Reklama

Reklama

Narodowe fobie futbolowe

Selekcjoner z zagranicy nie jest jedyną opcją dla piłkarskiej reprezentacji Polski. Nie jest może nawet opcją najlepszą. Najgorsza jest jednak skrajnie nacjonalistyczna fobia polskiej myśli szkoleniowej, pod którą podpisuje się także prezes PZPN Zbigniew Boniek.

Według Bońka Leo Beenhakker zostawił po sobie w Polsce spaloną ziemię. A ja mam wrażenie, że Holender zapisał się w annałach, jako pierwszy szkoleniowiec, który wprowadził naszych piłkarzy do finałów mistrzostw Europy. Ten fakt na zawsze zostanie solą w oku tak zwanego "środowiska futbolowego w Polsce", robiącego potem wszystko, co możliwe, by tytuł człowieka roku 2007 w naszym kraju wyszedł "holenderskiej przybłędzie" bokiem.

Jakiś czas temu postawiłem tezę, że Beenhakker dokonał w polskiej piłce cudu. Niestety nie tyle z piłkarzami, ale z wyznawcami polskiej myśli szkoleniowej. Kiedyś skłóconymi, nienawidzącymi się i zwalczającymi niczym wściekłe psy, by w obliczu inwazji "przybłędy" mówić jednym głosem. Jan Tomaszewski całe lata atakował Bońka z pianą na ustach, ten odpowiedział mu nawet wygranym procesem o zniesławienie. Kwestia Beenhakkera była chyba jedyną, wobec której zgadzali się w stu procentach. To szkodnik i materialista nastawiony na obłupienie kasy PZPN, którego z polskiej piłki trzeba usunąć.

W sprawie Beenhakkera wspólne zdanie mieli nawet Andrzej Strejlau i Janusz Wójcik, kiedyś nienawidzący się i zwalczający jeszcze od czasów, gdy pierwszy prowadził drużynę narodową, a drugi olimpijską. Wobec Holendra niemal wszyscy zwarli szeregi. Pamiętam, jak po prezentacji Beenhakkera Grzegorz Lato jeszcze nie będąc prezesem PZPN zwrócił się wściekły do dziennikarzy: "No to macie, czego chcieliście, teraz my będziemy was j...". Chodziło mu zapewne o to, że Holender z naszymi piłkarzami sobie nie poradzi, a wtedy król strzelców mundialu i jego koledzy z PZPN pokażą zwolennikom zagranicznego trenera środkowy palec.

Lato musiał na swoją szansę czekać długo. Najpierw Beenhakkera chronił Michał Listkiewicz, a potem wyniki. Polska myśl szkoleniowa przełknęła gorzką pigułkę, Holender poprowadził drużynę narodową na Euro 2008. Mecze z Portugalią, Serbią, a nawet już w fatalnych eliminacjach MŚ 2010 z Czechami stały się wzorem dla drużyny narodowej do dziś niemożliwym do skopiowania. Co prawda Franciszek Smuda przekonywał, iż jego zespół zagrał kilka co najmniej tak samo dobrych spotkań, podczas Euro 2012 przekonał się jednak, iż gry towarzyskie, a presja walki o punkty, to dwie różne pary kaloszy.

Nie mam zamiaru bronić Beenhakkera. W tym, że tak powszechnie go nienawidzono było zapewne sporo jego winy. Mógł być sprytniejszy, rozważniejszy, schlebiać polskiej myśli szkoleniowej, może połechtani przyjemnie jej przedstawiciele daliby mu spokój? Konflikt z Antonim Piechniczkiem był niepotrzebny nikomu. Holender powinien był odpuścić dla dobra drużyny narodowej. Ale odpuścić nie umiał przedkładając własne ego nad interes kadry.

Reklama

Nie zmienia to faktu, że w chwili, gdy prezesem został Lato, nieliczni sojusznicy Beenhakkera przestali mieć w PZPN cokolwiek do powiedzenia. Nie wyleciał z posady tylko ze względu na wsparcie opinii publicznej. Piłkarze mu jednak nie pomogli kompromitując się na Słowacji, w Irlandii Płn. i w końcu w Słowenii. Lato miał wreszcie podstawy, by wylać z hukiem "holenderskiego przybłędę".

Jeszcze raz powtórzę: to nie jest tekst w obronie Beenhakkera. Ani ku jego pamięci. Przypominam sobie jednak, jak Jacek Bąk opowiadał mi kiedyś, iż ze względu na zatrudnienie Holendra postanowił przedłużyć grę w reprezentacji. Był ciekawy jak pracuje się z kimś, kto prowadził Real Madryt oraz Gullita, Rijkarda i van Bastena, choć turniej Italia '90 zakończył z Holendrami na tarczy.

Dość udana kariera klubowa dała Bąkowi okazję pracy z trenerami dobrymi, ale nie wybitnymi. Kadra pozwoliła mu zetknąć się z Beenhakkerem, co wydawało mu się intrygujące. Czy Holender nadzieje spełnił? To już inna sprawa. Był jednak czas, gdy nasi gracze szli za nim w ogień. Tym bardziej bolało to polskich trenerów. Podkreślał ich małość i kompleks wobec świata. Przecież od 25 lat żaden polski szkoleniowiec nie dostał posady w choćby średnim, zachodnim klubie. Gdzie mieliby zarabiać, jeśli najlepszą trenerską posadę w kraju odda się obcokrajowcom?

Część polskich trenerów zżera pospolita zawiść. Świadomość, że na rynku europejskim, za grube miliony zatrudniani są koledzy z innych krajów. Dlaczego taki Strejlau nie miałby prowadzić Chelsea, a Wójcik Manchesteru United? Uśmiałeś się drogi Czytelniku? Ja śmieję się razem z Tobą.

Najgorsze jest jednak to, że fobie polskiej myśli szkoleniowej podziela Boniek. Człowiek światowy, mieszkający we Włoszech. Kiedy w 2002 roku zmieniał na stanowisku selekcjonera Jerzego Engela, na konferencji prasowej pokazał dwa paszporty. "Włoski mam dla tych, którzy chcieli selekcjonera z zagranicy, polski dla preferujących rodaka" - żartował. Dziś stojąc na czele polskiego futbolu ten sam Boniek mówi na serio, że Beenhakker okazał się gościem żerującym na kasie PZPN. Że nic polskiej piłce i polskim piłkarzom nie dał. Wydaje mi się to argumentem wyjątkowo mało wyważonym.

Odreagowywanie kompleksów na Beenhakkerze było hobby dużej części polskich trenerów. Odnieśli w końcu sukces, przegnali go z Polski na cztery wiatry. Nie żałuję Holendra, jak mówiłem sam też przyłożył rękę do konfliktu. Nawet gdyby rzeczywiście nie osiągnął z kadrą absolutnie nic, jedno nieudane doświadczenie nie dyskwalifikuje opcji zatrudnienia w PZPN selekcjonera z zagranicy.

Być może jest to wyjście złe? Być może polskich kadrowiczów faktycznie powinien prowadzić Polak? Może powierzanie tej posady obcokrajowcowi niczego by w kadrze nie zmieniło? Patrząc na europejski futbol wydaje mi się jednak, że szkoleniowcy dzieleni są nie według narodowości, ale na dobrych i złych.

Nikt w Hiszpanii nie robi dramatu z tego, że Real prowadził Włoch, a Barcelonę Argentyńczyk. W Chelsea pracuje Portugalczyk, w Manchesterze United Szkot, w Manchesterze City Chilijczyk, w Arsenalu Francuz, w Tottenhamie kolejny Portugalczyk. I co? Ktoś uważa to za skandal? Ktoś w Niemczech rozdziera szaty, że Katalończyk stanął na czele Bayernu, czyli sprzątnął sprzed nosa Niemcom najlepszą posadę w Bundeslidze?

Futbol stał się kosmopolityczny. Niemczy czerpią od Hiszpanów, a Hiszpanie od Niemców. W tym siła potężnych nacji, że kopiują wzorce od innych. Także system szkolenia, którego PZPN wciąż poszukuje, choć wydawałoby się, że otwartych drzwi wyważać nie ma sensu.

Chęć uczenia się od innych, powinna być czymś naturalnym dla polskich trenerów. Tymczasem zamykają się w narodowym skansenie, by obronić go przed cynikami z zagranicy gotowymi stanąć na czele naszej kadry wyłącznie dla zysku. Między innymi dlatego polska piłka przypomina skansen i długo go jeszcze będzie przypominać. A prezes PZPN, w którym tylu fanów pokładało nadzieję na lepsze jutro ogłasza, że jedyny obcokrajowiec dopuszczony do zaszczytu pracy z naszymi kadrowiczami, zostawił po sobie wyłącznie spaloną ziemię.

Spaloną ziemię w naszej piłce pozostawiło po sobie kilku prezesów. Niech Boniek uważa, żeby nie był następnym.

Uzasadnienie tygodnika "Wprost", dlaczego uznał Beenhakkera za człowieka roku 2007:



Kiedy w sierpniu 2006 r. obejmował piłkarską reprezentację Polski, wielu przekonywało, że podjął się mission imposible. Z zawodnikami, którzy grają w słabej polskiej lidze albo są rezerwowymi w zagranicznych klubach, nie można podbijać świata. Tymczasem po kilkunastu miesiącach pracy Holendra okazało się, że wygraliśmy grupę eliminacyjną do mistrzostw Europy, w której za przeciwników mieliśmy czwartą drużyną świata Portugalię, silną Serbię i nieobliczalną Finlandię. Polskich kibiców cieszyły nie tylko zwycięstwa, ale również nowoczesny sposób gry zespołu Beenhakkera.

Trener piłkarskiej reprezentacji to jedno z ważniejszych stanowisk w Polsce. Jest oceniany i rozliczany przez miliony Polaków niemal tak bezlitośnie jak najważniejsi politycy. Z ogromną presją Beenhakker radził sobie do tej pory znakomicie. Połączył Polaków bogatych i biednych, mieszkających w kraju i emigrację zarobkową, wykształciuchów i mohery, grubych i chudych, wysokich i niskich. Gdy polska reprezentacja zapewniła sobie awans do mistrzostw Europy, czapki z głów zdjęli przed nim solidarnie prezydent i premier. Lech Kaczyński przyznał Leo Beenhakkerowi Krzyż Zasługi, a Donald Tusk ogłosił Dzień Radości Narodowej. To najlepszy dowód, że to on wywarł największy wpływ na polską rzeczywistość w 2007 r."

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje