Koźmiński: Do Charkowa i na Wembley na egzamin dojrzałości

- Drużynę ktoś musi porwać za sobą, a naszej brakuje prawdziwego lidera. Rzadko taką rolę pełni trener, częściej jeden, bądź dwóch zawodników. Za moich czasów nie było jednego lidera, tylko czterech. Teraz tego brakuje. Zwycięstwo rodzi się w bólach, a my tych porodowych przeżyliśmy już kilka i za każdym razem na boisku pękaliśmy. Teraz do Charkowa i na Wembley jedziemy na egzamin dojrzałości - podkreśla w rozmowie z INTERIA.PL wiceprezes PZPN-u, były reprezentant Polski - Marek Koźmiński.

INTERIA.PL: Wierzy pan w to, że Waldemarowi Fornalikowi i jego wybrańcom uda się "Mission Impossible"? Jeśli chcemy pojechać na mistrzostwa świata, musimy pokonać na wyjeździe wyżej notowane Ukrainę i Anglię, a od jesieni 2006 roku nie wygraliśmy dwóch kolejnych meczów o punkty na wyjeździe.

Reklama

Marek Koźmiński*, wiceprezes PZPN, były reprezentant Polski: Dopóki piłka w grze, wiara jest, ale jeśli ze sfery wiary przejdziemy do logiki, analizy stanu naszej reprezentacji, to ciężko będzie znaleźć argumenty mówiące  o tym, że uda nam się wygrać najbliższe dwa mecze.

Ten brak argumentów w sporej mierze spowodowany pewnie jest rotacjami w obronie i błędami w grze defensywnej

- Nie zazdroszczę trenerowi Fornalikowi tej sytuacji. W polskiej piłce, odkąd sięgam pamięcią, nie było tak poszarpanej, słabej ilościowo defensywy. Niestety ten stan jest faktem i z niego wynikają poszukiwania zawodników, których selekcjoner stara się wkładać do formacji defensywnej. Polska zawsze stała obroną, zawodnikami szybkimi na bokach obrony, a teraz o dziwo nam ich brakuje i to rozpaczliwie.

Jest pan zwolennikiem stawiania na środku obrony dwóch stosunkowo niedoświadczonych piłkarzy jak Glik i Szukała?


- Jeżeli uważa pan, że oni są niedoświadczeni, to proszę mi pokazać bardziej doświadczonych, bo ja ich nie widzę.

Na przykład Arkadiusz Głowacki.

- Nie zgodzę się, że Głowacki jest bardziej doświadczony niż Glik. Kamil gra trzeci, czy czwarty sezon "od dechy do dechy" we Włoszech i robi to całkiem dobrze. Według mnie jest zawodnikiem doświadczonym, to na pewno nie jest młokos.

- Zostawmy  Głowackiego. Wielkim problemem polskiej piłki m.in. jest to, że w ostatnim meczu Wisła - Legia właśnie on był najlepszy na boisku i to zdecydowanie! W momencie, gdy jego kariera raczej zmierza ku schyłkowi, a nie rozkwitowi. To kolejny dowód na to, że materiał piłkarski w Polsce jest słaby i nie uciekniemy od tej prawdy.

Polska przed meczami o wszystko. Mamy szansę?

- Wracając do pytania - nie tylko Glik, ale też Szukała jest poważnym piłkarzem, który ze Steauą gra w Champions League, a po drodze do niej rumuńska drużyna pokazała, że jest lepsza od Legii Warszawa i to lepsza nieprzypadkowo. Inną rzeczą jest to, czy Kamil i Łukasz pasują do siebie i bardziej bym się skupił nad tym. Zazwyczaj, przy budowie poszczególnych formacji, spogląda się nie tylko na klasę, ale też na predyspozycję zawodników.

A te dwie nasze "wieże" ze środka obrony są zbyt mało zwrotne?

- Glik jest typowym forstoperem, jak to w dawnych czasach się grało. Piłkarzem z gatunku tych "daj mu obrońcę do krycia, to pójdzie za nim do ubikacji, a nie będzie grał w piłkę". I Glik ze swych zadań wywiązuje się dobrze we Włoszech. Natomiast w naszej reprezentacji obok Kamila brakuje zawodnika, który byłby bardziej grającym piłkarzem. Teoretycznie takim zawodnikiem powinien być Salamon, ale dopóki kolega Bartosz nie będzie grał w drużynie klubowej, to jak go wstawiać do reprezentacji? To jest przykład chłopaka niedoświadczonego. Grał półtora roku w Serie B, ale odkąd zmienił klub na lepszy, to ani razu do tej pory nie zawitał na boisku i to jest smutne, bo ja uważam, że to jest piłkarz, który ma papiery na poważne granie. W jego wieku najważniejsze jest jednak zdobywanie ogrania, bez którego może sobie poradzić 35-letni weteran, lecz nie młokos.

Nie dziwi pana to, że powołanie dostaje Wawrzyniak, który ostatnio w Legii wchodzi z ławki, a Boenisch grający regularnie w czołowym zespole Bundesligi jest pomijany przed tak ważnymi meczami? Mankamenty Boenischa są znane - wysoki, mało zwrotny, łatwo go minąć, ale jednak w Bayerze te braki są ukryte odpowiednim ustawieniem zespołu i na Sebastiana nikt nie narzeka.

- Akurat w tej kwestii mogę się wypowiedzieć w sposób autorytarny, gdyż jest to moja pozycja. Pokażcie mi jeden dobry, bądź choćby lekko przyzwoity mecz Boenischa w kadrze! Jego dwa ostatnie występy w naszych barwach to był dramat. Dosyć tego! Nie zgodzę się, że w Bayerze Boenisch gra przyzwoicie, bo gra słabo. Widziałem ostatnie trzy jego występy, były z gatunku "pożal się Boże".

Czyli gra tylko dlatego, że tak duży klub nie potrafi znaleźć kogoś lepszego?

- Nie wchodzę w kwestie Bayeru Leverkusen. Mówię tylko o tym, co widziałem w meczach reprezentacji. Szanowni Państwo - w meczu z San Marino Boenisch przechodził sam siebie, w spotkaniu z amatorami! A to nie był jednorazowy wypadek!

- Nie rozumiem podejścia tego chłopaka. Czy myśli w ten sposób: "trener mnie powołuje, to jeszcze coś zagram", czy kieruje nim coś innego. Fakty są takie, że Smuda go odkrył, Boenisch miał nas zbawić, ale tego nie zrobił i nie zrobi. Dosyć tego!

- Mamy Wawrzyniaka, znamy jego minusy, ale niestety - taki mamy poziom. Wolę Wawrzyniaka, jaki by on nie był, to jednak ten chłopak zachowuje się na boisku normalnie, angażuje się w grę dla reprezentacji Polski, pokazuje serce, bojową postawą na boisku, dlatego lepiej stawiać na niego, niż na pseudogwiazdeczkę.

Słabo z tymi naszymi obrońcami. Chyba tym większa szkoda dla polskiej piłki, że ze sceny zniknął Piotr Brożek, który przy dobrym treningu mógłby być kandydatem na lewego obrońcę?

- Co pan chce ode mnie usłyszeć w tym temacie?

Nie niepokoi pana zjawisko, że zdrowy 30-latek grał nieźle w Ekstraklasie, a po zmianie trenera stracił w niej miejsce, z ligi wypierają go obcokrajowcy. Oni nie zbawią naszej kadry.

- Piotrek Brożek grał kiedyś w Górniku Zabrze. I to był bodajże 2004, albo 2005 rok. Powiedziałem mu wtedy: "Chłopie, jak ty zaczniesz troszeczkę bronić, to możesz zostać niezłym lewym obrońcą".  Odpowiedział, że był kiedyś świetnym napastnikiem i woli grać w pomocy, bo będzie strzelał bramki. Odparłem: "Nie będziesz bramek strzelać, bo tego nie umiesz robić. Być może zaliczysz asystę, ale to wszystko". I niestety, mamy następny przykład zmarnowanego talentu. Nikt mu nie przeszkodził, Piotrek sam się zmarnował. Dwaj bracia Brożkowie sami się zmarnowali! Paweł i Piotr mieli papiery na poważne granie, ale zawiodła mentalność. W zawodowej piłce nie ma ciągnięcia za uszy. Zresztą Piotrek w Lechii też nie był porywający.

Wróćmy do 2000 roku i naszego triumfu w Kijowie nad Ukrainą 3-1, w którym miał pan spory udział. Czy kluczem do tego sukcesu był as z rękawa Engela, jakim był Emmanuel Olisadebe - zdobywca dwóch goli? Czy może po prostu dojrzeliście jako zespół po fatalnej serii 11 meczów bez zwycięstwa?

-  Ja bym się nie doszukiwał nie wiadomo jakich przełomów, czy cudotwórczych działań kogokolwiek. Po prostu byliśmy ekipą, która dosyć długo czekała na mały choćby sukces. Większość naszej kadry grała ze sobą od igrzysk 1992 roku, później wyleciał z tej układanki Andrzej Juskowiak, bo nieszczęśliwie nie strzelił rzutu karnego w tym meczu i to był jego gwóźdź do trumny w tej reprezentacji. Zresztą ja mu kazałem strzelać tę "jedenastkę". Engel wyznaczył Żewłakowa, a ja do Andrzeja mówię: "Bierz to i wal". I trzeba przyznać, że jak wcześniej nam nie szło, tak w meczu z Ukrainą zaskoczyło i poszło nam. To nie było tak, że nam się udało. Myśmy w tym spotkaniu zasłużyli na zwycięstwo. Ekipa Ukrainy była wtedy ilościowo i jakościowo naprawdę niezła. Miała kilku wybornych piłkarzy.

Szewczenko, Rebrow, Tymoszczuk...

- Takich nazwisk w naszym składzie nie było. Historia pokazała jednak, że nie był to wypadek przy pracy. Nasza reprezentacja zaczęła wygrywać, bo miała ku temu fundamenty. Mówi pan, że jednym z nich był Olisadebe. Zgadza się, Emmanuel był taką wisienką na torcie, Engel potrafił to wszystko fajnie poskładać. "Emsiego" właściwie wkomponował, spowodował, że drużyna zaakceptowała Olisadebe. To wszystko złożone do kupy dało sukces.

Może uda się go powtórzyć w piątek?

- Uważam, że dzisiaj mamy lepszych piłkarzy, niż ci z mojej kadry.

Tak jak w 2000 roku lepszych piłkarzy miała Ukraina, ale naszą siłą był zespół?

- Dokładnie tak. Mieliśmy silną, twardą, poukładaną paczkę. Nie tylko pierwszy skład, ale 16-17 zawodników. Zdarzało się choćby, że grał Tomek Wałdoch, bo akurat trener wpadał na taki pomysł, gdy zmierzyliśmy się w Oslo z Norwegią. Tomek był wówczas kapitanem Schalke. A dzisiaj? Mamy trzy-cztery indywidualności, do tego kilku przyzwoitych piłkarzy, natomiast absolutnie nie mamy zespołu. Nie możemy też powiedzieć, że mamy szeroką, 17-osobową kadrę, bo jakby się - nie daj Boże - jednemu, czy drugiemu coś stało, to ja sobie nie wyobrażam gry bez dwóch-trzech nazwisk. W ogóle nie byłoby po co wychodzić na boisko, nie ma kim! Całe szczęście, najważniejsi chłopaki  są zdrowi i mogą grać, ale niestety, nie są ekipą.

Może to trener powinien stworzyć zgraną paczkę?

- Nie zgadzam się. Drużyna się tworzy sama. Drużynę ktoś musi porwać za sobą, a naszej brakuje prawdziwego lidera, takiego ojca-przywódcy. Rzadko taką rolę pełni trener, częściej jeden, bądź dwóch zawodników. Za moich czasów nie było jednego lidera, tylko czterech. Teraz tego brakuje. Zwycięstwo rodzi się w bólach, a my tych porodowych przeżyliśmy już kilka i za każdym razem na boisku pękaliśmy.

Pewnie nie należy pan do grona zwolenników Leo Beenhakkera, ale Holender na początku pracy z naszą kadrą potrafił porwać zespół za sobą.

- Wbrew pozorom, jestem zwolennikiem Beenhakkera, ale tylko jego pierwszej części pracy z naszą drużyną. Później niestety wdał się w konflikty. Wracając do obecnej kadry, powiem, że za każdym razem trzeba wziąć pod uwagę to, jaki się ma skład, jakie osobowości w drużynie. W naszej szatni, oprócz bramkarzy - Boruca i Szczęsnego, którzy mają ciężką rolę, gdyż w sposób otwarty między sobą rywalizują, co jest normalne, takich osobowości nam brakuje. Ludzi, którzy by - nie krzykiem, nie awanturami - tylko charyzmą, stylem gry, zachowaniem na boisku i poza nim, porwały zespół do przodu!

Czy liderem nie powinien być najlepszy piłkarz, czyli Robert Lewandowski?

- On nie jest typem przywódcy. Ja miałem kiedyś przyjemność gry w jednym zespole z Roberto Baggio. On też nie był liderem! Przywódcą wielkiego Milanu był niepozorny Franco Baresi. U nas nie ma nikogo, kto by się cieszył takim mirem i potrafił porwać kolegów.

- Wiadomo, że nagle nie narodzi nam się ktoś nowy, kto przejmie wolną pałeczkę lidera. W ciągu ostatniego pół roku do reprezentacji doszli młodzi Zieliński i Klich, ale to nie są i nie mogą być ludzie, którzy wejdą do szatni i powiedzą: "Panowie, gramy dzisiaj tak i tak". To przywództwo przejawia się wtedy, gdy nie idzie drużynie, gdy trzeba sprytnie podejść do sędziego i wywrzeć na nim presję, wymusić pewne zachowania. Tu nie chodzi o grę w piłkę, tylko o reakcje i zachowania, które czasem są równie ważne, jeśli nie ważniejsze od samej gry. Powodują, że cała drużyna pomyśli: "Ja się z nim czuję pewnie".

- A my przecież jedziemy do Charkowa, a później do Londynu na egzamin dojrzałości. Nie na egzamin piłkarski, bo możemy te mecze przegrać, tylko na egzamin dojrzałości! Ukraina będzie chciała wygrać, bo remis też jej nic nie daje, a później czeka nas starcie "w paszczy lwa" na Wembley. W tych bojach nasi zawodnicy powinni pokazać nie tylko wysokie umiejętności, ale też to, że się nie boją, nie pękają. Do tej pory im się to nie udawało.

- W meczu z Czarnogórą, jak sędzia nie gwiżdże karnego po faulu na Sobocie, który był ewidentny, kilku zawodników powinno podbiec do sędziego, wywołać presję! Mistrzami świata w tym są Włosi: rączki z tyłu i presja, presja, presja. Gdybyśmy postąpili podobnie jak oni, nigdy by sędzia nie odgwizdał spalonego po golu Błaszczykowskiego w ostatnich sekundach. Nie było błędem sędziego, że nie podyktował tego karnego - mógł to zrobić, ale nie musiał. Graliśmy u siebie i nikt by złego słowa nie powiedział. To wywieranie presji jest integralną częścią piłki nożnej. Stosują ją nie tylko Włosi, ale też Niemcy, Anglicy, Hiszpanie.

A my trochę jak grzeczni chłopcy?

- Dokładnie, ale piłka nożna nie jest sportem dla nich.

Rozmawiał: Michał Białoński

* Marek Koźmiński - urodził się 7 lutego 1971 roku w Krakowie. Piłkarską karierę rozpoczynał w Hutniku Kraków, w którym grał do 1992 roku. W tym właśnie roku wraz z reprezentacją olimpijską zdobył srebrny medal igrzysk w Barcelonie. Potem przeniósł się do Włoch, gdzie reprezentował barwy Udinese, Brescii i Ancony. W 2002 roku zaliczył epizod w greckim PAOK-u Saloniki, a na zakończenie kariery w 2003 roku krótko grał w Górniku Zabrze. W seniorskiej reprezentacji Polski zadebiutował 9 września 1992 roku w meczu z Izraelem (1-1) za kadencji selekcjonera Andrzeja Strejlaua. W kadrze rozegrał 46 spotkań i zdobył jedną bramkę. Uczestniczył w finałach mistrzostw świata 2002 w Korei Południowej i Japonii. Kadra Jerzego Engela nie zdołała wówczas wyjść z grupy. W latach 2003-2005 był właścicielem Górnika Zabrze. Od 26 października 2012 roku jest wiceprezesem PZPN-u.

INTERIA.PL zaprasza na tekstową relację na żywo z meczu Ukraina - Polska. Początek 11 października o 20

Relację na żywo można też śledzić na urządzeniach mobilnych

INTERIA.PL zaprasza na tekstową relację na żywo z meczu Anglia - Polska. Początek 15 października o 21

Relację na żywo można też śledzić na urządzeniach mobilnych

Zobacz wyniki, terminarz i tabelę grupy H eliminacji MŚ 2014

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje