Reklama

Reklama

Reprezentacja Polski. Jaki był rok 2020? Jerzy Brzęczek bez postępu, stabilizacji i sojuszników

Jeden punkt i jedna bramka zdobyte w czterech prestiżowych meczach. Krytyka mediów, kibiców i… Roberta Lewandowskiego. Brak stabilizacji i niekończące się poszukiwania. I w końcu koronawirus, który niespodziewanie zabrał mistrzostwa Europy. Tak w telegraficznym skrócie wyglądał ostatni rok Jerzego Brzęczka. Wydaje się, że najtrudniejszy w jego zawodowej karierze.

Chociaż końca dobiega dopiero listopad, to meczem z Holandią reprezentacja Polski zakończyła już piłkarski rok 2020. Dla selekcjonera Jerzego Brzęczka było to trudne jedenaście miesięcy, przez które mozolnie szedł pod górę, z której co chwilę zlatywały głaz za głazem. Jeszcze tydzień temu wydawało się, że wspinaczka 49-latka może zakończyć się tuż przed atakiem szczytowym, ale ostatnie wywiady prezesa PZPN Zbigniewa Bońka sugerują, że w czerwcu przyszłego roku Brzęczek jednak będzie miał okazję poprowadzenia kadry w trakcie mistrzostw Europy.

Reklama

Przed turniejem nie mamy jednak wielu powodów do optymizmu, bo za kadrą i jej selekcjonerem słaby rok. Wydaje się, że wręcz najtrudniejszy w zawodowej karierze Brzęczka.

Po pierwsze: bez postępu

Na początku warto przedstawić fakty. Brzęczek spełnił powierzone mu przez Bońka zadanie i utrzymał się z reprezentacją w Dywizji A Ligi Narodów. I za to należy mu się pochwała. Z sześciu gier wygrał dwie, jedną zremisował i trzy przegrał. Jego zespół w tym roku rozegrał także dwa mecze towarzyskie i w obu zwyciężył (5-1 z Finlandią i 2-0 z Ukrainą). Gdy jednak spojrzymy na bilans Brzęczka dokładniej, okaże się, że w czterech prestiżowych meczach z Włochami i Holandią Polska zdobyła jeden punkt i strzeliła jednego gola.

Jeszcze bardziej od wyników boli styl, bo w każdym z tych meczów byliśmy od rywali co najmniej o klasę gorsi. Gdy po Amsterdamie - gdzie długo nie potrafiliśmy wymienić trzech dokładnych podań - wydawało się, że gorzej być nie może, nadszedł feralny wyjazd od Reggio Emilia i okazało się, że jednak może. I to dużo gorzej. W Italii kadra była zagubiona, chaotyczna, bez pomysłu, odwagi i planu. 

Pocieszeniem nie mogą być nawet dwa zwycięstwa z Bośnią i Hercegowiną (2-1 na wyjeździe i 3-0 u siebie), bo gdy my w rankingu FIFA zajmujemy 18. miejsce, Bośniacy są w nim dopiero na 51. lokacie. Gdy natomiast dochodziło do rywalizacji z rankingowymi sąsiadami, kończyło się klapą i laniem. Zajmujący 15. miejsce Holendrzy pokonali nas 1-0 i 2-1, natomiast Włosi - z 12. miejscem w rankingu - wygrali 2-0 i zremisowali 0-0.

Biorąc pod uwagę realne możliwości polskiej reprezentacji, wspomniane porażki nie mogą być uznane za coś dyskwalifikującego Brzęczka. Szczególnie w meczach sparingowych, bo takimi są w rzeczywistości spotkania Ligi Narodów. W oczy kłuje jednak brak postępu. Gdy w 2018 roku selekcjoner zadebiutował spotkaniami z Włochami i Portugalią, udało mu się dwukrotnie zremisować - i to w meczach wyjazdowych. W Bolonii i Guimarães mogliśmy oglądać zresztą naprawdę dobre fragmenty gry naszej kadry narodowej. Coś się jednak zacięło, bo od jakiegoś czasu niemoc naszej drużyny irytuje. Było tak nawet przeciwko Ukrainie, gdy to rywale z powodzeniem próbowali grać w piłkę, a my wykorzystywaliśmy ich błędy. I choć w futbolu chodzi także o to, to po dwuletniej kadencji Brzęczka trzeba oczekiwać, że nasza kadra będzie miała choćby zalążek stylu. Ale niestety nie ma, czemu niezbyt zaprzecza nawet sam selekcjoner. 

Po drugie: bez stabilizacji

Pewne pretensje można mieć do Brzęczka w kwestii personaliów. Za kadencji Adama Nawałki modne było hasło "selekcja negatywna". Poprzedni selekcjoner czasem testował piłkarzy, którzy o kadrze nie mieli prawa marzyć. Gdy potwierdzali braki, znikali z notatnika trenera. Gdy jednak dawali radę, dostawali kredyt zaufania, jak Michał Pazdan czy Krzysztof Mączyński. Po dwóch latach pracy Brzęczka nie tylko nie ma stabilnej kadry, ale ta przypomina wręcz kapryśną listopadową pogodę. W spotkaniach z Ukrainą, Włochami oraz Holandią zagrało aż 25 piłkarzy!

Nierozwiązana jest nawet tak podstawowa kwestia jak obsada bramki. Brzęczek zapowiadał, że bluzę z numerem 1 chce przyznawać co pół roku. Kolejne zgrupowanie kadry natomiast dopiero w marcu i do tego czasu ani Wojciech Szczęsny, ani Łukasz Fabiański nie będą mieć pewności, który z nich jest bliżej podstawowej jedenastki. A to sytuacja w europejskiej piłce bezprecedensowa.

Podobnie jest z kilkoma innymi pozycjami. Zagadką jest obsada lewej strony polskiej obrony, która jest naszym najsłabszym ogniwem. Bojkotowany przez selekcjonera jest Maciej Rybus, którego ostatnie reprezentacyjne losy przypominają użeranie się ze złośliwym szefem; promowany jest za to Arkadiusz Reca, który do roli czołowego reprezentanta jeszcze nie dorósł. Być może na lewym boku dziury znów będzie łatał Bartosz Bereszyński, ale on wolałby występować na prawym, gdzie wciąż rywalizuje z Tomaszem Kędziorą... Tam zresztą także jest duży znak zapytania.

Bogactwo na środku

Miejscem eksperymentów jest środek pomocy, gdzie selekcjoner ma największy wybór. Dziś wciąż nie wiadomo, kto jest pewniakiem, a kto rezerwowym: Grzegorz Krychowiak znalazł się w ogniu krytyki, Mateuszowi Klichowi momentami brakuje regularności, tak samo jak Karolowi Linettemu, Piotr Zieliński jest dziś bliżej skrzydła, pewne mankamenty mają Jacek Góralski czy Jakub Moder. Każdy z wymienionych ma jednak także spore atuty, które można byłoby wykorzystać, ale do tego niezbędne jest zaufanie. A Brzęczek nim nie obdarza - może z wyjątkiem Recy - tak jak wspomniany Nawałka. I choć rację mają ci, którzy twierdzą, że jesień była ostatnim czasem na testowanie, to była także odpowiednim momentem na sygnalizowanie pewnych wyborów. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje