Reklama

Reklama

Polska - Szkocja. Sebastian Mila i Kamil Glik jeszcze o Niemcach

- Po każdy meczu chciałbym być tak poobijany jak po Niemcach - powiedział twardziel Orłów - Kamil Glik. - Po tym meczu szatnia była miejscem, z którego nie chciało się wychodzić - dodał Sebastian Mila. Obaj piłkarze byli gośćmi programu "Kropka nad i" w TVN 24.

Program został nagrany w niedzielę, a wyemitowano go w poniedziałkowy wieczór. Udział żadnego z Orłów w poniedziałkowych programach nie byłby możliwy z uwagi na koncentrację, jaką zarządził selekcjoner Adam Nawałka. Prezes PZPN Zbigniew Boniek określa to z włoska: "Silenzio stampa"  ("Cisza prasowa").

Reklama

- Nastaw się na to, że będę musiał z Niemcami stoczyć kilka bojów, nawet takich wręcz. Cieszę się, że Mueller, słynący z ostrej gry, za wiele nie zdziałał w tym meczu - mówił Glik, który rozegrał najlepszy mecz w życiu, co zresztą przyznał.

- Mieliśmy szczęście, ale jemu trzeba pomóc i my to zrobiliśmy - dodał stoper Orłów i AC Torino.

Kamil przyznał, że przy prowadzeniu 1-0 reprezentacja cofnęła się za głęboko.

- Trzy punkty zdobyte z Niemcami są bezcenne, takie dodatkowe. Oni teraz będą musieli teraz wygrywać z Irlandią czy Gruzją - podkreślał obrońca.

Dodał też, że dobre interwencje Wojtka Szczęsnego nakręcały zespół do jeszcze cięższej pracy, podobnie działał na Orłów doping kibiców.

Sebastian Mila zdradził, co działo się w przerwie, po słabej pierwszej połowie.

- Ja byłem w szatni dosyć krótko, ale w przerwie, w szatni bardziej nerwowo było w spotkaniu z Gibraltarem niż teraz - porównał. - Trener szybko przekazał swoje oczekiwania i druga połowa wyglądała, tak jak ona zakładał.

- Długo to spotkanie oglądałem z boku i widziałem jak chłopaki serce wkładają w walkę. Jak widownia nas niosła, widziałem, że my zaczynamy się unosić - opowiadał.  

- Trener z góry zakładał pewne zmiany, przygotowywał mnie do wejścia, więc musiałem być "na palniku", bo wiedziałem, że zaraz wchodzę - wspominał sobotni wieczór Mila.

Zdradził też, że tuż przed wejściem okazało się, że ma metkę na koszulce, którą jego koledzy naprędce zdjęli. Sebastian odniósł się też do tego, że as Niemców - Thomas Mueller przyznał się do tego, że Mili w ogóle nie znał, bo "nie miał go na kartce".

- Nie dziwię się, że mnie nie znał, choć mieszkam we Wrocławku, bliżej granicy - uśmiechał się Sebastian. - On patrzy w innym kierunku niż ja, ale może to się zmieni teraz.

Kapitan Śląska Wrocław przypomniał, że podczas kuracji odchudzającej, jaką polecił mu klubowy trener - Tadeusz Pawłowski, stracił 10 kg.

- Miałem dylemat, jechać do końca kariery i być niezauważonym, czy zrobić coś wyjątkowego. Wybrałem grę o najwyższe cele i to się udało. Do celu prowadziła mnie rygorystyczna dieta, zrzucenie tych kilogramów nie było łatwe. Picie wody z cytryną co rano, płatki z jogurtem na śniadanie nie smakowały mi, podobnie jak kolejne sześć dań, które szykowała mi żona - to była naprawdę mordęga i pytałem sam siebie, czy gra jest warta świeczki - nie kryje Sebastian Mila.

Zdradził, że w zapomnienie musiała odejść ulubiona przez niego tabliczka czekolady, czy napoje gazowane. - To wszystko teraz nie istnieje - podkreśla.

- Wspaniale jest wyjść z takiej sytuacji, wiele osób pracowało na ten sukces. Ogromne szczęście, że tacy ludzie towarzyszyli mojemu powrotowi do zdrowia - zaznacza Sebastian.

Mila wrócił do wspomnień z radości po jego bramce, na 2-0.

- Jak ja to widzę dzisiaj jak my z całym sztabem cieszymy się, to widzę, że to wspaniała sprawa - cementuje nas, a szatnia była miejscem, z którego nie chciałem wychodzić - mówił.

Sebastian dodał, że cała drużyna zagrała koncertowo.

- Słyszałem, że Arka Milika w reprezentacji młodzieżowej nazywali "Mila". Zatem Mila i Milik, czyli wyszła "Milka". Oby tak dalej - mobilizuje siebie i kolegę z ataku Sebastian Mila.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje