Reklama

Reklama

Reprezentacja amp futbolu. Selekcjoner Dragosz: Nie mam prawa myśleć, że jestem silniejszy od nich

- Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest wyrwać sobie rękę dla ratowania życia. Tak samo nie wiem, jak czterokrotnie wygrywa się walkę z rakiem. Moi podopieczni to przeszli. Dlatego nie mam nawet prawa pomyśleć, że mogę być silniejszy od nich! - mówi w wywiadzie dla Interii selekcjoner reprezentacji Polski w amp futbolu Marek Dragosz.

Już w sobotę o godz. 15 na stadionie Cracovii Polacy zmierzą się z Hiszpanią w półfinale ME.

Michał Białoński, Interia: Jest pan trenerem bramkarzy z licencją UEFA A. Dlatego na początek poproszę o włączenie się do debaty: Fabiański czy Szczęsny?

Marek Dragosz, selekcjoner reprezentacji Polski w amp futbolu: Znam obydwóch, szanuję i lubię. To totalnie różni bramkarze. Gdyby ich skleić w jedno, to otrzymalibyśmy jednego z najlepszych bramkarzy na świecie. Gdybym to ja odpowiadał za obsadę bramki reprezentacji Polski, to postawiłbym na "Fabiana".

Reklama

Przez mentalność, czyli jak to mawiają piłkarze głowę?

- Tak. To, co jest potrzebne defensywie, czyli spokój, pewność i mimo wszystko dużo lepsza gra nogami, chociaż i Wojtkowi nie można wiele tu zarzucić, jest atutem Łukasza. Te niuanse przemawiają za nim.

Jak to się dzieje, że w Polsce utyskujemy na szkolenie piłkarzy - Robert Lewandowski jest wyjątkiem potwierdzającym regułę braku szkolenia, a z bramkarzami jest wręcz przeciwnie? Polska szkoła bramkarska to znak rozpoznawalny i ceniony na świecie.   

- Pytanie, czy istnieje coś takiego jak polska szkoła bramkarska? Efekty jej pracy są jak najbardziej widoczne. Mam to szczęście, że znam się z trenerami bramkarzy w Polsce. Rozmawiamy na szkoleniach, których szczerze mówiąc za wiele nie ma. To wszystko prywatne inicjatywy, nad czym też dość mocno ubolewam. PZPN organizuje szkolenia UEFA dla trenerów bramkarzy. Gdzieś to powoli jest systematyzowane, natomiast w dużej mierze niemal każdy trener w Polsce pracuje według własnej idei. One się różnią między sobą.

Czyli Dragosz inaczej szkoli niż Andrzej Dawidziuk, a jeszcze inaczej Krzysztof Dowhań?

- Kręgosłup mamy podobny, ale różnimy się w wielu aspektach. Fantastyczne jest to, że spod każdego warsztatu wychodzą znakomici zawodnicy. Z prostej przyczyny: ludzie, którzy pracują z bramkarzami to są świry! Po prostu! Oni poświęcają na pracę zdecydowanie więcej czasu niż trenerzy drużyn.

Naprawdę?

- Absolutnie, jestem o tym przekonany. Szukają narzędzi, dodatkowych możliwości.

Na przykład?

- Ostatnio prowadziłem zajęcia dotyczące naszej lateralizacji: kiedy trochę bardziej w lewo, a kiedy w prawo. O tym, że nie jesteśmy symetryczni itd. Myślałem, że to po prostu ludzi zaciekawi. No i się przeliczyłem.... Zaciekawiło ich tak bardzo, że przez trzy miesiące nie mogłem się opędzić od pytań. Okazało się, że są to bardzo istotne sprawy dla wielu chłopaków, którzy pracuję niekoniecznie na poziomie Ekstraklasy.


Czyli gdzie?

- Trenują w akademiach, w czwartej lidze i są po prostu świrami na tym punkcie. Wynalezienie talentu dla trenera bramkarzy jest łatwiejsze, bo on szuka jednej, konkretnej persony, która gdzieś tam, najczęściej w małej miejscowości, sobie hasa. Ze skautingiem zawodników z pola obaj dobrze wiemy, że bywa różniej. Perełki, które grają w małych ośrodkach nie za bardzo mają szansę, żeby się wykazać.

Sądzi pan, że Jakubów Błaszczykowskich po klubach czwartej ligi i niżej jest więcej?

- Idę o zakład. Jestem "za krótki", żeby o tym mówić, ale skoro Kubów Błaszczykowskich jest w Polsce powiedzmy pięciuset, ale to dlaczego zamiast nich do zawodowej piłki ściągamy 499 obcokrajowców.

Dragoviciów i innych -iciów z Bałkanów, czy innych zakątków świata.

- Ja o tym nie decyduję, więc nie będę tego oceniał. Natomiast jako kibicowi niespecjalnie mi się to podoba. Dbałość o młodego zawodnika była priorytetem, ale nie zawsze tak jest. Na szczęście powolutku moda na młodych wraca, akademie mniejsze i większe zaczynają w sensownym kierunku podążać.

Ale też nie prezentują jednej szkoły. Inaczej szkoli Lech niż Legia, Wisła czy Zagłębie Lubin.

- Może to i dobrze, bo to daje koloryt.

Kilka lat temu PZPN w akademii trenerskiej w Białej Podlaskiej otworzył kursy UEFA Goalkeeper. To kropla w morzu potrzeb? Za chwilę dochowamy się 65 trenerów z licencjami bramkarskimi. Jak na prawie 40 milionów Polaków to trochę mało.

- Na wszelkich seminariach, które są organizowane przez prywatne podmioty przyjeżdża około stu trenerów bramkarskich. Gdy w szczycie pandemii organizowano zdalne jednodniowe warsztaty, brało w nich udział po kilkaset osób. Zapotrzebowanie na wiedzę jest olbrzymie! Nie chodzi tylko o zawodowy sport. Może warto dać narzędzia i wsparcie dla osób, które pracują na spodzie piramidy szkoleniowej.

Czy to w roli wykładowcy, czy słuchacza brałem udział w seminariach, na których było 500 osób. Gdy rozmawiałem z nimi na ten temat, to rodziła się idea tworzyć mikrosympozja w województwach, a także te szersze centralne. Wówczas powstałaby sensowna piramida szkoleniowa, ale o jej założeniu nie ja decyduję.

Pole do popisu dla PZPN-u i wojewódzkich ZPN-ów. Kiedy pan złapał bakcyl do trenowania bramkarzy?

- Nauczyłem się płynnie czytać w wieku pięciu lat. Gdy w przedszkolu na krakowskich Grzegórzkach, przy ul. Szafera, czytałem dzieciom bajki do leżakowania, to opiekunki nie dowierzały. Stwierdziły, że prawdopodobnie znam te bajki na pamięć. Dlatego przynosiły mi gazety. "Południową", czy "Echo Krakowa". Dwie pierwsze książki, jakie przeczytałem, to prezenty na Mikołaja: "ABC młodego piłkarza", a druga to "Alchemia futbolu" Jacka Gmocha. Przeczytałem je jako ośmioletni gówniarz. W ślad za nimi poszło zainteresowanie piłką nożną. Chciałem zostać bramkarzem. W tamtych czasach meblowanie mieszkań wyglądało tak: tapczan, kredens i dywan na ścianie. Napierniczałem piłką o ten dywan non stop tak, że tata, gdy robił malowanie, to pod dywanem były dziury. Pod stołem miałem bramkę i tam się przewracałem w pogoni za piłką.

Do tego oglądałem wszystkie mecze w telewizji. Późne lata 70. Reprezentacja Polski z Janem Tomaszewskim na bramce. Później z Józefem Młynarczykiem. W 1982 r. zafascynowałem się Thomasem N’Kono z Kamerunu. Został moim idolem.

Później był klub?

- Na trening Wisły na Reymonta tata zawiózł mnie po raz pierwszy w wieku siedmiu lat. Czasy były ciężkie, rodzice pracowali na zmiany. Trener Lucjan Franczak prowadził trening. Miałem zielony dres z łatami. On mówi: "Stary, ktoś kto w wieku siedmiu lat przychodzi na trening i chce być bramkarzem, to jest deficytowy towar. Przychodź!"

Wróciliśmy do domu. Tata zapytał, czy mi się spodobało. "Drogę pamiętasz?" - dopytał. Potwierdziłem. "No to będziesz jeździł"- odparł. No i jeździłem.

Dzisiaj nie do pomyślenia. Rodzice podwożą swe pociechy na każdy trening.

- Dokładnie. Ta samodzielność w dotarciu na treningi, jadąc przez pół miasta z Grzegórzek na Cichy Kącik, też mnie ukształtowała. Gdy zaczęły się starsze klasy w szkole było trudniej. Brakowało czasu na dojazdy, więc kopałem w Grzegórzeckim. Do Wisły udało się wrócić, ale niestety posypały się kolana. Miałem też uraz klatki piersiowej i kręgosłupa. Lekarze doradzili, żebym sobie dał spokój z piłką.

Pewnie bolesny moment?

- Obraziłem się na piłkę. Nie oglądałem jej aż do finału igrzysk w Barcelonie, gdzie wystąpili chłopaki, których znałem z boiska. Wtedy wróciłem. Pomyślałem, że skoro nie udało się na boisku, to może wyjdzie poza nim.

Jak się trenowało w pańskiej młodości?

- W latach 80. obowiązywała radziecka szkoła. Gdy dostawałem piłkę do upadku, to rzucałem się za nią na całej długości boiska. Gdy dobiegaliśmy do chorągiewki, puszczałem przysłowiowego pawia i "jechaliśmy" z powrotem. Dzisiaj nie do pomyślenia!

Jako 16-latek trenowałem z seniorami. Biegaliśmy na Nosal z założonymi na kolana ołowianymi obciążnikami. Przypuszczam, że właśnie dlatego się rozsypałem.

Nikomu nie wpadło do głowy, że dla rosnącego organizmu to szkodliwy trening? Rosyjska szkoła, "U nas naroda mnogo. Padnie stu, są następni".

- Dokładnie. Sam proces trenowania mnie ciekawił. Postanowiłem zająć się bramkarzami, żeby im pomóc. Powstało coś, co szumnie nazywałem szkołą bramkarską. Myślałem, że z dwoma-trzema chłopakami popracuję. Okazało się, że zapotrzebowanie jest znacznie większe!

Prowadził pan zajęcia uzupełniające, poza tymi, jakie bramkarze mieli w klubach?

- Tak. Interesowałem się piłką od początku, zawsze mnie fascynowało to, co się dzieje w środku. I tak zostało. Siedem lat temu założyłem Keepers Foundation. Jest to również związane z moją działalnością w Afryce.

Jest pan Ambasadorem Dobrej Woli na tym kontynencie. Jak do tego doszło?

- Gdy na stadionie Clepardii prowadziłem zajęcia w szkółce bramkarskiej pojawił się zawodnik, który po półrocznej współpracy zdradził mi, że jego córka choruje na mukowiscydozę i potrzebuje środków na leczenie. Wpadł mi do głowy pomysł zorganizowania imprezy "Trenuj z mistrzami". Rozpuściłem wici wśród bramkarzy Ekstraklasy. Zaprosiłem ich na przyjazd w poniedziałkowe popołudnie i poprowadzili darmowe zajęcia z dzieciakami. Przy okazji zorganizowaliśmy kwestę dla chorej dziewczynki.

Jak się udało?

- Z mojego planu wyszło tyle, że przyjechało 27 bramkarzy z całej Polski, w tym Janek Mucha grający wówczas w Legii. Dla mnie to było kosmiczne. Mucha jechał na zgrupowanie do Bratysławy przed MŚ 2010 r. Janek załatwił u selekcjonera Słowacji, że spóźni się o dzień na obóz, by wziąć udział w naszej imprezie. Mateusz Bąk z Gdańska jechał całą noc. Przyjechał o godz. 4 nad ranem do Krakowa. Położył się spać w samochodzie, wstał rano i trenował z tymi dzieciakami. Fantastyczna sprawa!

Na bazie tej imprezy zorganizowałem kilka innych imprez pomocowych.

- Publikuję często w jedynym fachowym piśmie w Polsce "Asystent trenera". Zanim się jednak pojawił "Asystent" Dolnośląskie Stowarzyszenie Trenerów Piłki Nożnej wydawało swój własny periodyk. Pisałem w nim o bramkarzach. Któregoś dnia na Facebooku dostałem wiadomość od trenera bramkarzy Cagliari Calcio, który znalazł w sieci skany moich tekstów pisanych po polsku. Ktoś wrzucił to do internetu, nie pytając o zgodę. Włochowi moja twórczość się spodobała i zapytał o zgodę na publikację. Teksty na włoski przetłumaczyła jego siostra, która studiowała we Wrocławiu. Ja tę zgodę dałem i tak się wszystko zaczęło.

Jak się nazywa ów Włoch?

- Antonello Brambilla. Okazało się, że on i jego wspólnik Claudio Rapacioli założyli Włoskie Stowarzyszenie Trenerów Bramkarzy. To mnie zafascynowało! Goście na co dzień rywalizują o pieniądze i splendor w Serie A, ale nie przeszkadza im to w tym, aby raz w miesiącu spotkać się przy pizzy czy spaghetti, by wymienić się wiedzą i doświadczeniami. Jak to kontrastuje z tym, co jest u nas: treningi zamknięte, ogrodzone, metody treningowe schowane pod pazuchą. Z Claudio relacje tak się poukładały, że zaczęliśmy się odwiedzać. Dzięki niemu także dostałem pierwsze zaproszenie do Afryki. Od tamtej pory podróżuję na "Czarny Ląd" zarówno w celach szkoleniowych, jak i tych ważniejszych. Z czasem zacząłem dostrzegać problemy prawdziwe, których się nie ogląda w "National Geographic". Pochłonęło mnie to. Spontanicznie organizowałem takie imprezy, jak "Trenuj z mistrzem", niosąc pomoc w ramach wolontariatu. Żeby sobie ułatwić, postanowiłem to usystematyzować, bo w ten sposób można zdobyć grant itd. Dlatego założyłem fundację.



Jest pan też ikoną reprezentacji Polski w amp futbolu. Trenuje ją pan od jej powstania.

- Od pierwszego gwizdka.

Połączył pan ogień z wodą, bo w składzie dominują piłkarze Wisły (Igor Woźniak, Kamil Rosiak, Przemysław Świercz, Krystian Kapłon i Kamil Grygiel) i Legii (Jakub Popławski, Jakub Kożuch, Bartosz Łastowski, Mariusz Adamczyk).

- To prawda, udało się chłopaków fajnie połączyć w szatni. To nie była kwestia zasad. Chłopcy sami dojrzeli do tego, że stanowią jedną ekipę. Oczywiście w żartach, czy "szyderze" tego nie brakuje, ale ogólnie w reprezentacji podziałów klubowych nie ma. To też jest sukces, bo to nie jest rzecz oczywista.


Czy podejście do pracy amp futbolistów różni się od tego, jaki prezentują piłkarze? Oni próbują wyjść z cienia i uprawiają ten sport amatorsko.

- Mam takie powiedzenie: można być zawodowcem i nie pracować profesjonalnie; można też być amatorem i pracować profesjonalnie. Tak to jest u nas. Chciałbym, aby wzorem Turcji nasi amp futboliści byli zawodowcami i mogli się z tego utrzymywać, ale na razie nie ma na to szans. Mało tego, staram się punktować, gdy mi towarzystwo odpływa. Apeluję wówczas o pokorę. Przywołuję naszą sytuację z początków amp futbolu w Polsce. Blichtr, który pojawia się od oprawy, pełnych trybun, transmisji może spowodować, że w głowach zaszumi. Nie posądzam chłopaków o to, ale staram się tego pilnować, bo to bardzo śliski temat i bardzo szybko potrafi się wyrwać spod kontroli. Gdyby zawodnicy utrzymywali się z tego sportu, dalej bym o to dbał. To istotne, aby chodzić po ziemi i pozostać człowiekiem.

Moi piłkarze są bardziej świadomi. Nie chcę nikogo obrazić, bo w jedenastoosobowym futbolu nie brakuje zawodników, którzy są bardzo świadomi i to się poprawiło w ciągu ostatnich 10 lat. Jest znacznie lepsze podejście do zawodu. Porównując jednak globalnie, to moi podchodzą do piłki bardziej ambitnie.

Jak pan odbiera to, że człowiek-instytucja polskiej piłki Robert Lewandowski został waszym ambasadorem i on się szczyci tym faktem? Interesuje się waszymi losami.

- Źródła tej współpracy zna bardziej zarząd Amp Futbol Polska. Kiedyś spotkałem się z opinią, że "w ten sposób Robert dba o swój PR". Gdy to usłyszałem, grzecznie poprosiłem o zakończenie rozmowy. Rozmawiałem z Robertem wielokrotnie, więc wiem, w jaki sposób on patrzy na współpracę z nami, mając naprawdę wiele obowiązków na głowie. Wiem, że Robert robi to naprawdę z serducha i to jest fantastyczna sprawa. Właśnie dlatego, że on jest rozpoznawalny, jest idealnym człowiekiem, aby pokazać nie tylko Polsce, ale i światu, że można być znakomitym piłkarzem, gwiazdą, a jednocześnie pozostać normalnym facetem. Dlatego staram się dbać w naszej szatni również, aby sława, czy podążające za nią profity nie zmieniły kogoś jako człowieka.

Jaki model prowadzenia kadry pan wyznaje?

- Jak najbardziej z udziałem współpracowników. Doszedłem do wniosku, że jeżeli każdą odprawę będą prowadził sam, to się przejem drużynie. Odprawę taktyczną przygotowujemy razem, ale drużynie wygłasza ją Kamil Michniewicz. Sprawy mentalne spoczywają na barkach Kuby. Przygotowanie motoryczne i prewencję przekierowałem na Zosię Kasińską i Grześka Skrzeczeka. Kiedy wiem, że było mnie za dużo, staję z boku, nie pakuję się tam z butami.

Ten sam model pracy przyjąłem pomiędzy zgrupowaniami. Chłopcy mają jasny plan, rozpisany, zindywidualizowany w każdym obszarze: mentalnym, technicznym i taktycznym. Gdy jednak przy okazji urazów, czy innych problemów nos mi podpowiada, że jestem potrzebny, to wówczas rozmawiamy częściej. Na turniejach ligowych jestem obecny, zawsze przybijemy "piątkę". Zdrowa, zbalansowana relacja.

Pana piłkarze pracują oprócz gry w piłkę. Skąd znaleźli czas na grę w mistrzostwach Europy?

- Musieli pobrać urlopy na turniej, jak i na dwa pięciodniowe obozy, jakie mieliśmy w ramach przygotowań do ME. Dlatego mam ogromny respekt dla nich. Jedni pracują, inni studiują, ale właściwie wolny czas poświęcają piłce. Sami mówią o tym, że amp futbol odmienił ich życie. Tego nie da się porównać do czegoś innego. Możemy mówić o pasji. Jest mnóstwo pasjonatów i świrów. Ale nie jestem przekonany, czy każdy jest świrem aż tak dużym, żeby zostawić rodzinę, pracę, by pójść kopać piłkę z narażeniem na np. skręcenie kostki. Jedynej, którą ma.

To ludzie twardsi od obunożnych piłkarzy?

- Z całym szacunkiem, ale w miejscu, w którym rozmawiamy jest pewnie z dziesięć osób w pełni sprawnych. Gdybyśmy się wsadzili do jednego worka, to nie będziemy mieli tyle siły, co jeden z tych facetów. Nie rozmawiamy tutaj o pękniętej szybce smartfona, co jest końcem świata dla niektórych, czy o zepsutej pralce. Mówimy o ogromnych kłopotach, które oni przezwyciężyli.

Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest wyrwać sobie rękę dla ratowania życia.

Kto tak zrobił?

- Łukasz Miśkiewicz. Nie potrafię sobie wyobrazić, jakim cudem człowiek wygrywa walkę z nowotworem czterokrotnie, czego dokonał Mariusz Adamczyk. Skąd mam to wiedzieć, jak to jest? Dlatego nie mam nawet prawa pomyśleć, że mogę być silniejszy od nich!

Wiem po sobie, że zawsze dawałem tym chłopakom sto procent siebie, ale wiem, że od nich dostałem jeszcze więcej. U nich istnieje miara jeszcze większa niż sto procent.

Rozmawiał Michał Białoński, Interia

Marek Dragosz

Trener bramkarzy UEFA A, Africa Goodwill Ambassador, założyciel i selekcjoner reprezentacji Polski w amp futbolu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje