Reklama

Reklama

Polska – Czechy. Bereszyński liderem, Cionek bez łatki kozła ofiarnego?

Jeszcze niedawno był tylko zmiennikiem, dziś trudno sobie bez niego wyobrazić wyjściową jedenastkę reprezentacji Polski, tym bardziej, że może jej zabezpieczyć aż trzy pozycje. O ile ogólnie rok 2018 nie był udany dla naszych Orłów, o tyle z pewnością jaśniejszą postacią w nim był Bartosz Bereszyński, bo o nim właśnie mowa.

Bardzo długo gospodarzem na prawej defensywie "Biało-Czerwonych" był Łukasz Piszczek, który w szczytowym momencie kariery był zaliczany do światowej czołówki i przymierzano go nawet do Realu Madryt.

Reklama

- Miałem kogo podpatrywać na zgrupowaniach kadry. Od Łukasza mogłem się wiele nauczyć. Teraz doczekałem się swojej szansy i szybko miejsca w kadrze nie oddam - zapowiada Bartosz, który dzielnie zastępuję "Piszcza", po tym jak ten uznał, że zdrowie nie pozwala mu już na dzielenie obowiązków reprezentacyjnych z klubowymi.

Dość podkreślić, że do bieżącego roku Bartosz miał ledwie sześć występów w kadrze A. W samym 2018 r. zanotował ich aż osiem, a ten dorobek ma szansę powiększyć jeszcze o spotkania z Czechami i Portugalią.

26-letni Bereszyński nie boi się brać odpowiedzialności na siebie, a jeśli tylko "Biało-Czerwoni" grają czwórką w obronie, potrafi zabezpieczyć swoją flankę i jednocześnie wspomagać skrzydłowego w działaniach zaczepnych. Mało tego, z powodzeniem może grać również na lewej obronie i na prawej pomocy.

Bartosz, podczas historycznego, pierwszego dnia medialnego, jaki zorganizował dyrektor reprezentacji Jakub Kwiatkowski, wracał do ostatnich porażek z Włochami i Portugalią, jakich doznaliśmy na Stadionie Śląskim.

- Traciliśmy gole nie dlatego , że przeciwnik zagrał świetnie, tylko my za łatwo dopuszczaliśmy go pod bramkę. I to się musi zmienić - podkreśla.

To prawda, błędy w obronie trzeba wyeliminować, albo przynajmniej ograniczyć, jednak jak to zrobić, grając bez kontuzjowanego Kamila Glika?

- Gra bez Glika nie będzie łatwa, to filar naszej obrony od lat. Z drugiej strony, na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że na kontuzji kolegi może skorzystać ktoś inny, tak jak ja wskoczyłem za Łukasza Piszczka - powtarza obrońca Sampdorii.

 W czwartek w Gdańsku Orły zmierzą się towarzysko z Czechami (godz. 18), kibice czekają też na wtorkową konfrontację z Portugalią, do jakiej dojdzie w Guimaraes. Będzie to pożegnanie naszego zespołu z Dywizją A Ligi Narodów. Przez porażkę z Włochami spadliśmy do tej B, ale kapitan zespołu Robert Lewandowski zapowiedział, że w następnej edycji Ligi Narodów "Biało-Czerwoni" będą walczyć o powrót do elity. Najpierw jednak przed nimi przyszłoroczne eliminacje do ME 2020 r.

- Wprawdzie mecz z Portugalią jest o stawkę, rozgrywamy go w ramach Ligi Narodów, w naszym wypadku jest to mecz o honor, ale też  tego z Czechami nie lekceważymy - zapewnia Bereszyński. - Każdy mecz, jaki teraz rozgrywamy ma zaprocentować w eliminacjach do Euro 2020. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nigdy nie mamy za wiele czasu na zgrupowaniach reprezentacji. Dlatego obydwa mecze, jakie rozegramy teraz są istotne.

Piłkarze Jerzego Brzęczka muszą też z uporem zabiegać o odbudowę zaufania wśród kibiców. O ile udało się to w wyjazdowym remisie z Włochami, o tyle dwie porażki u siebie z Portugalią i w rewanżu z Italią, spowodowały, że kamień z napisem "odbudowa zaufania" poleciał nam w dół, niczym mitycznemu Syzyfowi.

Nikt nie obiecywał, że przez konfrontacje z Portugalią i Włochami przejdziemy bez szwanku, z drugiej strony jednak kibice chcą widzieć postępy, jakie przebudowywana przez Brzęczka kadra robi z meczu na mecz. Na razie, bez pomocy przyrządów optycznych, trudno je dostrzec.

- Mierzenie się z takimi przeciwnikami, z jakimi graliśmy ostatnio, czy zmierzymy się teraz zaprocentuje w przyszłości - uspokaja Bartosz Bereszyński.

W trakcie, gdy Bereszyński, Mateusz Klich, Adam Buksa i Thiago Cionek rozmawiali z dziennikarzami, Robert Lewandowski spotkał się z kapitanem reprezentacji ampfutbolu Przemysławem Świerczem. "Lewy" jest jednym z ambasadorów piłkarzy po amputacjach, wspiera ich finansowo.

Dla Thiago Cionka mundial w Rosji był koszmarem. W meczu z Senegalem chciał przyjąć piłkę, ta zeszła mu z nogi i wpadła do bramki. Urodzony w Brazylii piłkarz dla wielu stał się uosobieniem porażki, ale on się nie załamał, tylko wywalczył sobie pozycję w swym klubie SPAL. W Serie A rozegrał już 900 minut w tym sezonie - takiego dorobku nie ma w tej lidze obecnie żaden nasz stoper. 

Wbrew temu Thiago dotychczas nie cieszył się zaufaniem Jerzego Brzęczka. Dostał powołanie dopiero awaryjnie, po kontuzji Glika. Po powrocie do reprezentacji Polski, po nieudanych MŚ, Thiago dziwi się, że tak wielu robi z niego kozła ofiarnego.

- Zrzucanie na mnie winy na porażkę z Senegalem jest niesprawiedliwe. Bardziej niż samobój, jaki mi się przytrafił w tamtym meczu boli mnie fakt, że tak szybko odpadliśmy z mundialu - kręcił głową obrońca SPAL.

Selekcjoner Brzęczek wcześniej nie powoływał Cionka, pojawiały się głosy, że trener widzi u Thiago problemy z rozgrywaniem piłki. Cionek się nie obrażał na brak telefonu od nowego trenera kadry narodowej.

- Piłka jest dynamiczna, różne się zdarzają sytuacje, przez które zmienia się hierarchia, tak jak teraz kontuzji doznał Glik i ja zostałem wezwany. Grać w reprezentacji to dla mnie jak służba dla kraju i jeśli tylko mogę pomóc, to zawsze jestem gotowy. Do nikogo nie mam pretensji to, że nie byłem powoływany, każdy ma swoje zdanie. Powtarzam, jeśli mogę pomóc, jestem do dyspozycji trenera Brzęczka - tłumaczy swe wzorowe podejście do obowiązków Thiago Cionek.

Kadra Brzęczka stacjonuje w sopockim hotelu Hilton, przy samej plaży wyjątkowo pochmurnego o tej porze roku Bałtyku, a trenuje w Gdańsku, na dawnym stadionie Lechii, przy ul. Traugutta.

Z Sopotu Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Bartosz Bereszyński | Thiago Cionek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje