Reklama

Reklama

Michał Globisz: Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

Prowadził reprezentacje Polski juniorów w okrągłych 300 meczach. Michał Globisz podsumowuje 46-letnią pracę z piłkarzami kadry, Arki i Lechii. W rozmowie z Interią nie unika trudnych tematów, jak ten związany z aferą z 2001 roku.

Maciej Słomiński, Interia: W ten ciężki, dziwny czas muszę zapytać o zdrowie. Jak z nim u pana?

Michał Globisz, trener: - Jak na 74-latka czuję się bardzo dobrze. Brzucha nie mam, chociaż to akurat martwi. Ważę 61 kilo, jak robiłem maturę, miałem 64. 

A jak ze wzrokiem?

- Status quo. Po powrocie z Chin nastąpiła spodziewana, 15-procentowa poprawa. Człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić, tak było i z moim problemem. Czasem wydawało mi się, że widzę lepiej, ale to tylko złudzenie. Sytuacja się nie polepszy, oby nie było gorzej. Widzę sylwetkę i kształt mojego rozmówcy, ale oczy i szczegóły nie bardzo.

Reklama

Problem, o którym mówimy, dotyczy drugiego oka. Pierwsze stracił pan 20 lat temu.

- To stało się na hali Lechii. Ktoś podszedł, odwróciłem się, zaczęliśmy rozmawiać i dostałem piłką prosto w oko, ktoś mocno trafił z woleja. Okulary spadły na ziemię, na początku to zbagatelizowałem. Na skutek uderzenia i złej diagnozy nastąpiło krwawienie, które zlikwidowało pęczek wzrokowy, odpowiadający za widzenie. W Akademii Medycznej zrobiono mi panoramiczne zdjęcia dna oka, następnego dnia laserem problem zlikwidowano, ale straty w widzeniu były nieodwracalne.

Czytałem z panem wywiady, w których pojawiały się najczarniejsze myśli. Dziś słyszę pogodę ducha, a może to nawet pogodzenie się z losem?

- Może to urokliwe Wdzydze Kiszewskie, w których jesteśmy, sprawiają, że oddycham pełną piersią? To tu przeżywałem skrajne emocje. Tutaj otrzymałem informację o wynikach badań oka. Musiałem odejść na bok, bo słabo z zasięgiem. Dzwonili do mnie Sebastian Mila i Grzesiek Krychowiak, zapewniali: Trenerze, zawsze nam pan mówił - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Zawsze był pan za nami, teraz my staniemy za panem. Zbierzemy tyle kasy ile trzeba, niech się pan nie martwi. Łzy musiałem ocierać ręcznikiem, tyle ich było. PZPN sfinansował moją operację, a moi wychowankowie zebrali na przelot, pobyt, zajęli się całą logistyką. Nigdy im tego nie zapomnę.

Częściowa utrata wzroku to dla trenera tragedia.    

- Czas goi rany. Duża pomoc rodziny i przyjaciół. Ten krok ostateczny, o którym mówiłem...

- Nie mógłbym moim bliskim tego zrobić. Jakby oni wtedy się czuli? Przecież ze wszystkich sił chcieli mi pomóc. Znaczy, że nie potrafili? Jakby mojej rodzinie przyszło żyć z takim brzemieniem? Z każdym dniem się wzmacniałem, praca pozwalała zapomnieć. Pełno było gestów sympatii, zwykli ludzie na ulicy zatrzymywali: Panie Michale, pan się nie daje! To dawało siłę.

W pierwszym "Skarbie Kibica", który w 1986 roku kupili mi rodzice, trenerem Lechii jest Michał Globisz. Pana sylwetka zaczyna się od słów: "W przeciwieństwie do większości trenerów nie był wcześniej piłkarzem. Magister ekonomii".

- Ojciec, który był ekonomistą, wyraźnie kierunkował mnie, bym szedł w jego ślady. Jak każdy rodzic dbał o swą latorośl, chciał dla mnie jak najlepiej. Wykształcenie ekonomiczne dawało możliwość podjęcia dobrej pracy. Kultura fizyczna była traktowana pobłażliwie: no dobra, pójdziesz na ten AWF i co? Będziesz fikołków uczył? Nie byłem znanym piłkarzem, zawsze jednak żyłem futbolem. Zdecydował przypadek. Mojej żony koleżanka pracowała z bliską przyjaciółką lepszej połowy Wojtka Łazarka. "Baryła" był wtedy w MRKS, skontaktował się ze mną. W ramach próby poprowadziłem dwa treningi. Gdy poszedł do Lechii zadzwonił i mówi: Zabieram cię ze sobą. Zrobiłem kurs instruktora piłki nożnej, potem trenera II, później I klasy i poszło.

O słynnym roczniku 1972 w Lechii mówi się "dzieci Bobo Kaczmarka", a to przecież początkowo pan ich prowadził. Wojciechowski, Pawlak, Giruć, Piętka, Matuk, Ziółkowski, bracia Motyka - wszyscy grali w lidze. Jest żal?

- Nie ma. Jako umysł ścisły lubię mówić o faktach. To ja przeprowadziłem nabór tych chłopaków, ściągnąłem ich potem do "piętnastki" na Smoluchowskiego, tuż obok stadionu. Prowadziłem ich do 12-13 roku życia. Praca dawała satysfakcję, ale kokosów z tego nie było. Żeby dorobić, któregoś roku latem pojechałem na miesiąc zbierać winogrona do Niemiec.  Gdy wróciłem, okazało się, że mój zespół przejął "Bobo". Trudno, tak bywa. Nie zmienia to faktu, że to moi chłopcy. Poza treningiem piłkarskim ćwiczyłem z nimi w szkole sprawność ogólną, salta itd.

To był pana najlepszy rocznik prowadzony w Lechii?

- Najlepszy był chyba ten pierwszy. Ten, w którym byli Błaszczyk, Marchel, Grembocki, Wójtowicz, bracia Wydrowscy. Późniejsi zdobywcy Pucharu Polski dla Lechii. Z nimi byłem najbliżej. W roczniku 1972 były diamenty, które nie osiągnęły tyle, co mogły. Troszkę może zabrakło charakteru, którzy mieli moi dwaj piłkarscy "synkowie" - "Gremboś" i "Wujo".

Dariusz Wójtowicz był potem pana asystentem w juniorskich reprezentacjach Polski.

- Darek ma złoto (2001 r.) i srebro (1999 r.) mistrzostw Europy jako mój asystent i brąz (1984 r.) jako zawodnik.

W seniorach Lechii w latach 80. XX wieku trzy razy był pan strażakiem, wzywanym do ratowania ligi. Jest żal, że nie poprowadził pan nigdy "Biało-Zielonych" w normalnych warunkach? Czy nie miał pan ambicji wsiąść na ligową karuzelę?

- Praca z seniorami jako strażak była ciekawa i myślę, że w Lechii w niej się sprawdziłem. W tandemie trenerskim z Józiem Gładyszem utrzymaliśmy ligę po wyjeździe Wojtka Łazarka do Szwecji. Ligowa karuzela mnie nie pociągała z jednej przyczyny - z natury jestem domatorem. Prowadząc seniorów Lechii wiedziałem, że nie dostanę pracy w Legii, Widzewie czy Górniku tylko gdzieś w II lidze. Dałbym radę w sensie szkoleniowym, ale mieszkanie w hotelu 500 km od domu, to nie życie dla mnie. Kocham piłkę, poświęciłem jej życie, ale rodzinę muszę mieć przy sobie. Z młodzieżą lepiej, bo na miejscu, w pracy z nią czułem się dowartościowany.

Pracując w Lechii dojeżdżał pan codziennie do pracy z Gdyni.

- Długo mieszkałem tuż przy starym stadionie Arki, na osiedlu Moniuszki. Z balkonu widziałem pół boiska stadionu przy Ejsmonda. Nie był to dla mnie problem. Ulicą Legionów szedłem do kolejki elektrycznej, na drogę kupowałem "Przegląd Sportowy", gdy dojeżdżałem do przystanku Gdańsk-Politechnika całą gazetę miałem przeczytaną.

Dobre wyniki z juniorami Lechii zaowocowały "powołaniem" do centrali.

- Paradoksalnie, stało się to za prezesury niezbyt w Gdańsku lubianego, Mariana Dziurowicza. To był prezes w starym stylu, gdy szedł PZPN-owskim korytarzem, pracownicy stali na baczność przyklejeni do ścian. Dziurowicz zlecił ówczesnemu szefowi szkolenia młodzieży Wiesławowi Wice, nota bene z Gdańska, znaleźć trenerów spoza "warszawki". Rocznik 1981 objął trener Krzysztof Paluszek z Wrocławia, rocznik 1982 Michał Globisz z Gdańska, rocznik 1983 Antek Szymanowski z Krakowa.

Z rocznikiem 1982 zdobyliście w Finlandii mistrzostwo Europy juniorów w roku 2001.

-  Jest pomysł Mirka Dawidowskiego, mojego drugiego asystenta, żeby za rok ściągnąć wszystkich złotych medalistów do Łodzi na okrągłą rocznicę, zorganizować ciekawy mecz, wypić piwko i powspominać.

Ważną, choć nie pierwszoplanową postacią tamtej drużyny był Sebastian Mila. W seniorskiej piłce to on osiągnął najwięcej ze złotych medalistów.

- Wielu zaliczyło pojedyncze mecze w kadrze, zdecydowanie najwięcej Mila. Obstawiałem, że to Tomasz Kuszczak zrobi największą karierę. Więcej obiecywałem sobie po Łukaszu Nawotczyńskim. Wiedziałem z kolei, że Paweł Brożek trochę postrzela, a Rafał Grzelak i Łukasz Madej to będą solidni ligowcy. Z Pawłem Golańskim wiąże się ciekawostka. Dość późno go wyselekcjonowałem, rozegrał u mnie tylko 20 spotkań, żadnego nie przegraliśmy z nim w składzie! Gdy go wpuszczałem w finałowym meczu z Czechami, mówię mu: "Gola, nie daj plamy, nie przegraliśmy, gdy ty grałeś i nie przegramy, nie zawiedź mnie".

Jest pan nie tylko trenerem, ale również pedagogiem, edukatorem. Czy afera z domniemanym gwałtem jednego z podopiecznych wtedy w Finlandii to największa porażka wychowawcza?

- Ponoszę odpowiedzialność, bo byłem trenerem, ale czy to była moja wina? Po meczu finałowym z Czechami, wiadomo euforia, przyszedł do mnie Darek Wójtowicz: Chłopcy chcieliby uczcić sukces symbolicznym piwkiem. Tu niedaleko jest knajpka. Mówię: Darek okej, ale idą z tobą i biorą po symbolicznym jednym, potem zaraz wracacie. W tej knajpce przyczepiła się do nich jakaś dziewczyna. Wręcz na siłę chciała wracać z naszymi do hotelu. Mieszkaliśmy na parterze, wszyscy rozeszli do pokoi, ja już spałem, adrenalina opadła. Pech chciał, że kilku chłopaków wymknęło się, ona już czekała. Poszła z jednym z chłopaków do pokoju. Odbyli stosunek, tyle że nie zapłacił, a ona tego żądała.

Cytując "był za młody i za przystojny, by płacić".

- Ona się obraziła i po złości zgłosiła na policję, że to był gwałt.  Cała drużyna stanęła w rzędzie, ona miała wskazać, który to zrobił. Pomyliła się, wskazała na innego i w tym momencie wyszedł charakter drużyny. Ten wskazany nie krzyczał, że to nie on. Potulnie poszedł na miesiąc siedzieć za kumpla. Wróciliśmy bez niego. Ja od razu zgłosiłem temat do Michała Listkiewicza, prezesa PZPN i wiceprezesa Zbigniewa Bońka. Tak, była to moja porażka wychowawcza. Co mogłem zrobić więcej? Całą noc czekać pod oknem, by nikt nie wyszedł? Może zabrakło mi wyobraźni? Zaraz Jan Tomaszewski zaczął w mediach nawoływać do mojej dymisji.

Jak zakończyła się "afera fińska"?

- Chłopak, który przespał się z tą dziewczyną, na rozprawie w sądzie został uniewinniony.

- Tamta drużyna była w dużej mierze oparta na systemie SMS-ów (Szkół Mistrzostwa Sportowego). Proszę opowiedzieć, jak ten projekt działał?

- Były trzy główne ośrodki - łódzki (Madej, Grzelczak, Kaźmierczak), gdański (Mila, Nawotczyński, Mierzejewski), krakowski (Brożek, Zawadzki). Te SMS-y to były świetna sprawa. Trenowaliśmy dwa razy dziennie, wiele zajęć indywidualnych, mimo że piłka to gra zespołowa. Ci chłopcy się znali, byli kumplami. To stanowiło siłę tej drużyny.

Byli nieźli, ale prowadził pan lepsze pod względem piłkarskim roczniki.

- Mistrzowie Europy wszyscy bez wyjątku grali w Polsce, nikt z nich nie był zawodnikiem klubu zagranicznego. Drużyna rocznika 1990 z Krychowiakiem, Janotą i Kupiszem była od nich lepsza. Powinni zdobyć mistrzostwo kontynentu. Ale zawsze, gdy walczyliśmy o drugą fazę, Janoty nie puścił Feyenoord, Krychowiak też nie przyjechał. W roczniku 1982 nie było o tym mowy. Wszyscy przyjeżdżali na każdą konsultację, wciąż byli razem. Pytają się mnie, jaka jest tajemnica mistrzowskiego tytułu? To nic nadzwyczajnego, potrzebna dobra selekcja, dobra kumpelska atmosfera, wówczas wszystko jest możliwe.

Czy dziś byłoby możliwe odtworzenie systemu SMS-ów?

- Obecnie działa jeden, łódzki. Ale na zupełnie innych, komercyjnych zasadach. Mirek Dawidowski tam działa, ojciec Radka Matusiaka też, dobrze sobie radzą. Dziś ciężko byłoby to odtworzyć, są zupełnie inne czasy.

Inna pamiętna impreza to mistrzostwa świata w Kanadzie.

- Poprzedziły ją finały mistrzostw Europy w Wielkopolsce, do których dostaliśmy się jako gospodarz. To była porażka, także moja wychowawcza. Przyznaję, nie zapanowałem nad drużyną. Wybraliśmy hotel w centrum Poznania, gdzie dostęp mieli wszyscy kibice. W noc przed meczem o brązowy medal grupka chłopaków poszła pić w miasto, zatrzymała ich policja. W zespole nie było chemii, za to pełno kłótni. Cudem, dzięki hat-trickowi Dawida Janczyka z Belgią, zajęliśmy trzecie miejsce w grupie i pojechaliśmy na mundial do Kanady. Na marginesie Janczyk nie brał w powyższych ekscesach udziału. Zrobiłem rewolucję w drużynie, wywaliłem z niej tancerzy, zastąpiłem zawodnikami od nich słabszymi, dokooptowałem Krychowiaka i Szczęsnego z rocznika 1990, czyli trzy lata młodszego.

W Kanadzie nie daliście plamy.

- Wylosowaliśmy bardzo ciężką grupę. Pierwszy mecz na inaugurację mistrzostw z Brazylią - cudowny! Transmisja o odpowiedniej godzinie, cała Polska oglądała, prezesi PZPN uścisnęli grabę swym odpowiednikom, pełna kultura. Traf chciał, że telewizyjna kamera uchwyciła jak małym aparatem robiłem chłopakom fotkę jak stoją przed meczem z Brazylią, pamiątka na całe życie. Zaraz Tomaszewski wziął się za mnie w mediach. Prawie cały mecz graliśmy w "10", Krychowiak zdobył piękną bramkę. Z USA, rywale stworzyli siedem sytuacji i strzelili sześć goli. Bywają takie spotkania. Koreańczycy szybciej grają niż biegają, z nimi remis dawał nam awans, świetnie zagrał Białkowski i to w swoje urodziny. Ćwierćfinał z Argentyną z Aguero i Di Marią w składzie. Dawid Janczyk dał na 1-0. Do przerwy 1-1. Nie mógł zagrać Jarek Fojut podpora naszej obrony, z powodu nadmiaru żółtych kartek. Wstawiłem za niego Adriana Marka z Zagłębia Sosnowiec. Pierwsza akcja po przerwie, Aguero przerzuca sobie piłkę nad sobą, nad Markiem i wali w długi róg. Wiedziałem, że już po nas. Przegrać z mistrzami świata to nie wstyd.

Nałogowo robił pan swym zawodnikom zdjęcia, prowadził też statystyki.

- Prowadziłem sześć roczników: 1982, 84, 87, 90, 91, 92. Te sześć drużyn prowadziłem dokładnie w 300. oficjalnych meczach. Takich z hymnami.

Największy talent w tych sześciu rocznikach?

- Michał Janota. Na etapie selekcji to największy talent, który miałem w swoich rękach. Chłopak, który miał drybling, piękne uderzenie, robił różnice. Zabrakło charakteru. Rekomendowałem go, żeby grał w Arce. To takie moje dziecko, chociaż moi pierwsi i ukochani synkowie to Jacek Grembocki i Darek Wójtowicz.

A co z innym synkiem - Dawidem Janczykiem?

- Wydawało się, że to będzie drugi Włodek Lubański. Zresztą Włodek trenował go w Anderlechcie. Mówił mi że jak odchodził z szafki wysypały się puste butelki po gorzale. Dawid dzwonił do mnie jakiś rok temu, prosił o pomoc. Starałem się, ale wszystko zależy od niego. Czy można się wyleczyć z alkoholizmu?

Co się działo po zakończeniu pracy w PZPN?

- Opracowałem grubą książkę na temat szkolenia młodzieży, wręczyłem ją Andrzejowi Kucharowi, który był właścicielem Lechii. Gdy skończyłem pracę w PZPN stawiłem się pracy w mojej Lechii: melduję się, jestem! Zastałem konsternację. Koordynator? Już mamy. Skaut? Też mamy.

Wylądował pan w Arce.

- Nie pchałem się do niej. Prezydent Wojciech Szczurek i prezes Prokomu, Ryszard Krauze dowiedzieli się, że jestem wolny. Rozmawiałem z tym ostatnim. W międzyczasie dostałem propozycję za bardzo dobre pieniądze z Zagłębia Lubin. Przez moment myślałem, że wezmę Józia Gładysza, pojedziemy tam i zajmiemy się akademią. Wróciłem z informacją do Krauzego, powiedział że tyle ile w Lubinie mi nie da, ale i tak dostałem dobre wynagrodzenie. Którym długo się nie nacieszyłem, bo za miesiąc czy dwa biznesy właściciela Prokomu się posypały i dostawałem o wiele skromniejsze środki. Nie dorobiłem się w życiu wielkich pieniędzy przez 51 lat pracy. Ratują mnie lata zatrudnienia w PZPN, dzięki temu mam dobrą emeryturę. 

Dziś piłkarze i trenerzy nie zmieniają tak łatwo barw klubowych wewnątrz Trójmiasta. "Bobo" Kaczmarek pracował w Arce dwa dni.

- Podejrzewam, że dostałem ciche wsparcie od mojego przyjaciela, Janusza Kupcewicza (śmiech). Większość życia mieszkałem w Gdyni. Mam wielu znajomych wśród arkowców. Nigdy w życiu nie psioczyłem na żadną trójmiejską drużynę. Kibicowałem im wszystkim, do dziś z żoną oglądamy wszystkie mecze Lechii i Arki. Jak siądę pod odpowiednim kątem to widzę, co się dzieje na boisku. W ostatnich derbach bardziej ściskałem kciuki za Arkę, w końcu jestem, czy raczej byłem pracownikiem tego klubu. Nie wypada inaczej. Przez dziesięć lat nie zaznałem ani pół przykrości w Arce, zostałem przyjęty jak swój. W pierwszych dniach, po informacji o problemie ze wzrokiem byłem na meczu z Januszem i on mówi: Michał wisi baner, "trenerze jesteśmy z panem, proszę się trzymać". To było miłe.

Lata w Arce były udane.

- Broń Boże nie przypisuję sobie zasług związanych z Pucharem Polski. Za to przyznaję się, że ja namówiłem prezesa na zatrudnienie Edwarda Klejdinsta, świetnego człowieka, który w Gdyni zrobił dobrą robotę. Byłem twórcą grupy "Talent", która przetrwała po dziś. Sześciu najzdolniejszych juniorów trenuje na trawie pod opieką dwóch trenerów. Przyczyniłem się do mianowania Leszka Ojrzyńskiego na trenera Arki. Na ten czas był to idealny człowiek, z charyzmą, który wiedząc jaki ma materiał, wiedział jak ma grać.

Boli, że wasza praca została zaprzepaszczona i Arka spada z ligi?

- Przyszedł człowiek, który rozwalił wszystko. Nikogo nie słuchał. Miał tylko swoich klakierów. Myśmy się czuli niepotrzebni. Z Ojrzyńskim dyskutowaliśmy, Smółka to było nieporozumienie. On i Rogić uczyli się na Arce Ekstraklasy. Takiemu zespołowi potrzebny jest trener doświadczony.

Co z tą Arką teraz będzie?

- Wielka niewiadoma. Nie wiem, co planuje nowy właściciel. I liga to nie są łatwe rozgrywki.

A co z panem?

- 30 czerwca dobiegła końca moja umowa z Arką. Skończyłem przygodę trenerską. Przez lata zaniedbywałem życie rodzinne, miałem na głowie sprawy nie swoich dzieci. Nie dawałem tyle, ile mój zięć daje dziś memu wnukowi. Zdałem się na żonę, a mogłem więcej być z dziećmi, więcej z nimi rozmawiać. Wciąż nie było czasu.

Teraz będzie?

- Niektórzy na emeryturze zakładają papcie i siedzą przed telewizorem. U mnie jest odwrotnie. Uznałem, że teraz czas jest pożyć. Poczytać wszystkie książki, które czekały. Czy raczej posłuchać. Polecam zwłaszcza Dostojewskiego.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL