nie jestem wielbicielem Brzęczka, ani zaciekłym wrogiem, jego drużyna rzadko wzbijała się ponad przeciętność, chwilami grała tak, jakby polscy piłkarze nie lubili swojego zawodu. Mimo wszystko zwalnianie go akurat teraz, wygląda na akt desperacji prezesa. Oby jak najmocniej uzasadniony. W przeciwnym wypadku może się okazać, że Boniek zniszczy to co zbudował.

Pozostaje mi życzyć wszystkim zainteresowanym, by to tajemnicze i nagłe objawienie prezesa wyszło na dobre drużynie narodowej.

Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje