Reklama

Reklama

Liga Narodów. Holandia - Polska. Moniz: Nie możemy się doczekać tego meczu

- Wydaje mi się, że szanse są idealnie wyrównane. Kibice holenderscy, którzy liczą na łatwą wygraną, mogą się srodze zdziwić. Od momentu podjęcia pracy w Polsce śledzę uważnie polski futbol i wiem, że wasza kadra ma wielu ciekawych graczy. Moim zdaniem w Amsterdamie może paść remis - prognozuje holenderski trener Ricardo Moniz, były szkoleniowiec m.in. Lechii Gdańsk.

Przed meczem Ligi Narodów w Amsterdamie holenderski trener Ricardo Moniz wyjaśnia przyczyny odrodzenia niderlandzkiego futbolu i wspomina czas w Polsce.

Maciej Słomiński, Interia: Pana kolega po fachu, Ronald Koeman, porzucił reprezentację Holandii na rzecz Barcelony. Gdyby nie to, prowadziłby "Oranje" w meczu z Polską. Jak w ojczyźnie została odebrana jego decyzja?

Ricardo Moniz, holenderski trener: - Do trzech razy sztuka, w przeszłości "Barca" dwukrotnie składała propozycję pracy Koemanowi, tym razem udało się porozumieć. Wielka szkoda, że Holandia traci tak dobrego selekcjonera, bardzo dobrze dogadywał się obecną generacją piłkarzy, ale musimy to zaakceptować. Cieszymy się szczęściem naszego rodaka, który wraca do swojego klubu. Czuć jednak pewien rodzaj pustki.

Reklama

Kto tę pustkę wypełni?

- Czasowo trenerem kadry będzie Dwight Lodeweges, który wcześniej był asystentem Koemana. Bardzo doświadczony szkoleniowiec, pełnił rolę asystenta m.in. w PSV. Wszyscy jednak wiedzą, że to tylko czasowe rozwiązanie. Zainteresowanie pracą wyraził już m.in. Louis van Gaal. Nie wyobrażam sobie, żeby w przyszłorocznym Euro Holandię poprowadził tymczasowy szkoleniowiec.

Jakie jest u was podejście do Ligi Narodów? W Polsce te rozgrywki są traktowanie z przymrużeniem oka, jako czas eksperymentów.  

- W Holandii jak najbardziej poważnie! Szczególnie teraz, gdy przez koronawirusa nie było meczów przez tak długi okres. Nie możemy się wprost doczekać meczu z Polską. Poprzednia edycja Ligi Narodów dała naszej kadrze nową energię. Holandia nie zakwalifikowała się do turniejów mistrzowskich w 2016 i 2018 roku, te rozgrywki pomogły odzyskać wiarę w siebie. Wysokie wygrane z Niemcami i Francją, potem z Anglią w turnieju finałowym. Pełna stadiony i piękna gra. Tego na pewno nie zobaczyliśmy w meczach towarzyskich.

W jakim składzie zagra Holandia z Polską?

- Oczekuję możliwie najsilniejszego. Śledzę doniesienia medialne i widać, że zawodnicy stęsknili się za sobą po tak długiej przerwie. Ta generacja ma szansę nawiązać do najlepszych czasów "Oranje". Piłkarze dobrze grają w drużynach klubowych i w Lidze Narodów, teraz czas na sukces na imprezie mistrzowskiej.

Holandia przez lata była piłkarską potęgą, potem nie zagrała w dwóch turniejach mistrzowskich, wystąpi za to w kolejnym. Co pana zdaniem stało za kryzysem waszego futbolu i jego obecnym odrodzeniem?

- Mieliśmy słabsze pokolenie. Wcześniej Robin van Persie, Wesley Sneijder i inni sprawili, że zostaliśmy rozpuszczeni. Przespaliśmy kilka lat, myśląc że już zawsze będziemy w czołówce. Ale kto nie idzie naprzód, ten się cofa. Teraz Frenkie de Jong, Matthijs de Ligt, Memphis Depay i im podobni przywracają nasz futbol na właściwe miejsce.

To ciekawe, co pan mówi. Futbol to gra zespołowa, ale różnice robią jednostki, czy tak?

- Oczywiście! Niderlandzka piłka nigdy nie wydobyłaby się z przeciętności, gdyby nie Johan Cruyff. Argentyna nie zdobyłaby mistrzostwa świata bez Diego Maradony. Przykłady można mnożyć. Barcelona bez Lionela Messiego też nie będzie taka sama. Niestety, bo piłkarski geniusz był na szczycie przez 15 lat. Niespotykana sprawa. Polska bez Roberta Lewandowskiego też byłaby inną drużyną.

Robert Lewandowski dostał wolne od naszego selekcjonera. Czy to czyni Holandię faworytem piątkowego spotkania?

- Nie powiedziałbym. Wydaje mi się, że szanse są idealnie wyrównane. Kibice holenderscy, którzy liczą na łatwą wygraną, mogą się srodze zdziwić. Od momentu podjęcia pracy w Polsce śledzę uważnie polski futbol i wiem, że wasza kadra ma wielu ciekawych graczy. Moim zdaniem w Amsterdamie może paść remis. Ogromną tragedią jest, że mecz tak dobrych drużyn zostanie rozegrany bez udziału publiczności. Trudno, takie są czasy i musimy się przystosować.

No właśnie, jak wygląda sytuacja z koronawirusem w Holandii?

 - Jesteśmy przyzwyczajeni do wolności i możliwości wyboru. W sklepach zaleca się nosić maski, ale nie ma przymusu. W środkach transportu publicznego wyboru już nie ma, trzeba zasłaniać twarz. Nie są organizowane huczne imprezy i dyskoteki, ludzie nie podają sobie rąk. Za tydzień wznowione zostaną rozgrywki Eredivisie, stadiony będą wypełnione w czwartej części.

Co pan obecnie porabia?

- Do stycznia prowadziłem Excelsior w moim rodzinnym Rotterdamie. Potem nastąpiła pandemia. Miałem ostatnio kilka ofert pracy z Azji, z Japonii i Indii, ale w ten niepewny czas czekam na propozycję z Europy.

W 2014 roku przyjechał pan pracować do Polski, do Lechii Gdańsk. Czy spodziewał się pan niedźwiedzi na ulicach?

- Byłem tam tylko trzy miesiące, ale każdy dzień był świetny. To jedno z moich niespełnionych marzeń, by wrócić do pracy w Polsce. Jako trener słowackiego Trenczyna przyjechałem na pucharowy mecz do Zabrza. Wróciły wspomnienia.

Zdaje się, że był pan bliski powrotu.

- Zgadza się, rozmawiałem ze Śląskiem Wrocław. Byłem pięć minut od lotniska, gdy zadzwonił telefon. Doszło do nieporozumienia z agentem i ostatecznie nic z tego nie wyszło.

W Gdańsku wciąż jest pan pamiętany.

- Teraz, gdy o tym rozmawiamy, przypominam sobie tamten czas. Wygrany mecz z Lechem Poznań i dwie bramki Sadajewa. Mieliśmy świetną grupę piłkarzy: Makuszewski, Grzelczak, Pietrowski, Deleu, Vranjes, Janicki, Dawidowicz. 

Zawodnicy wspominają niezwykle ciężkie treningi, także mentalne.

- Piłkarz liczy się od pasa w górę. W Holandii mamy takie powiedzenie: "Nie chowaj się za drzewem". To wszystko jest w głowach sportowców i to, czy są dojść na szczyt, to ich wybór.

Niesamowicie pan wtedy graczy "pompował". Na Rafała Janickiego wołał pan "Baresi".

- Tak. Był na dobrej drodze, by zostać świetnym obrońcą. Co dziś robi?

Gra w Wiśle Kraków.

- Świetnie. Chociaż, z całym szacunkiem dla Ekstraklasy, którą uważam za trudną ligę, mógł grać wyżej.

Wojciech Zyska była u pana Nigelem de Jongiem, a Paweł Dawidowicz to Nemanja Matić.

- Baresiego nie prowadziłem, ale często porównywałem piłkarzy do tych, których miałem pod opieką w Tottenhamie, HSV czy Feyenoordzie.

Szybko pan odszedł z Lechii.

- Moja matka w Holandii była chora, dlatego przyjąłem ofertę TSV 1860 Monachium, by być bliżej domu. Ludzie nie dowierzali, mówiąc że robię to dla pieniędzy. To nieprawda. Kontrakt, który miałem w Gdańsku, nie był wcale gorszy od tego w 2. Bundeslidze.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama