Reklama

Reklama

Juskowiak: To było ostrzeżenie przed Mołdawią

- Mecz z Liechtensteinem był ostrzeżeniem przed arcyważnym spotkaniem w Kiszyniowie, ale powinniśmy poradzić sobie z Mołdawią - uważa były napastnik piłkarskiej reprezentacji Polski Andrzej Juskowiak.

Zamiast efektownej wygranej, polscy piłkarze męczyli się ze słabiutkim Liechtensteinem (2-0)...

Andrzej Juskowiak: - W pierwszej połowie było widać, że Liechtenstein jest zespołem lepszym od San Marino, z którym niedawno Polacy wygrali 5-0 w eliminacjach mistrzostw świata, ale to dla nas marna pociecha. Co prawda dochodziliśmy blisko pola karnego, ale brakowało precyzji, podania były niedokładne, a strzały często blokowane. Akcje zawiązywane zaś zbyt długo, nie było gry na dwa-trzy kontakty, tylko holowanie piłki. Obrońcy Liechtensteinu potrafili w porę ją wybić, a do tego próbowali na siłę wychodzić dryblingiem z własnej "szesnastki", co dodatkowo irytowało kibiców.

Reklama

- Na stadionie Cracovii szło nam ciężko, bo byliśmy przewidywalni nawet dla drużyny z małego księstwa.

Co zmieniło się w grze "Biało-czerwonych" po przerwie?

- Różnicę w grze zrobił debiutujący Piotr Zieliński z Udinese. Jego świetne podanie otworzyło drogę do pierwszej bramki. Potrafił przyjęciem ustawić sobie piłkę do strzału. W pewnym momencie rywale przestali go atakować, tylko czekali co zrobi. To też świadczy o jego wyszkoleniu technicznym, szybko gracze Liechtensteinu nabrali do niego respektu.

- Zieliński i tak nie pokazał wszystkich swych walorów, bo nie był zbyt często wykorzystywany przez kolegów. Występ zaliczył jednak udany, a czy zagra od pierwszej minuty w Kiszyniowie, to decyzja Waldemara Fornalika.

Polacy powinni obawiać się piątkowego meczu z Mołdawią na stadionie Zimbru?

- To było jakieś ostrzeżenie, ale ja jestem optymistą. Na pewno mecz z Liechtensteinem daje dużo do myślenia. W drugiej połowie zaskoczony byłem postawą Sebastiana Boenischa. Może tego nie było widać w telewizorze, ale ja byłem na stadionie. Odbiegając od tego, czy jest w formie czy też nie, kiedy tracił piłkę, albo niecelnie mu ją zagrywano, wymachiwał rękami, miał pretensje, raz kopnął piłkę w reklamę okalającą boisko. A przecież sam nie rozgrywał wielkiego meczu. Nie wiem skąd takie reakcje u niego. W Niemczech, kiedy musi przebiec 30-40 metrów, a piłka i tak do niego nie trafia, spuszcza głowę i wraca na swoją stronę placu gry. Tutaj tymczasem zachowywał się zupełnie inaczej. Czemu to miało służyć? We wcześniejszych spotkaniach starał się motywować, nastawiać pozytywnie zawodników. Coś się jednak zmieniło.


W 1997 roku Polska wygrała w Mołdawii 3-0, a trzy gole zdobył Andrzej Juskowiak.

- Jeśli trzeba, to pomogę i tym razem, tak jak Jurek Dudek wczoraj pomógł w meczu z Liechtensteinem. Oczywiście żartuję, uważam, że kadrowicze poradzą sobie w piątek i wygrają 2-0. To arcyważne spotkanie, bowiem tylko zwycięstwo przedłuży nadzieję na awans z grupy. Z Jakubem Błaszczykowskim i Robertem Lewandowskim przybędzie jakości w grze "Biało-czerwonych". W ogóle Polacy muszą być bardzo zmotywowani, przecież zobaczyli, że nie jest łatwo nawet z teoretycznie dużo słabszym przeciwnikiem. Z San Marino też nie było zbyt wiele dobrej gry, przecież dwa gole padły z karnych. Będzie trudniej niż w Krakowie, bo Mołdawia jest lepszym zespołem, ale ona na pewno będzie chciała więcej atakować. Kluczem do sukcesów w takich wyjazdowych potyczkach jest szczególna obrona. Tak było 16 lat temu, gdy Mołdawianie nie mogli przebić się przez naszą defensywę, a mnie udało się zdobyć trzy gole.

Wybiera się pan do Kiszyniowa?

- Jestem ambasadorem młodzieżowej reprezentacji Polski, dlatego zostaję w Krakowie, gdzie w czwartek zespół trenera Marcina Dorny meczem z Maltą zainauguruje eliminacje MME 2015. Po tym spotkaniu czeka nas wyjazd na towarzyską potyczkę do Oslo z Norwegią.

Rozmawiał: Radosław Gielo


Zapraszamy na relację NA ŻYWO z meczu Mołdawia - Polska w piątek o godz. 20.45

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje