Reklama

Reklama

Quique Wolff: Zapłaciliśmy Polakom za pokonanie Włochów na MŚ 1974 roku

- Podczas mistrzostw świata w 1974 roku zebraliśmy pieniądze dla polskich piłkarzy, żeby wygrali z Włochami, ale nie wiem, czy do nich dotarły - mówi w rozmowie z Sergio Levinskym były argentyński piłkarz Enrique Wolff.

Enrique Wolff, gwiazda futbolu lat 60. grająca na pozycji obrońcy. Rozpoczynał karierę w argentyńskim Racing Club, potem przeszedł do River Plate, skąd został powołany do reprezentacji, by wziąć udział w mundialu w 1974 roku. Dzięki występom został zauważony przez hiszpańskie kluby. Najpierw błyszczał w Las Palmas (gdzie w jednym sezonie otrzymał tytuł najlepszego piłkarza ligi), a potem w Realu Madryt. Karierę zakończył u boku Diega Maradony w Argentinos Juniors. Po odejściu z futbolu poświęcił się dziennikarstwu i od 30 lat jest komentatorem argentyńskiej stacji radiowej ESPN.

Reklama

Sergio Levinsky: Kiedy słyszy pan o polskim futbolu, co najpierw przychodzi panu na myśl?

Enrique Wolff: Wiele rzeczy. Grałem przeciwko polskiej reprezentacji podczas mundialu w RFN w 1974 roku. To był nasz pierwszy mecz. Przegraliśmy go 2-3. Mieli bardzo silną drużynę. Pamiętam Grzegorza Latę. Pamiętam wiele akcji na boisku. To był bardzo wyrównany mecz. Potem wielokrotnie go oglądałem. Polska pokazała większą od nas klasę.

Pamiętam, że po losowaniu mundialu pismo "El Grafico" napisało, że dobrze się stało, że rywalem argentyńskiej reprezentacji będzie Polska. Nie wiedziano wtedy, jaka to drużyna.

- W tamtych czasach nie było nagrań wideo, na podstawie których analizowani są rywale. Musieliśmy zagrać z Haiti i nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, jak ta drużyna grała. Znaliśmy tylko Włochów, bo niektórzy z nich byli w Argentynie, a niektórzy z naszych we Włoszech, ale to była epoka bez przyrządów technologicznych. I nie chodzi o to, że lekceważyliśmy Polaków. Wyszliśmy na boisko z myślą o zagraniu w najlepszy sposób. To był piękny mecz, z bardzo wyrównanym wynikiem. Podczas tamtego mundialu Polska pokazała niesamowitą klasę.

Pamięta pan coś jeszcze o tamtej drużynie? Przecież wyeliminowała Anglię na Wembley i na wszystkich pozycjach miała bardzo dobrych graczy.

- Najbardziej pamiętam Latę, innych nazwisk nie pamiętam. To była wspaniała drużyna.

Inna rzecz, którą ja zapamiętałem i zawsze będę pamiętał wydarzyła się podczas ostatniego meczu grupowej fazy rozgrywek. Los Argentyny zależał od wygranej Polski...

- Jasne. Przechodziliśmy dalej, jeśli Polska wygrywała z Włochami, a my musieliśmy pokonać Haiti różnicą trzech goli. Nasz mecz skończył się wygraną 4-1, a Polska pokonała Włochy 2-1 i to nam pozwoliło przejść do drugiej rundy. W drugiej było już trudniej, przyszło nam grać w grupie z Holandią i Brazylią, ale to był bardzo udany mundial.

Przed meczem Polska - Włochy mówiło się, że poszliście rozmawiać z polskimi piłkarzami, namawiać ich, żeby wygrali mecz, mimo że Polska miała już awans w kieszeni.

- To zrobiło kilka osób z kierownictwa i kilku argentyńskich dziennikarzy. Powiedzieli nam, że Polska zamierza wystawić rezerwowy skład na mecz z Włochami, ale że jest gotowa zagrać pierwszym składem, jeśli dostanie od nas trochę pieniędzy. Ponieważ nigdy nie byliśmy przeciwnikami premiowania gry o zwycięstwo, zgodziliśmy się zapłacić. To nie była duża kwota. W tamtych czasach może tak, ale dzisiaj już nie. Argentyńska Federacja Piłkarska (AFA) podobno też coś dołożyła. Mówię "podobno", bo nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy te pieniądze dotarły do rąk polskich piłkarzy. To był rodzaj zachęty. 

Polacy zagrali, pokazali siłę na boisku, pokonali Włochów 2-1 i pomogli nam w awansie. Zawsze uważałem, że jeśli pieniądze są zachętą do wygranej, to nie szkodzi. Któregoś dnia wracaliśmy z AFA i mówili nam: "Jeśli dzisiaj zwyciężycie, będzie podwójna premia". I co? Powiesz, że nie, jeśli zawsze grasz po to, żeby wygrać?

Przed tamtym mundialem doszło do innego interesującego wydarzenia - argentyńska reprezentacja przegrała towarzyski mecz z Holandią 1-4. Jeden z graczy "Biancoceleste" - Carlos Squeo, rozmawiając z dziennikarzem na płycie boiska zapowiedział, że "ta drużyna nigdy więcej nie strzeli nam czterech goli". Jego wypowiedź można obejrzeć w filmie "Argentyński Futbol". Niewiele tygodni później, w drugiej rundzie mundialu, Holandia pokonała Argentynę 4-0...

- (Śmiech) Tak było! Towarzyski mecz został rozegrany w Rotterdamie. Pokonali nas 4-1 i to ja zdobyłem bramkę dla Argentyny, z rzutu wolnego. Pamiętam te słowa, że Holandia nigdy więcej nie strzeli nam czterech bramek, najczęściej powtarzali trenerzy. Mieliśmy trzech trenerów i w drugiej rundzie przyszło nam zmierzyć się z tymi potworami z Johanem Cruyffem na czele i znów nam strzelili cztery bramki. To była bardzo silna drużyna, ale bardziej bolał nas drugi mecz, porażka z Brazylią. Mieli ważnych piłkarzy, ale nie mieli zgranej drużyny, jednak z nami wygrali 2-1. Gdyby nie ta porażka, to walczylibyśmy o trzecie miejsce.   

Czyli po raz drugi z Polską...

- (Śmiech) Prawda!

Z Brazylią gola strzelił Miguel Brindisi z wolnego, pokonując Leao.

- Tak i po pięciu kolejnych meczach bez wpuszczenia piłki do siatki odebrał mu miano niepokonanego. Potem przyszła kolej na NRD i jeszcze inną sytuację. W Argentynie akurat zmarł prezydent Juan Domingo Peron. Niektórzy z ówczesnych kierujących AFA nie chcieli grać tego meczu, ale trzeba było to zrobić, bo następny mundial, w 1978 roku, był organizowany w Argentynie i trzeba było wywiązać się ze zobowiązań. Pamiętam, że przed meczem planowano minutę ciszy za Perona, ale zaczęła się gra i nie zrobiono tego. I nagle, w połowie spotkania piłka poszybowała poza murawę, sędzia gwizdnął, wszyscy zamarli. Staliśmy tak przez minutę. Przypuszczam, że sędzia zapomniał o tym na początku meczu.

Ale dziwny mundial...

- Tak, na tyle dziwny, że wspominając 1974 r. wszyscy pamiętają reprezentację Holandii, a przecież zwycięzcą była Republika Federalna Niemiec. Mieli niesamowitą drużynę, w której każdy skrupulatnie wypełniał swoją rolę. Johan Cruyff mógł grać jako pomocnik, a w innym momencie jako środkowy napastnik. To była rewolucja. Ale przyszło mu grać w finale z Niemcami z Franzem Beckenbauerem, Gerdem Muellerem, Paulem Breitnerem i kilkoma innymi. Potem wielokrotnie miałem z nim do czynienia.

Jak do tych kontaktów doszło?

- Ja i on zaczęliśmy grać w lidze hiszpańskiej. On grał w FC Barcelona, a ja w Las Palmas. Kiedyś, po meczu rozgrywanym przez nasze drużyny, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na Wyspach Kanaryjskich. Pamiętam, że powiedział mi: "Barcelona chce cię zatrudnić, ale twój klub nie chce cię sprzedać". Problem polegał na tym, że w tamtych czasach transfery były realizowane z klubu do klubu i nie można było nic powiedzieć. Zapytałem go, co mam zrobić i poradził mi, żebym powiedział, że informację dostałem od dziennikarzy. Poszedłem więc do prezesa klubu - Jessusa Garcii Maraski i ten mi powiedział: "Nie Quique, to nieprawda". Ale to nie było tak.

- Pośrednikiem w negocjacjach był prezes FC Barcelona Josep María Minguella, który mi powiedział: "Przyjedziesz po mnie na lotnisko w Palmie (Wyspy Kanaryjskie), a potem zostawisz mnie 200 metrów przed wejściem do klubu. Po półgodzinie przyjdziesz i powiesz, że znów dzwonili do ciebie dziennikarze i mówili, że Barca jest zainteresowana transferem". Zrobiliśmy tak, jak mówił i prezes mojego klubu znów powtórzył: "Nie Quique, nic z tych rzeczy", kiedy ja już wiedziałem że w klubie był prezes Barcy. Zostałem jeszcze przez jeden sezon w Las Palmas i znów byli mną zainteresowani, tym razem Real Madryt. Podczas jednego z meczów Pirri powiedział mi, że Real Madryt chce mojego przejścia, ale Las Palmas się nie zgadza. Poszedłem do Garcii Marasco i zapytałem go: "Zna pan Pirriego, panie Jesus?" i ten zaczął się śmiać. Powiedziałem mu, że granie w wielkim klubie było marzeniem mojego życia i pozwolił mi na przejście. Przyznam jednak, że najlepiej grałem w Las Palmas.

Tam wybrali pana najlepszym piłkarzem w lidze.

- W pierwszym roku pobytu. To jedna z tych rzeczy, o której wartości zdajemy sobie sprawę z upływem lat. Byłem na wakacjach, w moim domu w Buenos Aires. Zagraniczni piłkarze nie mogli uczestniczyć w rozgrywkach o Copa del Generalisimo (Puchar Francisco Franco). Przeczytałem wtedy w gazecie, że RTVE (publiczne radio i tv) wybrało mnie najlepszym zawodnikiem ligi hiszpańskiej za sezon 1973/74. Dali mi złoty medal. Minęły lata i oglądając jedną z tych telewizyjnych dyskusji, kto jest lepszy, Messi czy Cristiano Ronaldo, przypomniałem mojej żonie: "Pamiętasz, że kiedyś dostałem medal za najlepszego gracza w lidze?". "Tak, jest w szufladzie" - odpowiedziała. I zacząłem myśleć, że wybrano mnie najlepszym piłkarzem w lidze, w której grali Cruyff, Neeskens, Breitner.... Mnie, gracza, który grał w Las Palmas - klubie, który walczył aby nie spaść do drugiej ligi. Zdałem sobie sprawę z tego wszystkiego trzy dekady później.

Wracając do mundialu 1974, czytając skład argentyńskiej reprezentacji (Perfumo, Heredia, Ayala, Kempes, Houseman, Brindisi...) nie sposób nie zadać sobie pytania, jak to się stało, że Argentyna nie zaszła wyżej?

- Właśnie dlatego, że nie mieliśmy wielkiej drużyny tylko grupę utalentowanych piłkarzy. Brakowało zgranej ekipy, chociaż występowali wspaniali zawodnicy.

To często się zdarza reprezentacji Argentyny...

- Cóż, czasem tak i czasem nie... W 1978 roku Cesar Luis Menotti stworzył drużynę z lokalnych graczy, tych którzy nie występowali w zagranicznych klubach, a teraz trzeba zaczynać od nowa. Z Messim na sztandarze.

Uważa pan, że teraz, kiedy do struktur reprezentacji wrócił Menotti, sytuacja może się zmienić?

- Nie wiem jaką funkcję będzie miał Menotti, nie sądzę żeby się wtrącał do gry. Wyobrażam sobie, że będzie łącznikiem między ekipą trenerów i prezesami. Jeśli chciałby się wtrącić do taktyki gry, to po to, aby bezpośrednio kierować drużyną, ale nie sądzę, aby do tego doszło.

Grał pan w Realu Madryt. Co dzieje się z tym klubem?

- Nic strasznego. Zawsze przychodzi sezon, w którym drużyna obniża loty. Ale zdobyte tytuły nie tracą na wartości. Nie zapominajmy, że klub sprzedał Cristiana Ronalda i nie był w stanie nikim go zastąpić. To Mariano Diazowi przyszło grać w koszulce z numerem 7, psując renomę zawodników, grających w "Królewskich" z tym numerem. Zwyczaj powierzania "siódemki" czołowemu napastnikowi był utrzymywany od czasów Amancia, Juanita, Butraguena, Raula, Cristiana. I teraz biedny Mariano musiał się zmierzyć z tym numerem. Nie udało się też przeprowadzić kilku transferów, a niektórzy dobrzy piłkarze po mundialu obniżyli poziom gry. Wszystko zostało w rękach Benzemy. Z lewej strony postawili Viniciusa, mając nadzieję, że dobrze go wykorzystają, ale przywdziewając na siebie koszulkę Realu decydujesz się na wielką odpowiedzialność.

Czy wygrana przez Liverpool Liga Mistrzów to dobra wiadomość?

- Tak, choć chciałbym podkreślić, że mecze wygrywają i przegrywają zawodnicy. Dzisiaj można odnieść wrażenie, że jest inaczej. Wygrywa Guardiola, ale przegrywa Manchester City... Nie rozumiem tego. Z dnia na dzień coraz ważniejszy staje się trener, ale on nigdy nie wygrywa albo nie przegrywa meczów.

Czy Messi powinien zdobyć w tym roku Złotą Piłkę?

- Messi jest najlepszym piłkarzem świata. Powinna istnieć inna nagroda dla najlepszego i inna dla pozostałych piłkarzy. Zwykle nagroda jest przyznawana piłkarzowi dlatego też, że jego drużyna wygrała, ale tak nie powinno być. Bo przecież chodzi o indywidualną nagrodę, tak jak wtedy, kiedy mnie ją przyznano, kiedy grałem w Las Palmas, mimo że broniliśmy się przed spadkiem z pierwszej ligi. Nie ma o czym dyskutować, Messi jest najlepszy na świecie.

Jak widzi jego przyszłość? Lada dzień skończy 32 lata...

- Widzę go w dobrej kondycji, pewnie kierującego meczami. Wie, kiedy zwolnić, kiedy wprowadzić w błąd piłkarzy, którzy mają go pilnować, zawsze jest problemem dla przeciwników. Jest piłkarzem jedynym w swoim rodzaju. Barcelona będzie musiała postawić mu pomnik.

Rozmawiał w Madrycie Sergio Levinsky

Dowiedz się więcej na temat: reprezentacja Argentyny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje