Reklama

Reklama

Mariusz Piekarski dla Interii: Chcę przeprosić… Wywołałem burzę, którą teraz muszę wziąć na klatę

Chciałbym przeprosić rodzinę świętej pamięci Pawła Adamowicza… Podpieranie mojej tezy nazwiskiem zmarłego tragicznie prezydenta było z mojej strony nietaktowne. Dostałem w dupę porządnego kopa, ale nie mam o to do nikogo pretensji. Teraz wyloguję się do życia, znikam także z Twittera – powiedział w rozmowie z Interią menadżer piłkarski Mariusz Piekarski, którego słowa o sytuacji Macieja Rybusa wywołały niedawno medialną burzę.

Sebastian Staszewski, Interia: - W niedzielę udzieliłeś głośnego wywiadu portalowi Meczyki.pl. Opowiedziałeś w nim o motywacjach Macieja Rybusa, który dzień wcześniej zdecydował się pozostać w Rosji i podpisał dwuletni kontrakt ze Spartakiem Moskwa. I wypowiedziałeś kilka tez, które wywołały olbrzymie oburzenie. Zacytuję tylko kilka opinii. "Używanie śmierci Pawła Adamowicza do wytłumaczenia [decyzji Rybusa] to obrzydliwość". "Ten moment, gdy agent piłkarski pogrąża swojego, będącego już w i tak nieciekawej sytuacji, klienta. Żenada". "Widzicie oczyma wyobraźni propagandowy materiał w rosyjskiej telewizji, w którym mówią, jak to w Polsce jest niebezpiecznie? Ja widzę". Oceny po twoim występie są bardzo negatywne... Nie żałujesz niektórych słów?

Reklama

Mariusz Piekarski: - Żałuję. Przede wszystkim jednak powinienem przeprosić.

Kogo?

- Na pewno rodzinę świętej pamięci Pawła Adamowicza. Przykład, którego użyłem w tym wywiadzie, był po prostu głupi. Chciałem przekazać, że w okresie olbrzymiej niechęci do Rosjan, spowodowanym wojną w Ukrainie, może się znaleźć jeden wariat, który posunie się do czegoś nieprzewidywalnego. Ale podpieranie tej tezy nazwiskiem zmarłego tragicznie prezydenta było z mojej strony, delikatnie mówiąc, nietaktowne.

To, że wplątałeś w to świętej pamięci Adamowicza to jedno. Ale teza o braku bezpieczeństwa w Polsce też brzmiała absurdalnie. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak podany rosyjskiej telewizji na tacy materiał propagandowy...

- Jestem dorosłym facetem, trochę w życiu przeżyłem i biorę to na klatę. Nie miałem tego na myśli, źle się wyraziłem. Dziś wiem, że niepotrzebnie przyjąłem zaproszenie do studia, niepotrzebnie poszedłem tam na gorąco. To była wyjątkowo trudna sytuacja, bardzo delikatna. Wymagała spokojnego przedstawienia argumentów. Zamiast tego, potraktowałem to jak zwykły wywiad. I momentami byłem nieprecyzyjny. Dlatego jeśli kogoś moimi słowami uraziłem, to chcę podkreślić, że nie było to moją intencją. Widocznie źle to wyraziłem.

Dziś wciąż uważasz, że Rybus z rodziną byliby w Polsce w niebezpieczeństwie?

- Nie, bo uważam, że w Polsce jest bezpiecznie, chociaż sytuacja jest złożona i chciałbym ją doprecyzować. Lana, żona Maćka, nigdy nie mieszkała w Polsce, nie wie, czego mogłaby się tu spodziewać. Swoje zrobiły też media, gdzie trwa wielka wojna informacyjna, jest dużo dezinformacji. To wszystko sprawiło, że Maciek z Laną zaczęli rozważać różne scenariusze...

Pozostanie w kraju, który atakuje sąsiada i straszy całą Europę jako gwarancja bezpieczeństwa - to brzmi groteskowo.

- Rozumiem takie głosy, ale to jest ich decyzja. Ja nie mogę podejmować decyzji za nich. Każdy ma prawo do oceny tego wyboru, ale wydaje mi się, że trudno wejść w czyjąś skórę...

A za dobrą decyzję uznajesz kontynuowanie przez Rybusa gry w lidze rosyjskiej?

- Przede wszystkim to był przemyślany wybór Maćka. To mąż, ojciec, dorosły facet.

Ostro skomentował to podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Marcin Przydacz. Na Twitterze napisał: "Nie ma już nic bardziej żenującego, niż zasłanianie się "dobrem rodziny", gdy chodzi po prostu o duże pieniądze. A to krwawe pieniądze". I trudno nie odnieść wrażenia, że tak było. Może po porostu powinniście przyznać: "Tak, to prawda, tam dostaliśmy najlepszą ofertę i wybraliśmy ją dla kasy".

- Zgadzam się, że w takiej sytuacji nie powinno się zasłaniać rodziną. Ale w tych okolicznościach nie da się także udawać, że rodzina nie odegrała w sprawie istotnej roli. Bo odegrała. Natomiast à propos pieniędzy, chciałbym wyjaśnić dwie kwestie. Po pierwsze: nie wziąłem od Rosjan za ten deal nawet jednego rubla. Nie traktowałem tego jak biznesu, zrobiłem to dla bliskiego mi człowieka, jakim jest Maciek. Natomiast to była wyjątkowa sytuacja. Mało kto wie, że od trzech lat nie zrobiłem do Rosji żadnego transferu - a w tym czasie robiłem interesy z Amerykanami, Anglikami, Grekami i Francuzami. Nie jestem odrealniony, wiem co się dzieje na świecie. I wbrew temu co niektórzy myślą, mam kręgosłup moralny. Sebastiana Szymańskiego z Rosji zabieram, niedawno odradziłem innemu mojemu piłkarzowi przyjęcia oferty, którą miał ze Wschodu. Natomiast drugą kwestią jest kontrakt ze Spartakiem, który jest dwukrotnie niższy niż ten, który Maciek miał w Lokomotiwie Moskwa.

Rosyjskie media podały, że to około 500 tys. euro rocznie.

- Mniej więcej, ale tak, Maciek będzie zarabiał pieniądze tego rzędu. I jestem przekonany, że w tej całej sprawie kasa nie była ani jego pierwszą, ani drugą motywacją.

Nie dało się takiej umowy wynegocjować w Turcji, Grecji? Jesteś przecież jednym z najlepszych polskich agentów piłkarskich, przed chwilą wysłałeś Jacka Góralskiego do Bundesligi.

- Z ręką na sercu przyznaję, że w tym momencie mieliśmy tylko dwie konkretne propozycje: ze Spartaka i Lokomotiwu, który chciał przedłużyć umowę z Maćkiem o rok.

Okej, ale to słaby argument. Bo mamy dopiero początek czerwca. Okienko transferowe się jeszcze na dobre nie zaczęło.

- Zgadza się. Nie mam wątpliwości, że w lipcu albo sierpniu byłyby jakieś zainteresowania. Czy przerodziłyby się w konkrety? Tego nie wiem. Można było czekać i na pewno Maciek nie zostałby bez klubu, ale on zdecydował, że chce zabezpieczyć swoją przyszłość już teraz.

I nie mogłeś mu tego wybić tego z głowy?

- "Ryba" jest dla mnie jak młodszy brat. Poznałem go jako dzieciaka, współpracujemy od ponad dekady. Gdyby ta sprawa dotyczyła kogokolwiek innego, nie miałbym wątpliwości, co zrobić. Ale wiem, w jakiej sytuacji jest Maciek. Zdecydował, że zostaje w Rosji. Więc ja ten deal dopiąłem, to jest przecież zadanie piłkarskiego agenta. Natomiast zupełnie inaczej jest w przypadku Szymańskiego. Obiecałem, że go z Rosji zabiorę i słowa dotrzymam. Kiedy miał jechać na kadrę, powiedziałem: - "Spakuj wszystkie swoje rzeczy, do Rosji już nie wrócisz".

Masz świadomość, że powołanie Rybusa do reprezentacji w tej sytuacji zakończyłoby się awanturą? I że w tej nieprzyjemnej atmosferze Maciej prawdopodobnie żegna się z kadrą?

- Widzę, jakie są nastroje, wiem, co się w Polsce dzieje. Dlatego jeśli tak będzie, to trudno. Świat na piłce się nie kończy. Ostateczną decyzję podejmie Czesław Michniewicz, ja nie będę go do niczego namawiać. Jeśli uzna, że nie chce piłkarza z ligi rosyjskiej, to Maciek będzie musiał to uszanować. Ja także. Została podjęta decyzja i trzeba zaakceptować konsekwencje.

Te "krwawe pieniądze", o których napisał podsekretarz Przydacz, będą do ciebie wracać. Z Rosjanami robiłeś interesy od lat, wysłałeś tam wielu polskich piłkarzy. Nie żałujesz, że to właśnie na tym runku działałeś tak prężnie?

- Co do piłkarzy, których wysłałem do Rosji, to prawie wszyscy się sprawdzili. Szukałem im odpowiednich klubów, nie robiłem transferów "na sztukę", tylko po to żeby zarobić. Rybusa wysłałem do Tereka Grozny 10 lat temu! Tak, to był klub z którym już wtedy był powiązany Ramzan Kadyrow, ale ja tego człowieka nie widziałem na oczy, tylko o nim słyszałem. 10 lat później okazało się, że Kadyrow odgrywa tragiczną rolę w wojnie na Ukrainie... Wysyłałem piłkarzy także do Amkara Perm, Wołgi Niżny Nowogród, Dynama Moskwa. Interesowały mnie tylko kariery piłkarzy, chciałem ich zabezpieczyć sportowo i finansowo. Po tych wszystkich latach - w tej trudnej sytuacji w jakiej jesteśmy - stałem się łatwym celem, bo wojna zmieniła dosłownie wszystko. 24 lutego obudziliśmy się w innej rzeczywistości niż 23 lutego. Ja też. I do tej rzeczywistości trzeba się dostosować.

Czyli robić interesy na odległość?

- Nie, na odległość także nie zamierzam ich robić. Staramy się uciekać od polityki, ale czasem polityka dogania nas. Mnie dogoniła, choć głównie z mojej winy. W poniedziałek dostałem kilkanaście próśb o wywiady, z telewizji, kilku gazet, praktycznie wszystkich portalu internetowych. Ale chcę udzielić tylko jednego wywiadu i to wszystko wyjaśnić. Dlatego mam prośbę: nie dzwońcie do mnie w tej sprawie. Jeśli ktoś to zrozumie, to dobrze. Jeśli nie, to akceptuję to. Muszę wypić piwo, którego nawarzyłem. Teraz wyloguję się do życia, znikam także z Twittera. Dostałem w dupę porządnego kopa, ale nie mam do nikogo o to pretensji.

Rozmawiał Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL