Reklama

Reklama

Kadra na warunkach PZPN-u, a nie Smudy

Franciszek Smuda szedł do PZPN-u z szablą w dłoni, z poparciem stojącego za jego plecami tłumu kibiców i dziennikarzy. Wydawało się, że z Franzem idzie powiew świeżości. I normalności. Dziś już trudno o takie wrażenie

- Nikt mnie nie przerobi, ja mam taki charakter, że się nie dam - opowiadał wszem i wobec Smuda w drodze na fotel selekcjonera.

Dla Zdzisława Kręciny i wierchuszki PZPN-u urobienie Franza okazało się jednak dziecinnie łatwym zadaniem. Nie dość, że stawiają na swoim, to jeszcze powodują, że Smuda mówi, jak przez nich nakręcony.

Po meczu Polska - Słowacja przed Stadionem Śląskim Franz nas przekonywał, że jeśli nadejdzie jego czas w kadrze, nie będzie mowy o meczach z "kelnerami". Wystarczyły jednak dwa tygodnie jego pracy z PZPN-em, by zgodził się jechać krajowym składem na turniej o Puchar Króla w Tajlandii, gdzie zmierzymy się z Danią (również krajowy skład) i gospodarzami, którzy właśnie awansowali na 102. miejsce w światowym rankingu.

Reklama

Smuda miał na sztandarze dwóch kandydatów na asystenta: Pawła WojtalęTomasza Wałdocha. Mocniej lansował tego drugiego, który nawet został zaprezentowany jako członek kadry i pracował na zgrupowaniu w Grodzisku Wlkp. przy okazji meczów z Rumunią i Kanadą. Zdążył się też zwolnić z pracy z juniorami Schalke.

Okazuje się jednak, że PZPN postawił na bezrobotnego Jacka Zielińskiego. Co ciekawe, Smuda zachwala tę kandydaturę, choć pierwotnie "Zielu" nie był człowiekiem z jego talii ("Prowadził zespoły ekstraklasy, znam go i mieszka w Warszawie, więc jest na miejscu" - zachwala Smuda.).

Osoba asystenta nie była jednak najważniejsza, gdyż jak słusznie podkreśla Zbigniew Boniek, to nie asystenci nadają ton pracy w reprezentacji. - Większość kibiców nawet nie wie, kto jest asystentem selekcjonera Włoch, czy Anglii.

Kluczową sprawą było obsadzenie charyzmatycznym, doświadczonym, znającym języki człowiekiem posady dyrektora sportowego reprezentacji. Marek Koźmiński, czyli specjalista rekomendowany przez Smudę zdawał się być wymarzonym kandydatem. To facet, który wie, czego chce. Świetnie radził sobie jako piłkarz, równie dobrze idzie mu wśród rekinów biznesu. Ma wszelkie atuty, by w reprezentacji Franzowi zabezpieczyć tyły. Ktoś powie, że z Górnikiem Zabrze, którego Koźmiński właścicielem był przez dwa lata, nie zdobył mistrzostwa Polski. Kibice Górnika klan Koźmińskich żegnali nawet gwizdami i oskarżeniami, że na klubie z al. Roosvelta dorobił się. Historia pokazała, że Marek i jego ojciec Zbigniew ze skromnym budżetem 7-10 mln zł bez trudu utrzymywali w środku ekstraklasowej tabeli ekipę. Firma Allianz zapewniła Górnikowi ok. trzydziestomilionowy budżet, a i tak z hukiem spadła na zaplecze najwyższej klasy rozgrywkowej.

Pewne jest jedno: Koźmiński byłby gwarantem, że nikt z PZPN-u i w ogóle z zewnątrz nie dmuchałby w kaszę Smudzie i jego kadrze.

Taki kandydat do niczego nie był potrzebny Grzegorzowi Lacie, Antoniemu Piechniczkowi, Zdzisławowi Kręcinie, czy Jerzemu Engelowi. Dlatego PZPN, choć z Koźmińskim negocjował miesiąc, wybrał Jana Furtoka, do którego telefon wykonano dopiero wczoraj. Koźmiński mówi otwarcie o odciążeniu w obowiązkach prezesa Latę, czy firmę SportFive. Furtok mówi o tym, że zaszczytem będzie dla niego praca z reprezentacją, ale kompetencji własnych jeszcze nie zna. - Chciałbym być przy drużynie - nadmienia.

Panie Janie, kompetencje będą płynne: jak trzeba będzie znaleźć kozła ofiarnego, okaże się, że pan za wszystko odpowiadał, a gdy zdarzy się sukces, okaże się, że jest pan kwiatkiem do kożucha.

Tak jak Koźmiński był fachowcem z rozdania Franza, tak Furtok jest człowiekiem kojarzonym ze śląskim baronem Rudolfem Bugdołem i wiceprezesem Piechniczkiem. To nie wróży nic dobrego. Dla Smudy i polskiej piłki.

W tej sytuacji jedyną ważną batalią, jaką selekcjoner wygrał z PZPN-en jest ta z o kontrakt bez okresu wypowiedzenia. Leo Beenhakker w negocjacjach ze związkiem umiał sobie jednak zapewnić, że to on sam dobiera sobie sztab współpracowników.

Mam tylko nadzieję, że więcej ustępstw Franza Smudy już nie będzie. Na razie w komentarzach: "To sztab reprezentacji Zdzisława Kręciny, a nie Franciszka Smudy" (tak powiedział stacji Orange Sport Paweł Zarzeczny) jest więcej prawdy, niż żartu. Franz musi pamiętać, że wiecznie cofać się nie może. W końcu natrafi na ścianę.

Najłatwiej działaczom z piłkarskiej centrali zganić wszystko na wysokie wymagania finansowe ludzi Smudy. W wypadku Wałdocha trudno o polemikę. W sprawie Koźmińskiego o pieniądzach nie było nawet mowy, więc nie ma co mydlić ludziom oczu.

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

SENSACYJNE ZMIANY W SZTABIE SMUDY!

Koźmiński: O pieniądzach nie było mowy, żadnego kontaktu od 18 grudnia!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje