Reklama

Reklama

Piłkarska katedra "Dziekana": Głowa a interesy

Wygląda na to, że na zgrupowanie reprezentacji Polski piłkarze przyjechali w różnych nastrojach. Dla niektórych z nich wyjazd na kadrę był bardzo miłą odskocznią od klubowej rzeczywistości. Gdyby do swoich drużyn mieli wracać dziś, to z najbardziej wyprężoną klatą jechałby oczywiście Kamil Grosicki. "Grosik” jest swojego rodzaju fenomenem: czy występuje regularnie w klubie, czy mecze ogląda z trybun, zawsze jest gwarancja, że nie zejdzie poniżej pewnego poziomu. W środę dał prawdziwy koncert – pisze specjalnie dla Interii w swym cyklu "Piłkarska katedra Dziekana" Dariusz Dziekanowski.

Zrozumieć wciąż nie potrafię jak to się dzieje, że Kamil nie potrafi wywalczyć takiego statusu w klubach. Nawet pokazując się czasem jeszcze w Championship miał jedynie przebłyski, ale generalnie grał na zaciągniętym ręcznym hamulcu. Hamulce puszczają, gdy tylko ma wokół siebie kadrowiczów. Nie rozumiem dlaczego w tym sezonie jest w ekipie WBA piątym kołem u wozu. Wydawało się, że w końcu pod koniec kariery (nie oszukujmy się, ta zbliża się dużymi krokami) nie tylko zasmakuje, ale w końcu nasyci się występami w Premier League. A tu nic z tego. Uważam mimo wszystko, że dobrze się stało, iż nic nie wyszło z transferu. Może jestem naiwny, ale wierzę, że w którymś momencie Slaven Bilić znowu zacznie dawać mu szanse.

Reklama

Jestem wielce zadziwiony tym, jak w tym oknie transferowym potoczyły się losy Arkadiusza Milika. Jestem pełen obaw o ten sezon napastnika reprezentacji Polski. Mamy tu wyraźnie do czynienia z próbą sił między piłkarzem i władzami Napoli. Wiemy, że prezydent klubu do ustępliwych nie należy. Domyślam się, że poszło o konkretne pieniądze i sądzę, że za kilka tygodni, gdy emocje opadną, Milik wróci przynajmniej do szerokiego składu drużyny. Jeśli straci pół roku, a już nie mówiąc o roku, to będę zniesmaczony. 

Nie wiem czy w tej całej sytuacji najwięcej pretensji nie należy kierować do ludzi, którzy reprezentantowi Polski doradzają i robią wokół niego mnóstwo szumu. Niestety, duże interesy wymagają ciszy, a tu mieliśmy trwającą kilka miesięcy soap operę. Z reguły szefowie klubów dochodzą do słusznego wniosku, że tracą na tym podwójnie (nie mogą korzystać z zawodnika, a ten traci na wartości). Mieliśmy latem zamieszanie wokół Messiego, mieliśmy przeciąganie liny między Neymarem i władzami PSG, ale ostatecznie obaj zostali w swoich klubach. Zostali, bo są zbyt cenni od strony sportowej. Milik aż takich mocnych argumentów nie ma i wydaje mi się, że tutaj zagrał va banque przede wszystkim o kasę. Mam nadzieję, że jest to gra warta straconego czasu.

Wiadomo już, że ekstraklasę opuszczą dwaj młodzi i utalentowani zawodnicy - Michał Karbownik z Legii i Jakub Moder z Lecha. Miejmy nadzieję, że rodzimą ligę opuszczą dopiero za rok i ich transfery będą dobrą nauczką dla klubów. Dla Lecha lekcja powinna polegać na tym, że warto z transferem czekać cierpliwie. "Kolejorz" przed awansem do fazy grupowej sprzedał za dużo mniejsze pieniądze Jóźwiaka i Gumnego. A gdyby przytrzymał ich chociaż do zimy, to mógłby zarobić dużo więcej. I żeby nie było, że mądry Polak po szkodzie - mówiłem o tym, że Jóźwiak odchodzi zbyt wcześnie od samego początku.

Naukę powinna zebrać też Legia. Wydawało się, że latem nic nie przebije transferu Karbownika, tymczasem odchodzi on za połowę sumy, którą ma zgarnąć Lech za Modera. Ale jeśli w najważniejszym meczu sezonu sadza się najbardziej wartościowego zawodnika na ławce, to nie ma co się dziwić, że ucieka kilka milionów z racji braku awansu drużyny do fazy grupowej i ucieka również kilka milionów z transferu. I do tego zostaje się na nowy sezon z Joelem Valencią, który nawet jeśli znowu okaże się gwiazdą Ekstraklasy, to Legia z tego tytułu nic nie dostanie. To się nazywa mieć głowę do interesów...

Dariusz Dziekanowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje