Reklama

Reklama

Polski bramkarz towarem eksportowym. "Jesteśmy bandziorami i łobuzami"

Kiedyś byli uważani za największych wariatów. Teraz zdania są podzielone, ale nie zmieniło się najważniejsze - polska szkoła bramkarska od lat należy do czołowych na świecie.

Nasza reprezentacja przez lata czekała na napastnika światowego formatu, a kolejni selekcjonerzy narzekali na brak rozgrywających czy środkowych obrońców. Z bramkarzami jednak nigdy nie było problemu.

Reklama

Jerzy Dudek, Artur Boruc, Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański - to ostatnie głośne nazwiska. - A wcześniej był Hubert Kostka, Janek Tomaszewski, Józef Młynarczyk i wielu innych, świetnych bramkarzy - przypomina w rozmowie z Interią Krzysztof Dowhań, trener z Legii Warszawa.

Arkadiusz Onyszko, były bramkarz reprezentacji Polski: - To kwestia wychowania. U nas na dzieci się nie chucha i nie dmucha. U nas jest rygor, od małego wiedzą, co wolno, a co nie. Później na treningu słuchają, są pilne i punktualne.  Takie właśnie jest słowiańskie wychowanie, bardzo potrzebne bramkarzowi - mówi Interii.

Fucking Polak

Kilkadziesiąt lat temu panowało przekonanie, że bramkarz i lewoskrzydłowy muszą być najbardziej szaleni. Brylowali w szatni, wymyślali większość piłkarskich żartów, ale na murawie nigdy nie odpuszczali.

Dziś zdanie są podzielone. Rzućmy okiem na reprezentację: Boruc swego czasu był skandalistą, Szczęsny też potrafi wywinąć niezły numer, ale za to Fabiański przypomina chłopaka, którego nawet w trakcie wakacji trudno byłoby wyciągnąć na piwo. 

- Ale przeważnie bramkarze są bandziorami i łobuzami. Niczego się nie boją, włożą głowę tam, gdzie inny nie wsadziłby nogi. Są charakterni, nigdy nie odpuszczają. Nie spotkałem też wielkiego bramkarza, który byłby leniem. Tylko najmocniejsi się przebiją - uważa Onyszko, który w zagranicznych klubach nosił pseudonim...  "Fucking Polak".

Dzięki świetnemu szkoleniu, dziś selekcjoner Adam Nawałka może przebierać, kogo wziąć w czerwcu na mistrzostwa Europy. Pewniakami wydają się Szczęsny, Boruc i Fabiański, ale na powołania czekają też Przemysław Tytoń, Łukasz Skorupski (zbiera świetne recenzje za grę w Empoli) czy nawet 18-letni Bartłomiej Drągowski, który już teraz warty jest ok. 5 milionów euro (więcej TUTAJ). Za podobne kwoty z Polski odchodzili z Polski Boruc i Fabiański. 

Efekt jest taki, że pewnie połowa reprezentacji na Euro 2016 chętnie wstawiłaby do bramki rezerwowego bramkarza Polaków, a część z pocałowaniem ręki wzięłaby nawet polskiego kandydata numer cztery czy pięć.

- Nie wiem, czy są  jakieś cechy narodowe, które predystynują naszych bramkarzy, ale młodzież na pewno mamy zdolną - przyznaje Dowhań.

Ucieczka z komuny

Ale są też inne cechy, które napędzają polską szkołę bramkarską. M.in. zaczęto stosować zachodnie wzorce i od kilku lat bramkarze szkoleni są indywidualnie. Przechodzą też treningi mentalne, szybkościowe, uczą się czytać grę i wprowadzać piłkę.

Oto przykład z treningu drużyny polskiej Ekstraklasy: piłkarze i bramkarze ćwiczyli osobno, ale w pewnym momencie pierwszy szkoleniowiec wezwał bramkarzy. - Natychmiast do mnie - krzyknął, na co trener bramkarzy pod nosem puścił mu solidną wiązankę, bo właśnie przerwano mu ćwiczenie.

Indywidualnie próbował trenować też młody Onyszko. Jego ojciec w telewizji podpatrzył, że przed poważnym meczem bramkarze rozgrzewają się indywidualnie, więc na podobne zajęcia zaczął zawozić syna.

- Ale ja miałem chęci, prosiłem tatę, żebyśmy tak trenowali. Wiedzieliśmy, że tylko tak można się wyrwać z komuny. A teraz młodzież ma wszystko i kluczowe, by oderwać ich od komputera. Jak to już się uda, to możliwości mają ogromne. Dziś jest tyle sposobów treningu i tyle akademii, że za 10-15 lat to będziemy mieli wysyp utalentowanych zawodników - podkreśla Onyszko.

Autor: Piotr Jawor


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje