Reklama

Reklama

Polska - Słowacja. Twarde lądowanie Nawałki w "international level"

Adam Nawałka powiedział niedawno, że współpraca z Leo Beenhakkerem była przełomowym momentem w jego karierze. Najwyraźniej zapomniał jednak o słynnych słowach Leo "international level" i o tym, że Ekstraklasa nie jest żadnym miernikiem przydatności piłkarza do kadry. W meczu ze Słowacją nasz sympatyczny selekcjoner zanotował twarde lądowanie w "international level".

To my mieliśmy na boisku dwóch uczestników ostatniego finału Ligi Mistrzów (Błaszczykowski, Lewandowski) i jednego z najlepszych bramkarzy na świecie (Boruc), ale ten mecz powinniśmy przegrać znacznie wyżej. Największą różnicę na korzyść Słowaków robił rozgrywający Marek Hamszik - piłkarz, jakiego w Polsce nie mamy, a także defensywa rywali dowodzona przez Martina Szkrtela - stopera, jakiego również u nas nie znajdziemy nawet ze świecą.

Szkrtel i jego koledzy z tyłów poniewierali niemiłosiernie naszych piłkarzy, bo współczesny futbol jest jak najbardziej kontaktowy. Aż do bólu. W porównaniu z twardo poczynającymi sobie na murawie Słowakami, nasi obrońcy grali w siatkówkę - sport bezkontaktowy.

Reklama

W pewnym momencie mieliśmy na boisku trzech piłkarzy Górnika Zabrze, jednego z Cracovii i jednego z Pogoni Szczecin. Problem w tym, że tylko tego ostatniego zweryfikował europejski futbol, który obszedł się z nim bez litości. Marcin Robak nie poradził sobie w przeciętnych tureckich klubach i wrócił do Polski, by odbudować się w słabej Ekstraklasie. Pamiętam, gdy w rozmowach z Leo Beenhakkerem próbowaliśmy znaleźć piłkarzy nadających się do kadry i ktoś proponował nazwisko z polskiej ligi, Holender apelował: "Przestańmy uważać polską ligę za miernik poziomu międzynarodowego. Jeśli ktoś radzi sobie w niej, nie musi sobie dać rady w reprezentacji". "International level" - tu jest pies pogrzebany.

"Będę powoływał jedenastu najlepszych z naszej ligi i jedenastu z zagranicy. Będziemy ‘pałować’ taktykę, zgranie na każdym treningu  i to musi się w końcu zazębić"  - powiedział mi tuż przed objęciem kadry Polski Franz Smuda. Trzy miesiące później zrozumiał, że piłkarze z rodzimej ligi nadają cię co najwyżej do roli zmienników i w te pędy ruszył ciągnąć do kadry tych z polskim rodowodem. Udało mu się z Damienem Perquisem, Eugenem Polanskim, Sebastianem Boenischem i Adamem Matuszczykiem. Jako jedyny odmówił Smudzie Laurent Koscielny z Arsenalu, który pewnie przeczuwał, że dostanie powołanie do silniejszej reprezentacji Francji, więc ta polska nie jest mu potrzebna do szczęścia.

Nawałka w pierwszym powołaniu postawił na 10 piłkarzy z Ekstraklasy i na jednego z 1. ligi. Należy się spodziewać, że w kolejnych powołaniach grono reprezentantów z polskich boisk będzie topniało.

Projekt Nawałki "nowocześnie grająca kadra" zakłada efektywne wykorzystanie kandydata do "Złotej Piłki" - Roberta Lewandowskiego. Ofensywnie usposobieni boczni obrońcy Olkowski i Kosznik, plus skrzydłowi Błaszczykowski i Sobota, wespół z ofensywnym środkowym pomocnikiem Mierzejewskim mieli kreować szanse bramkowe Robertowi, po którego stanęła w kolejce nawet Barcelona. W meczu ze Słowacją efekt był taki, że "Lewy" nie miał ani jednej poważnej okazji na pokonanie bramkarza.

Czy wystawianie dwójki defensywnych pomocników było dobrym pomysłem? Krychowiak to teraźniejszość i przyszłość naszej kadry. Wespół z Jodłowcem nie przerwali jednak żadnej z dwóch akcji Hamszika, po których Słowacy strzelali nam gole. Udział w kreowaniu obu defensywnych był znikomy. Po kilkunastu eksperymentach z ustawieniem drugiej linii poprzedni selekcjoner Waldemar Fornalik doszedł do wniosku, że najlepiej wyglądamy mając na boisku ofensywnych środkowych Piotra Zielińskiego i Mateusza Klicha.

Ma rację Robert Lewandowski twierdząc, że chyba za dużo się spodziewaliśmy, sądząc, iż po trzech dniach treningów budowana na nowo kadra będzie grała jak z nut. To było niemożliwe. Mieliśmy jednak prawo oczekiwać, że we własnym polu karnym nie będziemy się dawali ogrywać jak dzieci, a tak się stało przy golu na 0-1. Że nasz utalentowany stoper chociaż odepchnie rywala, gdy ten go będzie mijał i strzelał bezkarnie na 0-2. Tak naprawdę nie musiało być.

Marek Hamszik to gwiazda światowego formatu, piłkarz wyceniany na 40 mln euro. Po meczu ani cienia gwiazdorstwa. Próbował przełamywać barierę językową. "Szpanielski? To nie funguje. Polski? Skuszajtie" - zwrócił się do dziennikarza próbującego rozmawiać z nim po hiszpańsku.

Zapytałem Hamszika, co było największym problemem naszego zespołu. "Polska wyglądała zaskakująco słabo po stracie piłki". Faktycznie, bezradność w organizacji gry defensywnej, a raczej chaos w niej występujący, były uderzające. Adamowi Nawałce zaczęły się nieprzespane noce. Nadal wierzę, że jesteśmy świadkami złych miłego początków.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL