Reklama

Reklama

Marian Szeja: Reprezentacja nie jest miejscem do nauki

Były bramkarz Marian Szeja uważa, że reprezentacja nie jest miejscem do nauki, a gra w niej jest jedynie doskonaleniem umiejętności. Towarzyski mecz Polska - Irlandia, rozegrany we wtorek w Poznaniu (0-0), był - jego zdaniem - miernym widowiskiem piłkarskim.

- Irlandia grała przez 50-60 minut, potem stanęła i nasi zawodnicy próbowali coś robić. Nie wiem, czy jest się czymś cieszyć. Nie chcę nikogo obrażać, ale poziom był mizerny. My natomiast jesteśmy przyzwyczajeni do znacznie wyższego, wytyczonego chociażby przez Kazimierza Górskiego - powiedział Szeja, który przez osiem lat był w reprezentacji Polski.

Jak zaznaczył, wtedy było powoływanych do kadry mniej piłkarzy aniżeli obecnie. Nie miała znaczenia liczba zawodników, a poziom ich wyszkolenia.

- Kiedy słyszę, że na zgrupowaniu kadry jest 27 piłkarzy, to mnie mierzi. Do tego jeszcze mówi się, że przyjechali po naukę. Czego można się nauczyć przez trzy, cztery dni? Reprezentacja nie jest miejscem do nauki, a gra w niej jedynie doskonaleniem umiejętności. Szkolić się trzeba w klubie i przede wszystkim grać, a nie siedzieć na ławce - podkreślił 72-letni Szeja, który w narodowej drużynie wystąpił 15 razy.

Reklama

Zadebiutował w wieku 14 lat w Unii Kędzierzyn, od początku na pozycji bramkarza; w 1963 roku trafił do III-ligowego Górnika Thorez i wraz z tym klubem awansował do II ligi w następnym sezonie. Powołany został do reprezentacji młodzieżowej na mecz z Turcją, który Polska wygrała (2-0) w Łodzi. Jako senior w kadrze narodowej zadebiutował w Szczecinie 24 października 1965 roku w spotkaniu z Finlandią (7-0).

- Jakież to było zdziwienie, gdy Adam Nawałka powołał Rafała Leszczyńskiego z I-ligowego Dolcana Ząbki. A mnie wypatrzył trener Ryszard Koncewicz gdy byłem w drugiej lidze i dwa mecze rozegrałem z orzełkiem na koszulce - przypomniał.

W niedzielę minęło sześć lat od dnia, w którym Szeja otrzymał replikę złotego medalu olimpijskiego za udział w turnieju olimpijskim w Monachium w 1972 roku.

- Wprawdzie od triumfu mojej drużyny minęło wtedy 35 lat, ale krążek odebrałem z wielką radością, dumą i satysfakcją, dzięki staraniom PZPN i dziennikarzy. Uznano, że mimo, iż byłem na igrzyskach bramkarzem rezerwowym, to wcześniej miałem spory udział w nasz awans na igrzyska. Podkreślano szczególnie mój decydujący wkład w zwycięstwo 2-0 nad Hiszpanią w Gijon, w którym to meczu wielokrotnie skutecznie interweniowałem mimo bolesnej kontuzji nogi - wspomniał.

W Monachium trener Górski postawił jednak na Huberta Kostkę. - Pan Kazimierz obiecał mi solennie występ przeciwko Związkowi Radzieckiemu, ale tuż przed meczem zmienił zdanie. Byłem jego decyzją ogromnie zawiedziony i przybity, bo czułem się znakomicie i byłem w wysokiej formie - zaznaczył wałbrzyszanin.

Przyznał, że bardzo przeżył dekorację kolegów złotymi medalami po finałowym zwycięstwie nad Węgrami 2-1. - Trudno mi wyrazić słowami, co wtedy czułem. Z jednej strony wielką radość z sukcesu, a z drugiej - żal, że nie ma mnie wśród nich na najwyższym stopniu podium, co jest dla sportowca największą nagrodą.

Szeja 15-krotnie wystąpił w reprezentacji Polski. Było o nim głośno zwłaszcza po meczu z Anglią, zremisowanym 1-1, w styczniu 1966 roku, w Liverpoolu. Dobre recenzje miał także po spotkaniu z RFN w Hamburgu w eliminacjach mistrzostw Europy (0-0) oraz po meczu z Brazylią na słynnej Maracanie, przegranym 1-2.

- Pele, uznawany dotychczas przez wielu za najlepszego piłkarza na świecie, nie strzelił mi wtedy gola, chociaż kilka razy próbował, ale zawsze wyczuwałem jego intencje - przypomniał ważne dla niego wydarzenie Marian Szeja.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL