Reklama

Reklama

Reprezentacja Polski. Antoni Szymanowski: Przestańmy czepiać się Jerzego Brzęczka

- Dlaczego ludzie nieustannie czepiają się Jerzego Brzęczka? Ja tego nie rozumiem. Mój kolega - lecz jedynie kolega z boiska - Jan Tomaszewski kolejny raz początkowo chwalił, a później ganił selekcjonera. On robi to niemal zawsze. Ja widzę tę sprawę zupełnie inaczej. Brzęczek wykonuje swoją pracę według własnego uznania. Tu żaden inny cudotwórca nie zdziałałby nic więcej. Uważam, że trener dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków i wprowadza młodych chłopaków. Koniec i kropka. Nie widzę powodów, by się go czepiać - mówi w rozmowie z Interią były piłkarz i 82-krotny reprezentant Polski Antoni Szymanowski.

Tomasz Brożek, Interia: Kurz bitewny po meczach reprezentacji Polski w Lidze Narodów już opadł. Jakie refleksje pozostały w pana głowie po meczach z Holandią oraz Bośnią i Hercegowiną?

Antoni Szymanowski - były piłkarz, a obecnie trener, 82-krotny reprezentant Polski: - Naszą reprezentację mogę ocenić tylko na tle Holandii, która była solidnym przeciwnikiem. W starciu z Bośnią graliśmy przecież z kadrą rezerwową, więc ja tym meczem kompletnie się nie podniecałem. Nie zrobił on na mnie żadnego wrażenia. Jeśli jeszcze nie daj Boże wynik byłby niekorzystny, to moglibyśmy mówić o blamażu. Wróćmy zatem do potyczki z Holandią. Ze zgrupowania skorzystali na pewno ci młodzi zawodnicy - jak na przykład Kamil Jóźwiak - których Jerzy Brzęczek próbuje wprowadzać do zespołu, bo zmiany oczywiście są konieczne.

Reklama

Po tych dwóch meczach selekcjoner musiał zmierzyć się z kolejną już falą krytyki. Czy pana zdaniem w kontekście Jerzego Brzęczka można powiedzieć, że to odpowiednia osoba na odpowiednim stanowisku?

- Odpowiem pytaniem: Dlaczego ludzie nieustannie czepiają się Jerzego Brzęczka? Ja tego nie rozumiem. Mój kolega - lecz jedynie kolega z boiska - Jan Tomaszewski kolejny raz początkowo chwalił, a później ganił selekcjonera. On robi to niemal zawsze. Ja widzę tę sprawę zupełnie inaczej. Brzęczek wykonuje swoją pracę według własnego uznania. Tu żaden inny cudotwórca nie zdziałałby nic więcej. Uważam, że trener dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków i wprowadza młodych chłopaków. Koniec i kropka. Nie widzę powodów, by się go czepiać.

Chciałbym zapytać pana, jako lewego obrońcę w jedenastce stulecia Polskiego Związku Piłki Nożnej, o obsadę lewej strony defensywy w polskiej kadrze. W meczu z Holandią na tej pozycji zagrał Bartosz Bereszyński, czyli nominalnie prawy obrońca. Czy to pana zdaniem optymalny wybór?

- Już od jakiegoś czasu widzimy, że Jerzy Brzęczek próbuje pewnych rozwiązań. Gdy Maciej Rybus wypadł, bo nie był w rytmie meczowym, Bereszyński grał na lewej obronie. Na pewno dawał z siebie wszystko, choć lepiej czułby się na prawej stronie boiska. Tam jednak Brzęczek widzi kogoś innego - Tomasza Kędziorę. Znowu więc czepiamy się o coś, co ostatecznie nie jest takie złe. W meczu z Bośnią i Hercegowiną selekcjoner zdecydował się na inne rozwiązanie i na lewej obronie zagrał Rybus. Czy wyglądało to lepiej, czy gorzej... Ja wielkiej różnicy nie widziałem. Nie ukrywam jednak, że tej pozycji pewnie docelowo powinien występować zawodnik lewonożny, który ma już pewne wysokie umiejętności. Póki co jednak nie ma co krytykować trenera z powodu tego, że forsuje takie rozwiązanie, ponieważ widocznie uważa, na lewej obronie nie ma lepszego zawodnika. Jeżeli Arkadiusz Reca zrobi widoczny postęp, to kto wie, może on zagości na dłużej w wyjściowym składzie.

Ma pan jakiegoś faworyta do obsady lewej obrony już w perspektywie przyszłorocznych mistrzostw Europy?

- Tu jeszcze na pewno wiele może się pozmieniać. Najbliższe mecze będą służyć temu, by selekcjoner próbował różnych rozwiązań. Nie jestem w stanie wskazać w tej chwili jednego zdecydowanego faworyta.

Wróćmy więc zatem na chwilę do świeżej krwi w kadrze Jerzego Brzęczka i porozmawiajmy na temat Michała Karbownika. Żałuje pan, że nie otrzymał on szansy na debiut w seniorskiej reprezentacji podczas ostatniego zgrupowania?

- Selekcjoner inwestuje już w Jóźwiaka i być może nie chciał zbyt mocno szarżować w kwestii wprowadzania perspektywicznych zawodników. Robi to rozsądnie i spokojnie. Istnieje pewne ryzyko. W klubie, choć presja wyniku jest zawsze, można pozwolić sobie na jakieś porażki, decydując się na wystawienie zupełnie innego, odmłodzonego składu. Czasami szkoleniowcy to robią, ale reprezentacja to zupełnie co innego. Po to są rozgrywki młodzieżowe, by tam ogrywali się poszczególni zawodnicy, a gdy selekcjoner zauważy, że są już gotowi, może wstawić do składu jednego, potem drugiego itd. To są "prawidłowe" debiuty. Jeśli widać, że ktoś się nadaje i nie potrzeba mu czasu na ogrywanie, to miejsce dla siebie już ma, bo w drużynie nie ma sentymentów - gra lepszy i tyle. Być może dlatego Jerzy Brzęczek nie chciał jeszcze ryzykować z młodym, nieogranym zawodnikiem.

No właśnie, jak pan, jako były reprezentant, patrzy na tę sprawę? Co stanowi większą korzyść dla samego zawodnika - przyjazd na dorosła kadrę i trening ze starszymi i lepszymi kolegami czy może lepiej, by piłkarz jechał na zgrupowanie reprezentacji młodzieżowej i zagrał dwa razy po 90 minut?

- Powiem tak - każdy ma swoje priorytety. Trener Czesław Michniewicz pewnie byłby zadowolony, gdyby mógł dysponować tymi młodymi zawodnikami, których powołał Jerzy Brzęczek. Tak się jednak złożyło, że miał możliwość sprawdzenia innych piłkarzy. Moje zdanie jest takie - jeśli zawodnik ma grać, niech przyjedzie na zgrupowanie seniorów. Oczywiście są pewne korzyści wynikające z samego treningu z pierwszą kadrą i poznania starszych kolegów. Będzie to stanowiło wartość dodaną, gdy przyjdzie mu z nimi grać. Należy jednak zadać sobie pytanie, czy nie warto wesprzeć młodą reprezentację, by osiągnąć stawiany przed nią cel. Za moich czasów była taka sytuacja, gdy trener Andrzej Strejlau, będąc opiekunem reprezentacji młodzieżowej, korzystał z zawodników, którzy mieli niemal pewne miejsce w pierwszej reprezentacji. Ja sam należałem do tej grupy. Selekcjoner Kazimierz Górski godził się na to, chcąc wzmocnić "młodzieżówkę". Nie okłamujmy się, każdy międzynarodowy wynik polskiej piłki idzie w świat. To bardzo delikatna sprawa. Selekcjonerzy Brzęczek i Michniewicz powinni uzgadniać wszystko między sobą. Priorytetem oczywiście zawsze jest pierwsza reprezentacja, ale to nie oznacza, że nie należy dostrzegać nic poza czubkiem własnego nosa.

W tym kontekście warto zauważyć, że reprezentacja do lat 21 walczy o awans na mistrzostwa Europy i ma na to spore szanse, a z zestawieniem defensywy na mecz z Rosją trener Michniewicz miał spory problem. Jak sam stwierdził po meczu "każdy obrońca był z innej parafii".

- Tak, to się zgadza, lecz mimo to drużyna stanęła na wysokości zadania, choć w pierwszej połowie wcale nie wyglądało to tak obiecująco. Ostatecznie przesądziła ładna bramka Patryka Dziczka, a później dowieźliśmy do samego końca ten wynik, który zawsze idzie w świat. Każdy selekcjoner młodzieżowych reprezentacji zawsze musi akceptować fakt, że priorytetem jest dorosła kadra.

Kończąc wątek Karbownika - pan mógł wyjechać z kraju, by grać w Belgii dopiero w wieku 30 lat. Czy dla młodego piłkarza Legii optymalny czas na zagraniczny transfer nadszedł już teraz, czy powinien on jednak zostać w kraju i dzięki regularnym występom w PKO Ekstraklasie podnosić poziom swojej gry?

- Młodzi piłkarze i ich menedżerowie przebierają nogami, chcąc uciekać z kraju, bo widzą wyłącznie korzyści finansowe. Moim zdaniem polska liga jest idealna do tego, by nabrać wystarczającego doświadczenia, które w wieku maksymalnie 22 lub 23 lat pozwoli pójść w świat. W tym okresie do 23. roku życia zawodnik ciągle się rozwija, a Ekstraklasa daje możliwość ogrywania się, zdobywania pewności siebie itd. Jeśli ktoś występuje w reprezentacji - tym lepiej. Trzeba więc wstrzymać to wszystko. Ale nie ma co mówić. Piłkarze są niecierpliwi, agenci mącą im w głowach, mówiąc o wysokich kontraktach i zawodnicy wyjeżdżają. Ewidentny jest tu przykład Bartosza Kapustki, nie będę szukał dalej. Po latach spędzonych na obczyźnie jest pewnie zadowolony pod względem finansowym, ale pod względem sportowym już nie. Jeśli piłkarz już teraz myśli o zabezpieczeniu własnego bytu na przyszłość, to patrzy zbyt krótkowzrocznie. Nie powinno się tak robić. Odpowiedni ludzie powinni mądrze prowadzić takiego młodego chłopaka. Zawodnik, który nie gra w tak młodym wieku, lecz siedzi na ławce, niczego się nie nauczy. Jego psychika "siada", podobnie jak motywacja. Rzadko pojawiają się tacy piłkarze, którzy mimo braku gry są w stanie odbudować się w danej lidze. Ja tu jestem bardzo ostrożny. Zawsze powtarzam: Pokaż co potrafisz tu i teraz, a gdy skończysz 23 lata, poszukaj transferu. Oczywiście można wyjechać wcześniej, ale trzeba być wyjątkowym talentem, który potwierdza swoje zdolności. Może to być np. 19-lenti chłopak, który ma pewne, powtarzam - pewne, miejsce w pierwszej reprezentacji. Wtedy zatrzymanie takiego gracza w polskiej lidze byłoby cudem. W kontekście Karbownika, podobnie jak Jóźwiaka, nie jest to jednak odpowiedni moment, by szaleć. Potrzebny jest rok lub dwa lata dobrej gry, które potwierdzą, że jest się gotowym do nowych wyzwań. Jeśli jednak chodzi tylko o kontrakt, skasowanie pieniędzy, szczęście rodziców i ukochanej, to jest to dla mnie zbyt płytkie i niezrozumiałe.

Tym bardziej, że często osłabia to zespół, a tym samym całą polską ligę, gdy wyróżniający się zawodnik już po roku dobrej gry wyjeżdża za granicę.

- Każdy ma swoje priorytety. Klub chciałby mieć młodego i solidnego zawodnika, a przy tym spokojnie szukać jego następcy, który zastąpi go w wypadku wyjazdu. Bardzo często jest jednak tak, że szybkie propozycje wyjazdu na zachód niweczą plany trenera, bo wiązał z danym zawodnikiem pewne nadzieje i nagle musi szukać innego rozwiązania. Jeśli zawodnik regularnie udowadnia dobrą formę w lidze i reprezentacji - nie ma problemu. Jeśli jednak miewa tylko przebłyski, widać że idzie w dobrym kierunku i przerywa mu się to wszystko, wtedy bardzo często źle się to kończy. Potrzeba tu nieco cierpliwości i rozwagi.

Skoro mowa o młodych piłkarzach, jak pan ocenia wprowadzony w Ekstraklasie przepis o obowiązku gry młodzieżowca?

- Różnie można na to popatrzeć. Jeśli jeden młody piłkarz obligatoryjnie musi grać, trener musi mieć w odwodzie jeszcze dwóch innych, bo tak to wygląda. Szkoleniowiec musiałby być jednak nierozsądny, nierozważny, nie powiem głupi, żeby wstawiać przeciętnego obcokrajowca, mając do dyspozycji dobrego, młodego Polaka. Nie ma takiego trenera. Nie wiem jakie układy musiałyby zaistnieć, by doszło do takiej sytuacji. Ja nie lubię przymusu. Duszę się, gdy muszę coś zrobić tylko dlatego, że mi każą. Zawsze postępowałem tak, jak ja uważałem za stosowne - czasami lepiej, czasami gorzej. Ten nakaz powoduje, że dany zawodnik musi przebywać na boisku. Być może jeśli kluby nie są gotowe i nie mają odpowiedniej młodzieży, to tracą na tym, bo piłkarz gra ze względu na przepis, nie spełniając stawianych mu oczekiwań. Jestem tutaj rozdarty. Dobrze, gdy pokazują się młodzi zawodnicy, ale robienie czegoś na siłę nie zawsze jest dobrym pomysłem. W niższych ligach może tak, ale w Ekstraklasie do gry wchodzą już duże pieniądze.

Rozmawiał: Tomasz Brożek

Liga Narodów - podział, wyniki, terminarz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL