Reklama

Reklama

Lewczuk i Lewandowski - już mieli kończyć z piłką, a dziś są razem w reprezentacji

Spotkali się w Pruszkowie. Jeden był bliski rzucenia piłki, drugi już nie traktował jej poważnie. W sobotę Robert Lewandowski i Igor Lewczuk znów mogą zagrać razem - w reprezentacji Polski przeciwko Danii, w meczu o punkty eliminacji do mistrzostw świata (godz. 20.45, relacja w Interii).

Kończy się sezon 2005/2006. Lewandowski ma dość piłki, zanim jeszcze na poważnie się nią zajął. Właśnie dowiedział się, że Legia Warszawa stawia na nim kreskę i każe pożegnać się z klubem.

W lepszej kondycji psychicznej był Lewczuk. Z Hetmanem Białystok zajął trzecie miejsce w IV lidze, grupie podlaskiej, ale do sportowego awansu wcale się nie szykował.

Ich drogi krzyżują się w Pruszkowie, kilkanaście kilometrów pod Warszawą. Tu czeka na nich przynajmniej zalążek zawodowstwa - trzecioligowy Znicz.

Nie trenował, tylko grał

- Chce pan, żebym opowiadał o początkach Lewandowskiego? Przecież o tym już nawet książki napisano, więc co ja mam dodawać? - ucina Sylwiusz Mucha-Orliński, od lat najważniejsza osoba w Zniczu, a dziś dyrektor sportowy. - Ale z Lewczukiem sprawa była ciekawsza. Takie połączenie szczęścia i przypadku - dodaje i zaczyna opowieść:

Reklama

- Przygotowywaliśmy się do sezonu 2006/2007, ale zaczęło brakować nam obrońców. Wtedy trener wspomniał, że na warszawskim AWF-ie studiuje ciekawy chłopak. Igor wtedy od dwóch lat już nawet nie trenował, jeździł tylko raz w tygodniu zagrać w meczu Hetmana. No bo jak miałby pogodzić dzienne studia w stolicy z treningami w Białymstoku? W Warszawie chodził na zajęcia, a tam grał mecze. Nie stawiał już na piłkę, wziął się poważnie za edukację - opowiada Sylwiusz Mucha-Orliński. 

- No ale daliśmy mu szansę i okazało się, że ma coś w sobie. Zaproponowaliśmy mu kontrakt, ale bez wielkich zachwytów, bo wiedzieliśmy, że jeszcze trzeba nad nim dużo popracować. Tymczasem już na początku sezonu zaczęli wypadać kolejni zawodnicy, więc Igor dostał szansę. Szybko pokazał, że ma charakter i został w składzie. Już wówczas było widać, że chce jednak coś w tej piłce osiągnąć. Nie ma jednak co ukrywać - miał sporo szczęścia - dodaje Mucha-Orliński.

Wpływ żon

Z Lewandowskim sprawa wyglądała nieco inaczej - działacze Znicza oglądali go jeszcze w Delcie Warszawa, ale odrzucił ich ofertę, bo wolał spróbować sił w Legii. Nie przebił się jednak do pierwszego zespołu i do gry znów weszli działacze z Pruszkowa.

- Na naszej liście długo był zawodnikiem numer jeden, aż w końcu zdecydował się podpisać umowę. Długo go obserwowaliśmy. Wiedzieliśmy, że ma papiery na granie - podkreśla Mucha-Orliński.

Dziś znajomości ze Zniczem nie może żałować ani Lewandowski, ani Lewczuk. Awansowali z zespołem do I ligi, otarli się o Ekstraklasę. Lewandowski został królem strzelców I ligi, Lewczuk czołowym obrońcą. Pewne było jedno - długo miejsca w Pruszkowie obaj nie zagrzeją.

- Obu oferowałem Wiśle Kraków [wówczas drużyna była mistrzem Polski], ale nimi pogardzili - wspomina trener Leszek Ojrzyński, który prowadził Znicz w latach 2006 - 2007.

W końcu Lewandowski trafił do Lecha i dla poznaniaków był to strzał w "dziesiątkę", bo szybko został królem strzelców, zapewnił drużynie mistrzostwo Polski i odszedł do Borussii Dortmund za ponad 3 mln euro. Słowem - złoty interes.

Kariera Lewczuka rozwijała się wolniej. Najpierw była Jagiellonia Białystok, później Piast Gliwice, Ruch Chorzów, a błysnął dopiero w sezonie 2013/2014 w Zawiszy Bydgoszcz. Tam wypatrzyła go Legia, z której po dwóch latach odszedł do Girondins Bordeaux.

- Igor ma głowę na karku, to bardzo inteligentny człowiek. Przeszedł też wielki test, bo skoro warszawskie życie przez tyle lat go nie wciągnęło, to znaczy, że wie, czego chce. Z Robertem było zresztą podobnie, a duża w tym zasługa ich żon - przyznaje Ojrzyński.

- Spodziewałem się, że Igor szybciej wypłynie na tak szerokie wody, ale na jakiś czas w Ekstraklasie zaginął. Chciałem go zresztą do Korony, ale ówczesny prezes kielczan przeciągał sprawę i w końcu trafił do Zawiszy - dodaje szkoleniowiec.

Mecze z przymrużeniem oka

Lewandowski z Lewczukiem jakoś szczególnie w Zniczu razem się nie trzymali. Szatnia była raczej monolitem, starano się, by nie dzieliła się na grupy. Ostatni raz wspólnie zagrali 24 maja 2008 roku. Na zapleczu Ekstraklasy zmierzyli się na wyjeździe z Podbeskidziem i tego spotkania dobrze nie wspominają, bo w Bielsku-Białej przegrali awans (0-1).

Później szansę na wspólną grę mieli tylko w reprezentacji, ale podczas gdy Lewandowski stawał się filarem kadry, Lewczuk grał tylko w meczach, na które patrzy się z przymrużeniem oka. Podczas turnieju w Abu Zabi Lewczuk wystąpił przeciwko Norwegii i Mołdawii. W tych spotkaniach Lewandowski nie wystąpił.

Wydawało się, że szanse na odkurzenie znajomości będą mieli podczas Euro 2016. Lewczuk, jako czołowy obrońca Ekstraklasy, otrzymał powołanie na jedno z ostatnich zgrupowań przed turniejem, ale musiał opuścić kadrę, bo miał niespodziewany atak alergii. Teraz jednak wszystko jest już w porządku i ma sporą szansę, by wystąpić w sobotę przeciwko Duńczykom.

- Wiem jedno - jeśli zagra, to na pewno nie pęknie. Jedyne zagrożenie jest takie, że zagra zbyt odważnie, że za bardzo będzie chciał coś zrobić dobrze. Ale to mądry chłopak i mimo 31 lat ma szansę grać zarówno w kadrze, jak i w jeszcze lepszym klubie niż Girondins.

Mucha-Orliński: - Igor wieku nie oszuka, ale może jeszcze zrobi kroczek do przodu.

Piotr Jawor


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje