Reklama

Reklama

Przedwczesny sąd nad Brzęczkiem

Piłkarska polska zachodzi w głowę, co dalej z Jerzym Brzęczkiem. Zostawić, czy pogonić na cztery wiatry. Odnoszę wrażenie, że mamy dar zbiorowego zapominania. Chcemy głowy Brzęczka, bo Polska grała słabiej od Włoch i Holandii, oddawała za mało strzałów, zbyt rzadko, bądź wcale (Reggio Emilia) nie atakowała. Hołdujemy znanemu z klubów schematowi: medialna chłosta trenera poprzedza jego publiczną egzekucję. To daje pożywkę kibicom, pozoruje działanie. Prawdziwych kłopotów jednak nie rozwiązuje - pisze w swym felietonie szef Sportu w Interii Michał Białoński.

Wróćmy do źródeł zatrudniania Brzęczka na stanowisku selekcjonera, którego nikt by nie wymyślił, poza Zbigniewem Bońkiem. Podobnie zresztą jak wcześniej było z Adamem Nawałką - chór znawców wołał przecież o maga z zagranicy.

Reklama

Drużyna rozsypała się mentalnie i fizycznie na mundialu w Rosji. Boniek chciał ją przebudować, odmłodzić i do tego wynajął Brzęczka. Celem nowego selekcjonera był awans na Euro 2020. Brzęczek i jego wybrańcy z łatwością wygrali grupę, przegrywając tylko jeden mecz, osiągnęli dobrą średnią 2,5 pkt zdobytych na mecz (identyczną jak Francja).

Teraz chcemy głowy selekcjonera, po słabszych meczach w Lidze Narodów, która traktowana była od początku jak poligon doświadczalny. Zbigniew Boniek uczulił tylko Brzęczka, aby przy okazji eksperymentowania nie doszło do degradacji do Dywizji B - ten cel również został zrealizowany, jeszcze przed ostatnią kolejką.

Skąd zatem mediana debata nad przyszłością selekcjonera i żądania jego dymisji? Polak lubi marzyć. Przed wyprawą do Reggio Emilia Polaka sny o potędze przekonały go, że oto należy mu się miejsce w Final Four Ligi Narodów, że nagle przyćmi nacje piłkarsko większe niemal od zawsze: Italię i Holandię.

Tymczasem "Pomarańczowych" ostatnio pokonaliśmy w meczu o stawkę w czasach, gdy Zbigniew Boniek trafiał do siatki, a nie siedział za sterami polskiej piłki - w 1979 r.

Włochów w walce o stawkę pokonaliśmy tylko raz, na MŚ 1974 r, gdy mieliśmy w składzie nie tylko Kazimierza Deynę i Andrzeja Szarmacha, ale właściwie na każdej pozycji zawodników ze ścisłej światowej czołówki.

Teraz mamy z niej Roberta Lewandowskiego i wmówiliśmy sobie, że dzięki temu rzucimy Europę i świat na kolana. To niemożliwe, podobnie jak Argentyna nie była w stanie zdobyć medalu na MŚ w latach świetności Leo Messiego i całego pokolenia światowej klasy piłkarzy.

To wszystko nie znaczy, że od Brzęczka nie powinniśmy wymagać poprawy stylu gry. Nawet w starciach wyjazdowych z potęgami nie powinny nam się przytrafiać takie koszmary jak Amsterdam czy Reggio Emilia, po których jesteśmy porównywani do Estonii.

Rozmyślając o tych meczach, przypomniałem sobie wyprawę do Frankfurtu nad Menem, w ramach eliminacji Euro 2016, gdy za kadencji Adama Nawałki przegraliśmy z Niemcami 1:3. Porażka wyższa od tych z Włochami czy Holandią, jednak tam próbowaliśmy grać jak równy z równym, stwarzaliśmy zagrożenie, choć nie na każdej pozycji mieliśmy moc i potencjał. Drugim stoperem obok Kamila Glika był Łukasz Szukała z przeciętniaka ligi tureckiej Osmanlisporu, zamiast którego mamy dziś znacznie wyżej cenionego piłkarza - Jana Bednarka z Southampton.

Nawałka miał ten komfort, że środek pola stabilizowali mu Grzegorz Krychowiak, który w barwach Sevilli był jednym z lepszych defensywnych pomocników w Europie, dziś w Lokomotiwie gra na zupełnie innej pozycji. We Frankfurciue "Krychę" w batalii o środek dzielnie wspierali polscy ligowcy Krzysztof Mączyński z Tomaszem Jodłowcem. Jerzy Brzęczek nie jest skazany na wystawianie dwóch ogniw z Ekstraklasy do wyjściowego składu na ważny mecz.

Przyszłość (czytaj marcowe eliminacje o MŚ) w sporej mierze zależy od tego, jak Jerzy Brzęczek ułoży sobie relacje z Robertem Lewandowskim. One się zakręciły po nietrafionej wypowiedzi "Lewego" na temat taktyki w meczu z Włochami, na którą selekcjoner zareagował rozmową i zamknięciem tematu podczas przedmeczowej konferencji. Jest to jednak pozorne zakończenie sprawy, takie zmiecenie pod dywan. W interesie całej drużyny narodowej jest doprowadzenie do sytuacji takiej, w której zarówno selekcjoner, jak i kapitan oraz lider w jednej osobie pociągną wózek w jedną z stronę. I to z całych sił.

Najlepszy napastnik świata, który w Bundeslidze ma średnią przewyższającą jednego gola na mecz, w 18 spotkaniach, jakie zagrał u Brzęczka zdobył tylko osiem bramek. Średnio 0.44 na mecz.

W 40 grach u Adama Nawałki RL9 ustrzelił 37 bramek - 0.925 gola na mecz. Takiej średniej muszą poszukać obaj panowie: Brzęczek i Lewandowski. W taktyce, zestawieniu osobowym kadry, nastawieniu mentalnym.

Sam "Lewy" musi sobie zadać też pytanie, czy dla budowy team spirit nie powinien do kolegów dołączać od pierwszych godzin każdego zgrupowania. Na razie korzysta z wolnego poniedziałku i połowy wtorku. Oczywiście czyni to za zgodą Jerzego Brzęczka, tak jak wcześniej na to mu zezwalał Adam Nawałka. Prawdziwy kapitan jako pierwszy wchodzi na okręt "Polska" i schodzi z niego ostatni.

Po Lidze Narodów Brzęczka dotyka krytyka o brak jasnej hierarchii w zespole. Tymczasem już w październiku trener wyjaśnił, że dla niego celem nadrzędnym są ME i rozsądne szafowanie siłami piłkarzy pod kątem tego turnieju. Futbol w czasach pandemii pędzi w szalonym tempie. Jest jeszcze bardziej intensywny i wymagający, wbrew temu, że organizmy po przejściu koronawirusa są poważnie osłabione. Dlatego mnie takie podejście selekcjonera przekonuje. Robi wszystko, by do czerwca piłkarze nie jechali na rezerwie, zarówno od strony fizycznej, jak i mentalnej.

Michał Białoński



Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Brzęczek | michał białoński | Zbigniew Boniek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje