Reklama

Reklama

Lewandowski i Błaszczykowski. Jak wykorzystać ich w kadrze?

Impas reprezentacji Polski skutkuje tym, że czując na sobie ciężar odpowiedzialności liderzy Robert Lewandowski i Kuba Błaszczykowski zaczynają grać zbyt egoistycznie. A to z kolei szkodzi nie tylko im samym, ale i drużynie.

Ciekawe ile razy jeszcze zakłopotany napastnik Borussii Dortmund będzie publicznie odpytywany o to, co stoi na przeszkodzie, by dawał reprezentacji tyle, ile daje klubowi? Jakiś dowcipniś zaproponował nawet, że skoro Polakowi tak bardzo służy ziemia niemiecka, niech przywozi ją w woreczku do kraju i rozsypuje na Stadionie Narodowym. Kwestia nie jest jednak zabawna, Lewandowski musi przeżywać katusze. Piłkarz, który w Bundeslidze zapracował na miano maszynki do zdobywania bramek, zakładając biało-czerwony strój natychmiast się zawiesza.

Posądzenia o brak chęci i ambicji z góry odrzucam, jako szczyt nonsensu. Widziałem Lewandowskiego w koszulce z Białym Orłem na piersi wystarczająco wiele razy, by być absolutnie przekonanym, iż sprowadzanie jego reprezentacyjnych kłopotów do kwestii kasy, ociera się o absurd. W takich przypadkach Zbigniew Boniek wspomina mundial w 1982 roku. Pojechał do Hiszpanii po podpisaniu kontraktu z Juventusem, słysząc po bezbramkowych remisach z Włochami i Kamerunem, że nie ma już ochoty przebierać nogami za złotówki. Krytycy umilkli po wygranej z Peru, nie wspominając o historycznym starciu z Belgami na Camp Nou.

Różnica polega na tym, że 30 lat temu Boniek miał obok siebie Grzegorza Latę, Andrzeja Buncola, Władysława Żmudę, Włodzimierza Smolarka, czy Waldemara Matysika. A więc graczy światowej klasy, których poprowadzić do zwycięstw nie było znowu aż tak trudno. Lewandowski ma do pomocy Kubę Błaszczykowskiego i właściwie ta para odpowiada za całą siłę uderzeniową reprezentacji. Presja narasta przy tym z meczu na mecz, bo sfrustrowany porażkami kibic drużyny narodowej żąda, by robili co najmniej to samo, co w Dortmundzie.

Mam wrażenie, że Lewandowski z Błaszczykowskim zaczynają robić nawet więcej. Grają zbyt indywidualnie, przetrzymują piłkę za długo, każdy z nich stara się być człowiekiem orkiestrą: chciałby i kiwać, i podawać. i strzelać najlepiej w tej samej akcji. U Kuby gryzie to w oczy trochę mniej, jak to u skrzydłowego. Lewandowski tłumaczy po meczach bezradnie, że tak bardzo pragnie wbić gola, że aż ...za bardzo. Czyli, tego co potrafi nie robi naturalnie, podejmuje czasem złe decyzje. Nie pozbywa się piłki w odpowiedniej chwili, licząc, iż dokona czegoś naprawdę wielkiego. Tymczasem, kiedy chce się zrobić wszystko za siebie i za innych, najczęściej wychodzi z tego wielkie nic. Pracownik wykonujący 600 procent normy, był dumą kraju w ponurych czasach PRL-u.

I znów jest to samo: w Borussii hat-trick, a w reprezentacji trzy bramki w półtora roku, w dodatku dwie z rzutów karnych w starciach z outsiderami z San Marino w przegranych kwalifikacjach. Najtęższe mózgi nad tym główkują - bezskutecznie. To musi bardzo boleć napastnika Borussii, stawać się jego prywatną zmorą i obsesją. Takie rozterki przeżywali jednak swego czasu nawet Leo Messi i Cristiano Ronaldo

Reklama

Argentyńczyk nazywany był przez rodaków "Katalończykiem", jakby drużynę narodową traktował lekceważąco. Prawda była jednak taka, że mógł wybrać Hiszpanię i być dziś mistrzem świata, ale postawił z własnej woli dla "Albicelestes" służąc chwilami sfrustrowanym fanom za chłopca do bicia.

Ronaldo jest dziś bogiem Portugalii po czterech golach wbitych Szwedom w barażu o brazylijski mundial. Nie zawsze było jednak tak różowo. Rodacy wyliczali mu setki minut w kadrze spędzone na niczym. Na mundialu w RPA pokonał tylko bramkarza Korei Płn, w 87. min gry, gdy Portugalczycy rozbili 7-0 najsłabszy zespół turnieju. Była to zresztą pierwsza bramka asa Realu Madryt zdobyta w barwach narodowych od ponad roku.

Gdy porównamy, jakich partnerów mają w kadrze Ronaldo i Messi, a jakich Lewandowski z Błaszczykowskim, odpowiedź mamy gotową. Chodzi o to, by kłopoty reprezentacji Polski rozwiązały się naturalnie i z sensem, a nie stawały się samozaciskającą pętlą i błędnym kołem. To nie Błaszczykowski z Lewandowskim są problemem drużyny narodowej, choć mogą się nim stać, jeśli będą chcieli robić na boisku wszystko. Tylko patrzeć jak sfrustrowany napastnik Borussii podbiegnie kiedyś po straconej bramce do Wojciecha Szczęsnego i poprosi go o rękawice.

Jest w Polsce kilku dobrych piłkarzy, ale zamiast wylewać na nich kibicowską frustrację, przyjmijmy do widomości, że meczu piłkarskiego nie wygrywa się w pojedynkę. W pojedynkę może zwyciężać Agnieszka Radwańska, lub Kamil Stoch. Kiedy Błaszczykowski z Lewandowskim zaczną robić na boisku wszystko, drużyna Adama Nawałki nie pojedzie na Euro w 2016 roku. Futbolu nie da się przerobić na sport indywidualny, choćbyśmy znaleźli sto przykładów takich jak baraż Portugalii ze Szwedami zdominowany przez dwie gwiazdy

Odbierając kolejny Złoty But kontuzjowany Leo Messi powiedział, że traktuje tę nagrodę, jako dowód uznania dla kolegów z Barcelony. Argentyńczyk nie popisuje się absurdalną skromnością, on po prostu mówi prawdę. Lewandowski z Błaszczykowskim tak jak służą Borussii, tak muszą służyć drużynie narodowej, a nie starać się błyszczeć w niej za wszelką cenę, by naród dał im żyć w spokoju. To jednak misja dla Adama Nawałki, nikt inny tego problemu rozwiązać nie jest w stanie. Selekcjoner musi stworzyć solidny kolektyw, a nie otoczyć bezbarwnym i nieprzydatnym tłem dwóch graczy. Na tym cierpieć będą wszyscy, a już Lewandowski z Błaszczykowskim w pierwszej kolejności.

Porozmawiaj o artykule na blogu autora

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje