Reklama

Reklama

Kazimierz Kapustka: Nie ma co Bartka przesadnie chwalić, bo obrośnie w piórka

- Wiem, że ludzie są pomocni i życzliwi, ale Bartek może być pewny, że ojciec zawsze będzie szczery. Ja go nie okłamię. Co mu radzę? By jeszcze został w Cracovii, zresztą on myśli tak samo - o wychowywaniu syna, przeprowadzce do Krakowa i przyszłości wielkiego polskiego talentu opowiada Interii Kazimierz Kapustka, ojciec Bartosza.

Gdy rodzina Bartosza Kapustki ogląda mecz, ojciec może fachowo skomentować każde zagranie syna, a brat sędziowskim okiem zawyrokować, czy młody zawodnik lub któryś z jego rywali nie złamał przepisów.

Reklama

Kazimierz Kapustka był piłkarzem, ale zaczął trenować dopiero w wieku 16 lat i jego szczytem możliwości okazała się trzecia liga. Podobno mógłby osiągnąć więcej, ale było już za późno, by nadrobić braki.

Bartosz miał większą szansę, by rozwinąć talent, bo za piłką pod okiem profesjonalnego trenera zaczął biegać już jako 7-latek.

Trenował w jednej grupie ze starszym o trzy lata bratem Mateuszem. On kariery nie zrobił, ale dalej ma wiele wspólnego z piłką. Jest sędzią, na razie prowadzi mecze niższych klas w okręgu tarnowskim.

Wszystkich łączy piłka, a ostatnio... zamieszanie wokół niespełna 19-letniego Bartosza. Po świetnych występach w klubie, a przede wszystkim w reprezentacji Polski, niemal codziennie pojawiają się informacje o nowych klubach, które obserwują pomocnika Cracovii, a w mediach sportowych trwa ogólnopolska debata pt. "Kapustka powinien wyjechać już teraz czy jeszcze pograć w Polsce?".

Jasne zdanie na ten temat ma pan Kazimierz.

Interia: Nie przeraża trochę pana szum, jaki stworzył się wokół syna?

Kazimierz Kapustka: Szczerze? Masakra, to wszystko trochę chore. Powiem krótko - dużo w tym przesady i pewnie trochę to Bartkowi przeszkadza. Za dużo, za dużo tego wszystkiego.

Jaka w tej sytuacji jest rola ojca?

- Na temat tego całego szumu w ogóle nie rozmawiamy. Doradzam Bartkowi, by jak najmniej o sobie słuchał i czytał. Na razie pod tym względem zdecydowanie się dogadujemy.

Podobno to właśnie pan jest jego najostrzejszym krytykiem.

- No nie ma go co za bardzo chwalić, bo obrósłby w piórka. Obaj zachowujemy spokój. Na razie wszystko idzie super, ale przyjdzie gorszy okres, a wraz z nim krytyka. Na to też trzeba być gotowym. Ale ogólnie to rzadko mu doradzam. Piłka ma go cieszyć i to jest najważniejsze.

A ludzie na ulicy nie pytają pana: "co teraz będzie z Bartkiem?"

- Znajomi wiedzą co syn robi i są zainteresowani. Czasem też ktoś nieznajomy podejdzie i zagadnie.

Pan też grał w piłkę. Gdy ogląda pan mecz syna, to na chłodno pan wszystko analizuje czy raczej emocjami?

- Ale ja grałem w niższych ligach, to inny poziom... Jakoś specjalnie nie rozkładam na czynniki pierwsze każdego zagrania. Jak dobrze się spisze, to wysyłam mu SMS. Choć w sumie jak zagra źle, to też (śmiech). Niestety ostatnio nie mamy okazji spokojnie porozmawiać, bo rzadko przyjeżdża do domu. Teraz był na reprezentacji, więc znów nie miał czasu. Pewnie najbliższa okazja będzie dopiero w święta. Trudno, taki ma zawód.

A może syn już się usamodzielnia i coraz rzadziej będzie bywał w rodzinnym domu?

- Na pewno tak, ale radzę mu, by jeszcze tu jednak zaglądał (śmiech). Warto, bo jeśli coś mu doradzimy, to dla jego dobra. Wiem, że ludzie są pomocni i życzliwi, ale Bartek może być pewny, że ojciec zawsze będzie szczery. Ja go nie okłamię. I przede wszystkim nie podejmuję tematów kto się nim interesuje, ile dany klub oferuje pieniędzy itp. Gdy jesteśmy razem, to omijamy te tematy szerokim łukiem.

Dowiedz się więcej na temat: Bartosz Kapustka | Cracovia | reprezentacja Polski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL