Reklama

Reklama

"Reprezentacja jest jak żona, klub jest jak kochanka"

"Reprezentacja jest jak żona, klub jest jak kochanka" - wyznał kiedyś Michał Żewłakow. Dzisiejszy mecz z San Marino, zaledwie cztery dni po bolesnym laniu z Ukrainą, trudno w ogóle sklasyfikować.

Znajdź nas na Facebooku! Będziesz na bieżąco!

Reklama

Jeśli ktoś z nas sądzi, że najboleśniejszą karą dla reprezentanta kraju jest gniew kibiców, jest w błędzie. Najgorsza jest obojętność. Mogą o tym opowiedzieć piłkarze z lat 90., którzy nie dość, że przegrywali eliminacje do kolejnych wielkich imprez, to jeszcze grali na rozsypujących się stadionach świecących pustkami. Roman Kosecki, Jan Furtok, Robert Warzycha, Krzysztof Warzycha, Wojciech Kowalczyk nie przeżyli w drużynie narodowej nawet jednego wielkiego dnia, ten ostatni zaczął i skończył co dobre w drużynie olimpijskiej na igrzyskach w Barcelonie.

Tamten czas, gdy kadrę prowadził Wojciech Łazarek, a potem Andrzej Strejlau, Lesław Ćmikiewicz, Henryk Apostel, Władysław Stachurski, Antoni Piechniczek, Krzysztof Pawlak i Janusz Wójcik był dla reprezentacji właściwie stracony. Pamiętam wygrany mecz z Turcją 3-0 w eliminacjach Euro 92, w którym gole zdobyli Tarasiewicz, Urban i Kosecki,  a trybuny stadionu Legii świeciły przygnębiającą pustką. - Zdobyłem bramkę i w szale radości ruszyłem w kierunku moich kibiców. Gdy oprzytomniałem, zobaczyłem tylko puste miejsca - wspominał Kosecki, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej odszedł z klubu przy Łazienkowskiej do Galatasaray Stambuł. W stolicy więcej widzów przychodziło na byle jaki mecz ligowy.

Warto przypomnieć o tym obecnym reprezentantom kraju, którzy mimo podobnego braku sukcesów, grają w innych czasach. Nawet gwiazdy Borussii Dortmund Lewandowski, Piszczek i Błaszczykowski mający w klubie wsparcie najbardziej fanatycznej publiczności w Europie, na kibiców reprezentacji nie mogą narzekać. Jeśli to prawda, że na Stadion Narodowy, na spotkanie z jedną z najsłabszych drużyn na świecie przybędzie dziś 44 tys widzów zaledwie cztery dni po "wtopie" z Ukrainą, to najlepszy dowód, że dzisiejsi kadrowicze żyją we wspaniałych czasach. Oby tylko do nich dorośli.

Moda na kibicowanie drużynie narodowej spotęgowana przez Euro 2012, nie została dana piłkarzom raz na zawsze. Muszą zapracować na to, by kibic chciał poświęcać swój czas i wydawać pieniądze. Starcie z San Marino trudno rozpatrywać w kategorii rehabilitacji za Ukrainę, bo nawet w przegranych z kretesem eliminacjach do mistrzostw świata w RPA, Polacy potrafili z nim wygrać 10-0. Mimo wszystko, nie mogłoby drużyna Waldemara Fornalika spotkać dziś nic gorszego, niż gra przy pustych trybunach.

Michał Żewłakow, rekordzista pod względem występów w drużynie narodowej powiedział kiedyś, że reprezentacja jest jak żona. Chodziło mu o szczególny rodzaj więzi zbudowany na etosie i przysiędze. Bez względu na to, czy relacja jest korzystna finansowo, łatwa, czy trudna, trzeba o nią zabiegać. To dotyczy piłkarzy i kibiców. 

Jestem jak najdalszy od tego, by namawiać ludzi do oglądania złego futbolu, kiedy piłkarze snują się po boisku bez pomysłu i chęci do walki. Jeśli mamy ochotę na wielką piłkę wystarczy wziąć w rękę pilota włączając ligę hiszpańską, angielską, lub najlepiej Champions League. Nikt z nas nie ma obowiązku ściskania kciuków za drużynę narodową, w której połowa graczy nie radzi sobie na tym poziomie. Można to jednak traktować, jako rodzaj obowiązku, czy słabości, nawiązującej do lat 70. i 80., gdy emocje były szczególne, bo zaczynały się od Mazurka Dąbrowskiego. Wierność kibicowska ma zdecydowanie większą wartość tam, gdzie brakuje sukcesów.

Piłkarzom Fornalika przygniecionych własną grą z Ukrainą i falą krytyki w mediach wypada przypomnieć, że sport daje zwykle drugą szansę. Nie chodzi tu o obowiązkowe zwycięstwo nad San Marino. Od dziś muszą jednak zacząć przekonywać swoich kibiców, iż zasługują na wsparcie mimo wszystko.

Autor: Dariusz Wołowski

Zapraszamy na relację NA ŻYWO z meczu Polska - San Marino

Relacja z meczu dla urządzeń mobilnych

Zobacz wyniki, strzelców bramek, terminarz i tabelę "polskiej" grupy eliminacyjnej

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje