Reklama

Reklama

"Powołanie było szokiem"

Jakub Wawrzyniak w poprzednim sezonie był jednym z filarów drugoligowego Widzewa, który wywalczył awans do Orange Ekstraklasy.

Jesienią w najwyższej klasie rozgrywkowej co prawda nie zachwycał, ale o tym, jaki potencjał drzemie w tym zawodniku świadczy to, że Leo Beenhakker powołał go do reprezentacji na mecz ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi!

Reklama

- 15 meczów, 15 punktów. Czy to duży dorobek jak na zespół beniaminka Orange Ekstraklasy?

- Do zdobycia było 45 punktów, więc zainkasowaliśmy 1/3. Po dobrym początku oczekiwania były troszeczkę większe. Osobiście liczyłem na około 20 "oczek". Trzeba się jednak cieszyć z tego, co się ma. Lada dzień zaczyna się przerwa świąteczna. To będzie czas dla szkoleniowców, by przeanalizować całą tą rundę. Zapewne zostaną dokonane wzmocnienia. Kilku zawodników przyjdzie, co będzie się również wiązało z odejściem kilku z obecnej kadry. Ale taki jest futbol. Każdy miał pół roku, żeby udowodnić swoją przydatność. Nie ma zatem o co się obrażać.

- A czy z gry Widzewa można być zadowolonym?

- W trakcie rundy mieliśmy naprawdę dobre mecze, ale zdarzały się też fatalne. Kolegów nie mam jednak zamiaru oceniać, bo to nie należy do moich kompetencji. Mogę ocenić swoją postawę. Otwarcie muszę przyznać, że ta runda nie była dla mnie udana. Grałem słabo. Zimą popracuję nad sobą i przekonam siebie i trenerów, że stać mnie na grę w pierwszej lidze na wysokim poziomie. Udowodnię, że stać mnie nie tylko na to, by być na boisku, ale również by pociągnąć grę.

- Czy na pana postawę miała wpływ odniesiona przed sezonem kontuzja?

- Na pewno. Dopiero od meczu z Legią przestała boleć mnie noga. Wcześniej odczuwałem dolegliwości, właściwie nie mogłem uderzyć piłki z prostego podbicia. To oczywiście nie tłumaczy mojej słabszej postawy. Skoro wchodzę na boisko, to znaczy, że jestem pełnowartościowym zawodnikiem i jako taki jestem oceniany.

- Ta runda nie była chyba aż tak tragiczna, skoro dostrzegł pana Leo Beenhakker!

- Uczciwie muszę przyznać, że powołanie do reprezentacji było dla mnie sporym szokiem. Powiem więcej, gdy prezes pokazał mi faks z PZPN, w pierwszej chwili pomyślałem, że to dowcip. To dlatego, że jak już wspominałem, nie uważam, by ta runda była dla mnie udana. Mimo to holenderski selekcjoner zauważył coś w mojej grze i dał mi szansę.

- Jest szansa na zadomowienie się w reprezentacji?

- Do tego daleka droga. Zresztą mam świadomość, że kadra powołana na mecz ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi jest eksperymentalna i daleka od tej najsilniejszej. To wcale nie mąci mojej radości, bo to jednak nie reprezentacja "B", tylko pierwsza. Chciałbym, aby statystyka moich występów w koszulce z orzełkiem na piersi nie skończyła się na tym jednym.

- W każdym razie o pozostanie w Widzewie może być pan spokojny?

- Kontrakt mam do czerwca 2008 roku. Jeszcze w lipcu rozmawiałem z panem Bońkiem i zadeklarowałem, że chcę pozostać w Widzewie. Podtrzymuję to. Myślę też, że trener ze mnie nie zrezygnuje. Co prawda nie zachwycałem, jeśli chodzi o grę ofensywną, bo oczekiwano ode mnie, żebym jednak ciągnął grę, a nie zawsze to mi się udawało. Jednak jeśli chodzi o grę defensywną, to nie przypominam sobie, żeby po moich błędach padały bramki. Wyjątkiem jest może mecz w Łęcznej, gdzie powinienem naprawić błąd kolegi, choć to nie do końca moja wina.

- Wróćmy do spraw drużyny. Z czego wynikały takie wahania waszej formy?

- Chyba z braku konsolidacji. Spójrzmy na czołowe ekipy w naszej lidze, choćby Zagłębie czy Koronę. One mają niezmienny szkielet drużyny od kilku lat. Są tylko dokonywane transfery na te pozycje, na których kogoś brakuje. W Widzewie tak nie jest. Trafiłem do łódzkiego klubu przed dwoma laty. Od tamtego czasu w drużynie pozostało tylko dwóch zawodników: ja i Sławek Szeliga. To musi mieć wpływ na grę zespołu. Potrzeba nam czasu na odpowiednie zgranie się i skonsolidowanie. Poza tym, przeszliśmy z ustawienia 3-5-2, które stosował trener Majewski, na 4-4-2, preferowane przez trenera Probierza. Nowego systemu nie da się nauczyć w 2-3 tygodnie, na to potrzeba kilku miesięcy. Nie szukamy jednak usprawiedliwień. Mamy świadomość, że momentami my też zawodziliśmy. Pierwszoligowemu piłkarzowi nie przystoi, by w ciągu kilku dni zagrać świetny mecz, a potem katastrofalny.

- Które ustawienie bardziej wam, zawodnikom, odpowiada?

- Każde ustawienie jest dobre, tylko trzeba się do niego przyzwyczaić. Choć osobiście cieszę się, że przeszliśmy na 4-4-2. Takie ustawienie pozwala mi grać na mojej ulubionej pozycji. Jestem zdania, że zimą doszlifujemy tę taktykę i wiosną będziemy korzystać z niej jeszcze lepiej.

- Tylko w jednym meczu udało wam się zagrać "na zero z tyłu" i to wcale nie w zwycięskim...

- No właśnie. To jest problem. Przypomnijmy sobie, jak awansowaliśmy do pierwszej ligi. Wówczas traciliśmy bardzo mało bramek, a zawsze coś udawało się ustrzelić. Będziemy musieli tak samo grać wiosną, skupić się na zachowaniu czystego konta. Nie chodzi o ustawianie się na własnej połowie i tylko przeszkadzanie przeciwnikowi, ale o szybkie przechodzenie z ataku do obrony.

- W końcówce rundy ponieśliście kilka porażek, więc pewnie nastroje zrobiły się kiepskie.

- Kiepskie - to mało powiedziane, raczej fatalne! Nikt się nie spodziewał tak koszmarnej końcówki w naszym wykonaniu. Tym bardziej, że przyszła ona po dwóch efektownych wygranych. Zima nie będzie radosna, jednak nie ma co spuszczać głowy, trzeba się podnieść. Szkoda tylko, że to podnoszenie potrwa prawie pięć miesięcy.

- Okazją do poprawienia sobie humorów są mecze Pucharu Ekstraklasy.

- Ten puchar to wprawdzie nie liga, ale każde zwycięstwo cieszy. Mogą one poprawić nastroje i zrekompensować kibicom nerwy. W pierwszej serii zdołaliśmy już pokonać Koronę, w kolejnych też będziemy się starać pokazać z jak najlepszej strony.

- Jak podchodzicie do tych rozgrywek?

- Dużo słyszy się, że Puchar Ekstraklasy jest zbędny i piłkarze nie będą go traktować poważnie. Jestem zdania, że profesjonalny zawodnik, który przykłada się do tego, co robi, zagra jak najlepiej potrafi. W zachodnich ligach gra się po 25 spotkań różnych rozgrywek w każdej rundzie, a my gramy tylko 15 meczów ligowych i ewentualnie Puchar Polski. Tymczasem ostatnio przeczytałem w Internecie wypowiedź jednego z ligowych zawodników, który stwierdził, że dobrze, że liga się kończy, bo będzie można odpocząć po ciężkiej rundzie. Nie tędy droga. Jestem bardzo zadowolony, że rozegramy jeszcze kolejne mecze.

- Czuje pan potrzebę wydłużenia sezonu?

- Jasne! Jak można myśleć o podniesieniu poziomu naszej ligi, gdy przez prawie pięć miesięcy w roku piłkarze nie grają. Wiadomo, że pewnych spraw związanych z warunkami atmosferycznymi przeskoczyć się nie da, ale na większości stadionów są już podgrzewane boiska, więc bez problemu można grać dłużej.

Rozmawiał:Tomasz Andrzejewski

Autor jest dziennikarzem "Tylko Piłki"

Dowiedz się więcej na temat: szok | Orange | mecze | Puchar | mecz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje