Reklama

Reklama

Parady, czyli wzloty i upadki Jerzego Dudka

Jako główny bohater najbardziej dramatycznego finału w historii Ligi Mistrzów Jerzy Dudek ma prawo do tytułu największej gwiazdy polskiej piłki w minionych 25 latach. Futbol wyniósł go na piedestał, ale i strącił w otchłań. Wczoraj zagrał ostatni mecz w reprezentacji Polski.

Rafael Benitez podzielił bramkę na sześć prostokątów i ponumerował od 1 do 6. W tajemnicy przed innymi piłkarzami Liverpoolu nauczył ich położenia Jerzego Dudka. Potem przeanalizował sposób, w jaki wykonują karne najgroźniejsi strzelcy rywalizujący z "The Reds" w lidze angielskiej i Lidze Mistrzów. Przed każdą jedenastką jego asystent pokazywał Dudkowi numer, by bramkarz wiedział, gdzie się rzucić. Misterny plan Hiszpana legł w gruzach w najważniejszym momencie.

Adrenalina wzięła górę

W serii rzutów karnych rozstrzygających finał Champions League 2005 roku przeciw Milanowi komunikacja między trenerem i bramkarzem była właściwie niemożliwa. Benitez postanowił uprościć metodę, rezerwowy bramkarz Scott Carson przekazywał Polakowi tylko informację, w którą stronę powinien się rzucać. Adrenalina wzięła górę, Dudek kładł się tam, gdzie kazała mu intuicja broniąc strzały Pirlo i Szewczenki, co pozwoliło Liverpoolowi zdobyć Puchar Europy.
 
Na wspaniałe interwencje Polaka większy wpływ miał Jamie Carragher przekonując go, by wykonywał dziwaczne ruchy na linii bramkowej nazwane potem "Dudek Dance", by zdekoncentrować przeciwnika. Carragher wpadł na taki pomysł przypominając sobie Bruce’a Grobbelaara, bramkarza Liverpoolu z czasów jego największej świetności. W finale z 1984 roku po raz pierwszy rozstrzygniętym w rzutach karnych bramkarz reprezentujący Zimbabwe wykonał taniec przed Francesco Grazianim z Romy, który chwilę potem posłał piłkę nad poprzeczką jego bramki.
 
Dudek przyznał się do łamania przepisów w Stambule, czyli celowego wychodzenia przed linię bramkową przy strzale Pirlo, a także prowokowania byłych kumpli. Znanego sobie z Feyenoordu napastnika Milanu Jona Dahla Tomassona zapytał wprost: "strzelasz jak zwykle, czy inaczej?". Swoją biograficzną książkę "Uwierzyć w siebie" polski bramkarz zaczyna jednak od relacji nie ze zwycięskich karnych, ale ostatniej minuty dogrywki, gdy obronił dwa strzały Szewczenki z najbliższej odległości. To był niemal cud, który ocalił Liverpool i cały jego wysiłek włożony w doganianie Włochów. Norweg John Arne Riise podszedł wtedy do Polaka i powiedział: "Kocham Cię Jerzy".

Tamtego wieczoru Jerzego pokochała cała Polska i co najmniej pół Europy. To był wielki show bramkarza Liverpoolu, jego drużyna przegrywała przecież po 45 minutach gry 0-3, ale wrócił z piekła. Potem Dudkowi, na oczach setek milionów widzów, udawało się absolutnie wszystko.
 
Kilka lat później z okazji 20-lecia istnienia Champions League UEFA zorganizowała ankietę na najlepszy moment w jej historii. 21 procent głosowało na "Dudek Dance" umieszczając go na czele listy, przed wolejem Zinedine’a Zidane’a w finale Real Madryt - Bayer Leverkusen (2002), który otrzymał 12 procent głosów oraz dramatyczną końcówką starcia z 1999 roku między Manchesterem United i Bayernem Monachium (10 procent).

Reklama

Popularniejszy niż Robert Lewandowski

Dudek był na szczycie przeżywając eksplozję popularności większą od tej, która spadła niedawno na Roberta Lewandowskiego po czterech golach wbitych Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów. Zapraszany był wszędzie i przez wszystkich, został nawet jurorem w konkursie Miss Polonia. Fani Liverpoolu nosili go na rękach, nie przeczuwając nawet jaką niespodziankę szykuje im Benitez. Świętując razem z Polakiem życiowy triumf w Stambule, trener Liverpoolu wiedział już, że chce dokonać zmiany między słupkami stawiając tam rodaka Pepe Reinę. Dla Dudka będącego w siódmym niebie zaczynało się sportowe piekło.
 

Podobno nieszczęścia chodzą parami. Dudek może to potwierdzić, kolejny cios spadł na niego szybciej, niż mógł się spodziewać. Selekcjoner Paweł Janas zdecydował, że bramkarz Liverpoolu nie jest mu potrzebny na mundialu w Niemczech. Dudek długo rywalizował z Arturem Borucem, ale w ostatniej chwili Janas uznał, że dość tego. Boruc stał się numerem jeden w kadrze. By miał spokojną głowę, Dudek został usunięty przed mistrzostwami z drużyny narodowej. W ten sposób ominęła go szansa rehabilitacji za porażkę w Korei i Japonii.

U Jerzego Engela w 2002 roku miał pozycję gwiazdy. Drużyna nie sprostała jednak wielkim oczekiwaniom i przepadła w grupie azjatyckiego mundialu. Analizując przyczyny klęski Dudek wskazał na zło, jakim była decyzja Engela, który uległ naciskom działaczy PZPN i usunął z kadry Tomasza Iwana. Krok selekcjonera popierany wtedy przez media i kibiców był tak naprawdę demonstracją siły ze strony działaczy. Zniszczył chemię w zespole, a zysk był mały, bo zastępujący będącego bez formy Iwana Paweł Sibik pojechał do Korei w roli turysty.

Może więc ta wojna działaczy z piłkarzami była zbędna? Jej apogeum stał się jednak konflikt ze Zbigniewem Bońkiem, wtedy wiceprezesem odpowiedzialnym za finanse PZPN. "Oto zezwolenie dla Coca-Coli na wykorzystanie waszych indywidualnych wizerunków. Jeśli do godziny ósmej nie podpiszecie tego, możecie się spakować i jutro wyp... wszystkich do domu. Mistrzostwa dla was się skończą" - powiedział ponoć Boniek piłkarzom przed towarzyskim starciem z Rumunią. To oczywiście wersja wydarzeń opisana przez Dudka.

Metody Wójcika

Był też bardzo rozżalony na swoich kolegów z kadry: "Ostatecznie naiwny Jerzy Dudek, który z własnej nieprzymuszonej woli zgodzi się podzielić z kolegami pieniędzmi zarobionymi w kilku reklamach, otrzymał ich drobną część prawie jako jałmużnę. Samo życie..." - napisał w książce "Uwierzyć w siebie". Zwykle poprawny i wyważony w sądach bramkarz opisał też czasy, w których kadrą dowodził kontrowersyjny Janusz Wójcik. Przed meczem z Anglią w Warszawie w eliminacjach Euro 2000 "Wielki Motywator" kazał Tomaszowi Iwanowi biegać za Davidem Beckhamem i opowiadać mu, jakie to wymyślne doświadczenia seksualne miał z jego żoną Victorią. Podobno Beckham od pewnego momentu meczu nie biegał już za piłką, tylko za Iwanem.
 
Ucieczka z Liverpoolu niezbyt powiodła się Dudkowi. W 2007 roku po dwóch sezonach spędzonych na ławce "The Reds" podpisał kontrakt z Realem Madryt. Wtedy pozycja Ikera Casillasa była jednak absolutnie niepodważalna. Polak grzeczny jak zwykle, chwilami ponoć jak na zawodowego sportowca nawet za bardzo, usiadł na ławce. Spędził w Madrycie cztery sezony, rozgrywając zaledwie dwa spotkania w Primera Division. Poznał tajniki działania najbogatszego klubu świata, jego prezesa Florentino Pereza, trenował z legendarnym Raulem Gonzalezem opowiadając, że Hiszpan nie musi nawet podnosić głosu, by rządzić królewską szatnią.

Treningi z Cristiano Ronaldo, który na rezerwowym bramkarzu ćwiczył swoje "tomahawki", a także współpraca z Jose Mourinho były dla Polaka niezwykłym doświadczeniem, tyle, że w tamtych czasach Portugalczyk był daleki od kwestionowania pozycji Casillasa. Iker lubił Dudka, wiele razy przytaczał hiszpańskiej prasie jego opowieści o pracy w kopalni. Bramkarz mistrzów świata uświadamiał sobie wtedy, w jak komfortowych warunkach zaczynał karierę w porównaniu z przybyszem z Polski.

Niewiarygodna droga

Dudek zawsze był lojalny wobec Mourinho, całkowicie popierał jego sugestie o spisku sędziowskim w rywalizacji z Barceloną w słynnym półfinale Champions League z 2011 roku. Kiedy w grupowym spotkaniu Ligi Mistrzów, już bez stawki Dudek zastąpił Casillasa w bramce i doznał złamania szczęki, Mourinho był jednym z pierwszych, którzy odwiedzili go w szpitalu. 21 maja 2011 roku w spotkaniu z Almerią Mourinho zdjął Dudka z boiska w 78. min, by koledzy i kibice mogli go pożegnać. Ronaldo i inni zrobili szpaler, fani z Santiago Bernabeu bili brawo na stojąco. Trudno znaleźć inny przykład, gdzie aż tak bardzo fetowano by bramkarza, który tak niewiele zrobił dla klubu.
 
Wszystko to nigdy by się nie zdarzyło, Dudek sczezłby zapewne w III lidze w Concordii Knurów, gdyby wiosną 1996 roku trener Bogusław Kaczmarek nie zabrał go do pierwszoligowego Sokoła Tychy. W ekstraklasie debiutował w spotkaniu z Legią, pół roku później sprzedano go do Feyenoordu. Tak zaczęła się niewiarygodna droga, która zakończyła się w Krakowie. Dudek zagrał w kadrze 60. raz.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje