Reklama

Reklama

Przemysław Iwańczyk: Niełatwe jest życie lidera, kiedy nie ma Roberta Lewandowskiego

Okazuje się, że meczem z Ukrainą więcej można było przegrać niż wygrać. Dotyczy to przede wszystkim tych, którzy potrzebowali dobrego spotkania, a więc Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego. Od nich oczekuje się naprawdę wiele, ale coraz trudniej jest im podołać narzucanych nań roli liderów.

Są w reprezentacji Polski dwie rzeczywistości - ta z Robertem Lewandowskim i ta bez kapitana reprezentacji w składzie. W pierwszym wariancie cała narodowa ufność skupia się właściwie na jednym piłkarzu, co powoduje, że pozostali nie noszą na sobie obowiązku wzięcia wszystkiego na swoje barki. Kiedy jednak Lewandowski dostaje wolne, a zdarzyło się to drugi raz w ostatnim czasie, uwaga recenzentów spada na tych, którzy postrzegani są jako gracze z globalnymi aspiracjami, a w ich kontekście mówi się o największych klubach świata. 

Reklama

Chodzi o dwóch piłkarzy Napoli, choć w przypadku jednego z nich jest to przynależność jedynie formalna. 26-letni Piotr Zieliński już dawno został obwołany jednym z piłkarzy o największym potencjale z mandatem na grę nawet w Realu Madryt. Komplementują go byłe gwiazdy piłki, koledzy z drużyny również potwierdzają nadprzeciętny potencjał, tyle że jakoś niepokojąco kończy się on w warunkach klubowych. 

Po przyjeździe na zgrupowanie reprezentacji Zieliński staje się jednym z wielu, doszło do tego, że nie jest nawet pewniakiem, by obsadzać go na odpowiedzialnej pozycji lidera w środku pola. To dlatego dostał w środę z Ukrainą szansę gry na boku pomocy, gdzie w takiej roli występuje nierzadko w Napoli, ale po raz kolejny o jego występie nie można powiedzieć nic poza tym, że był najwyżej poprawny. Odbiór piłki i asysta przy golu Krzysztofa Piątka mogła się podobać, ale to stanowczo za mało, by mówić o Zielińskim - bohaterze. I nie zmieni tego obrazu nawet to, że być może nie dostał on tylu podań, na ile liczył. Od kandydata na prawdziwą gwiazdę oczekuje się, że w chwilach trudnych weźmie sprawy w swoje ręce, a nie będzie wtapiał się w przeciętność zespołu.

Może warto było zacząć od uwagi natury ogólnej, że był to dobry mecz reprezentacji, bo przyniósł kolejne zwycięstwo, ale nie był dobry konfrontując go ze stylem i pomysłem proponowanym przez Ukraińców. Generalnie to rywale byli lepsi, stworzyli więcej sytuacji, dłużej utrzymywali się przy piłce. I właśnie obraz ten godzi w ludzi, którzy mieli prowadzić biało-czerwonych we wczorajszym meczu. Z tych, na których kreację liczyliśmy najbardziej, wyróżnił się jedynie Jacek Góralski. Jemu jednak przypisywana jest zupełnie inna rola, rola pierwszego obrońcy w linii pomocy, z której wywiązał się z nawiązką kilkoma wprowadzeniami piłki. Skoro przyglądaliśmy się pomocnikom z taką uwagą, warto również powiedzieć, że nie zachwycił znów Mateusz Klich. Warto jednak wziąć pod uwagę, na jakiej pozycji rozgrywał swoje najlepsze mecze w kadrze, że było to miejsce za plecami Lewandowskiego i tam czuje się najlepiej. Jednak to nie na Klicha spadło wczoraj najwięcej krytyki, obok Zielińskiego najbardziej dostało się Arkadiuszowi Milikowi.

Trener Jerzy Brzęczek robi wszystko, by podtrzymać napastnika w dobrej dyspozycji. I chodzi tyleż o formę piłkarską, choć trudno podtrzymywać ją rozgrywanymi co miesiąc meczami kadry, co dyspozycją psychiczną, na co dowodem było powierzenie mu wczoraj opaski kapitana. Milik w tym meczu, zajmując pozycję za plecami Krzysztofa Piątka, był nijaki. Nie można go ocenić ani dobrze, ani źle. Ot, zaliczył kolejny występ w reprezentacji, nawet nie pozostawiając wrażenia, że wobec kłopotów klubowych można na niego liczyć przynajmniej w kadrze. Nie jest to łatwe, wiadomo, zwłaszcza kiedy nie ma się obok lepszego od siebie, kiedy Lewandowski jedynie recenzuje kolegów z trybun, a nie pomaga na boisku.

Milik, Zieliński i reszta doświadczyli, jak trudno gra się bez kapitana w starciu z mocną Ukrainą, a nie słabiutką Finlandią. Jednak klasa obu wspomnianych jest na tyle wielka, a przynajmniej z taką narracją mamy do czynienia od lat, że oczekiwania te są jak najbardziej zasadne. To dlatego meczem z Ukrainą indywidualnie więcej można było przegrać niż wygrać. Dotyczy to właśnie Milika i Zielińskiego, którzy z wielu powodów potrzebowali dobrego spotkania. Wyszło nie najlepiej, bo coraz trudniej jest im podołać roli liderów.

Na przeciwnym biegunie znalazł się debiutujący w reprezentacji Przemysław Płacheta. To chyba już pokoleniowa sprawa, że młodzież zaciągnięta przez selekcjonera do pierwszej reprezentacji wychodzi do powierzonych zadań bez żadnego kompleksu, nawet w poczuciu pozytywnej piłkarskiej bezczelności wobec rywala i kolegów z zespołu. W środę pomocnik Norwich, na poprzednich zgrupowaniach Kamil Jóźwiak czy Jakub Moder. Wchodzą, grają, cieszą się futbolem. A może to wszystko do czasu. Do czasu, kiedy nie zaczniemy od nich oczekiwać cudów, jak od Zielińskiego i Milika?

Z Chorzowa Przemysław Iwańczyk

Dowiedz się więcej na temat: Przemysław Iwańczyk | reprezentacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje