Reklama

Reklama

Polska - Holandia 1-2. Kowalski: Tym razem bez kompromitacji, pozostał tylko niesmak

Porażka z Holandią 1-2 nie okazała się ostatecznym podcięciem pozycji Jerzego Brzęczka. A mówiło się, że w przypadku klęski dojdzie do dymisji. W przeciwieństwie do meczu z Włochami, jego podopieczni grali jednak w piłkę. Na pewno tym razem nie brakowało im charakteru, ale... trudno nie odnieść wrażenia, że po ponad dwóch latach pracy trenera, drużyna jest mniej więcej w tym samym punkcie, w którym była po mundialu 2018. I to jest smutny bilans kończącego się dla reprezentacji roku.

Holendrzy dawno nie byli tak wdzięcznym rywalem dla kogokolwiek, jak na Stadionie Śląskim. Wolni, rozkojarzeni, pozbawieni kluczowych obrońców, można z nimi było nie tylko zremisować, ale nawet wygrać. Bez wielkiego wysiłku jednak to oni na naszym terenie nas pokonali, korzystając właściwie tylko ze swojej przewagi umiejętności czysto piłkarskich. W skrócie: ograli nas na stojąco.

Reklama

Uwagę kibiców, nie mniej niż sam mecz, ogniskowały losy spięcia Roberta Lewandowskiego z Jerzym Brzęczkiem. Po meczu z Włochami zarzucił on swojemu przełożonemu, że nie było przygotowanej taktyki na mecz. Później miało dojść do rozmowy w cztery oczy między trenerem, a liderem kadry, a efekt tego wszystkiego mieliśmy zobaczyć w starciu z Holandią. RL9 zagrał, ale słabo i zszedł po 45 minutach. Kamery telewizyjne uchwyciły w trakcie energicznych uwag Brzęczka w kierunku zawodników na boisku, jak Robert zbywa je lekceważąco i mamrocze coś pod nosem. Generalnie język jego ciała zawodnika w trakcie jego gry wskazywał na jakąś niechęć, ewentualnie frustrację.

Oficjalna wersja jest jednak taka, że zdjęcie napastnika nie było żadną próbą sił, ale efektem umowy. Lewandowski odczuwał jakąś dolegliwość i obiecał zagrać na tyle ile będzie gotowy. Jego pomeczowe wypowiedzi tym razem były koncyliacyjne. "Nie mamy drużyny, która za pomocą jednego pstryczka zacznie grać inaczej. Nie wymagajmy zbyt wiele, chodzi o to, aby dopracować rzeczy, na które nas stać i wtedy ta gra w marcu będzie lepiej wyglądała" - zaproponował.

I to jest właśnie motyw, który przewija się w nieoficjalnych rozmowach starszych reprezentantów od początku kadencji Jerzego Brzęczka. Czymś,  co go różni od poprzednika Adama Nawałki, jest fakt, że obecny selekcjoner podczas kilku jednostek treningowych w trakcie zgrupowań stara się przećwiczyć i wprowadzić zbyt wiele, zamiast skupić się na najważniejszych kluczowych tematach. I często efekt jest taki, że tak naprawdę nie do końca wiadomo, o co mu chodzi. I do tego miał sprowadzać się zarzut naszego asa po meczu z Włochami.

Brzęczek najwyraźniej do marca może spać spokojnie. Dymisji nie będzie także dlatego, że w Polsce nie ma obecnie kandydatów, którzy gwarantowaliby lepszą jakość pracy z kadrą, a ściąganie na siłę kogoś z górnej europejskiej półki też nie uśmiecha się władzom PZPN. A zatem rok z kadrą kończymy po prostu z potężnym niesmakiem. Mogło być przecież jeszcze gorzej.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

Dowiedz się więcej na temat: reprezentacja Polski | Jerzy Brzęczek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje