Reklama

Reklama

Janusz Wójcik: Za nami najgorszy rok w historii polskiej piłki

- Niedługo będziemy mieć problem, żeby wygrać z Wyspami Owczymi. Pikujemy jak skaczący z balonu Felix Baumgartner. On już wylądował, my jeszcze lecimy i w odróżnieniu od niego, nie mamy spadochronu - mówi w rozmowie z INTERIA.PL Janusz Wójcik.

INTERIA.PL: Jaki to był rok dla polskiej piłki?

Reklama

Janusz Wójcik, były selekcjoner reprezentacji Polski: - Najstarsi nie pamiętają, kiedy było tak źle. Nietrafione decyzje, zła selekcja, fatalne powołania do reprezentacji, a co najgorsze skandaliczne wyniki zarówno reprezentacji jak i naszych klubów. Za nami po prostu koszmarny rok. Zresztą, świadectwem tego jest ranking FIFA. On mówi wszystko, nic nie trzeba już dodawać. Śmiało mogę powiedzieć, że to był najgorszy rok w historii polskiej piłki. Dno, jakiego jeszcze nigdy nie udało nam się osiągnąć.

Jednym z największych przegranych minionego roku jest Waldemar Fornalik.

- Kiedy lobby śląskie próbowało wmówić, że Fornalik będzie drugim Piechniczkiem, bo też niewiele osiągnął w klubie, a dostał możliwość pracy z kadrą, to ja uśmiechałem się pod nosem. Piechniczek z Bugdołem, którzy zajmowali wtedy wysokie stanowiska w PZPN, wzięli wygodnego człowieka, którym chcieli sterować, ale albo on się nie dał, albo oni nie mieli pomysłu, jak to zrobić. Zakończyło się kompletnym fiaskiem. Samochód z napisem reprezentacja Polski dachował i dalej leży kołami do góry.

Czy spodziewał się pan, że to będzie tak słaby rok dla reprezentacji?

- Euro było świadectwem tego, że skoro nie potrafiliśmy wygrać żadnego meczu u siebie, mając praktycznie cztery lata na budowę zespołu, to nie będzie z nami dobrze. Zmarnowaliśmy ten czas. Kiedy przyznano nam prawo organizacji, trzeba było przygotować program pracy z kadrą. Mogli to zrobić trenerzy zatrudnieni w związku, bo to nie były skomplikowane rzeczy, żaden Uniwersytet Jagielloński, tylko solidna trenerska robota. Na bazie najlepszych krajowych wówczas zawodników, ambitnych i walecznych, należało stworzyć zespół. Później solidnie przygotować go fizycznie i zgrać nie tylko pod względem piłkarskim, ale także charakterologicznym. Zamiast tego szukano pociotków, dziadek i babek zagranicznych piłkarzy. To było kompletne nieporozumienie. Cały domek stawiany przez Franciszka Smudę runął, Fornalik nic z tym nie potrafił zrobić.

Wspomniał pan o obcokrajowcach z polskim paszportem. W 2013 roku doświadczaliśmy humorów Ludovica Obraniaka.

- Z tego co wiem, to już przed pierwszym meczem z Grecją na Euro 2012 dochodziło do nieporozumień pomiędzy piłkarzami. Mam wiadomości z pierwszej ręki, bo rozmawiałem wtedy z zawodnikami w hotelu. W drużynie Smudy nie było żadnej atmosfery, narzekano jeden na drugiego, przewijało się w żalach zawodników również nazwisko Obraniaka.

Po tym jak zrezygnował z gry w kadrze w marcu, powinno być dla niego jeszcze miejsce w kadrze?

- Obraniak to facet niezdecydowany. A przecież mówimy to o rozgrywającym, piłkarzu, który zajmuje szczególne miejsce w zespole. Jak my możemy spodziewać się, że Obraniak poprowadzi grę drużyny, skoro sam nie wie, czy w niej grać? Potem wykręca takie numery, że nagle rezygnuje... Przepraszam bardzo, ale kim on jest, żeby się tak zachowywać? Dalej trzeba zapytać, gdzie w tej sytuacji był trener?

Wiemy, że Fornalik przed meczem z Ukrainą szukał tłumacza, aby z nim porozmawiać.

- Ale o czym tu rozmawiać! Albo Obraniak bardzo chce grać w reprezentacji Polski i potrafi zrobić to bardzo dobrze, albo nie. Jeśli nie, to niech spada na drzewo szukać gruszek na wierzbie.

Mimo wszystko 2013 roku rozpoczynał się optymistycznie. Liczyliśmy na awans na mistrzostwa świata.

- Kto liczył?

My, naród.

- Pan mówi w kategoriach science-fiction. Tylko ten, kto krążył z głową w chmurach, myślał, że możemy się zakwalifikować na mundial. Jeśli znał się trochę na piłce, to wiedział, że z Ukrainą nie mamy żadnych szans nic ugrać. Tu nawet nie trzeba było być żadnym ekspertem, tylko popatrzeć na składy obu drużyn, ostatnie mecze reprezentacji i siłę obu lig. Odpowiedź była gotowa.

Decydujący był marcowy mecz z Ukrainą w Warszawie. Gościom wystarczyło siedem minut, aby strzelić nam dwa gole i pozbawić nas marzeń o zwycięstwie.

- Oni zrobili, co chcieli, a później zlitowali się nad nami. Mogli nas dorżnąć do końca.  

Eliminacje zakończyliśmy meczem na Wembley. Pomimo porażki chwalono naszych piłkarzy, że stworzyli sobie dużo sytuacji.

- To przypomina mi opinie klakierów, którzy w kółko powtarzali, że kadra idzie do przodu, brakuje szczęścia, są postępy w grze, a że przegrywamy mecz za meczem to jakaś zmowa i niewyobrażalny pech. Przegraliśmy 0-2, bo Anglicy chcieli nam strzelić tylko dwa gole. Gdyby potrzebowali czterech, bez problemu, wygraliby z nami 4-0.

Kiedy stracił pan nadzieję na awans?

- Wtedy, gdy selekcjonerem został Waldemar Fornalik, wiedziałem, że będzie z tego wielka dupa. Już po pierwszym meczu mówiłem, że trener się lekko posrał, stracił pewność siebie i nie odzyskał jej do końca swojej pracy z kadrą. Nie mogę tego pojąć, jak trenerzy z polskiej ligi, która jest jedną z najgorszych w Europie, mogą cokolwiek stworzyć z zawodnikami, którzy grają lub siedzą na ławkach zagranicą. Z tego nic nie może wyjść. Gdyby kadrę wziął trener, prowadzący ligowy zespół grający co roku chociażby w Lidze Europejskiej, to jeszcze można by się łudzić, że ktoś taki ma pomysł na drużynę. Tymczasem Fornalik zajął drugie miejsce z takim biednym Ruchem. Może w takim razie, kiedy objął kadrę to też trzeba było mu nie płacić, albo zamiast 150 tysięcy miesięcznie dać 10% z tego. Przecież on tak świetnie sobie radził, gdy brakowało kasy.

Fornalikowi zarzucano brak charyzmy i doświadczenia. Czy uważa pan, że faktycznie nie miał posłuchu u Lewandowskiego czy Błaszczykowskiego?  

- Posłuch u nich to mają pewnie tylko żony. Widać, że nie potrafił do nich dotrzeć Fornalik, nie udaje to się także Nawałce.

Na pewno dobrych wspomnień z gry w reprezentacji nie będzie też miał Robert Lewandowski.

- Każdy się spodziewał, że będzie strzelał jak w Dortmundzie. W kadrze brakuje ludzi, aby dogrywali mu piłki, gra nie jest ułożona pod niego. Kiedy Nawałka objął reprezentację, mówiono, że to się zmieni, ale nie zanosi się na to. Postawa "Lewego" nie jest jednak największym problemem kadry. Tej drużynie brakuje po prostu wszystkiego - koncentracji, charakteru, zespołowości, zaufania. Mógłbym wymieniać jeszcze długo. Kadra przypomina mi puzzle dziecięce złożone z kilku rozwalonych pudełek. Nic nie pasuje, a do tego dzieciak, który się na tym nie zna, próbuje to poukładać.

Nawałka skończy jak Fornalik?

- Trudno, żeby było inaczej, skoro selekcjonerem jest trener tego samego pokroju, co jego poprzednik. Mówi się, że Nawałka ma dobre przygotowanie teoretyczne, ale teoria to się sprawdza w laboratorium a nie w pracy z kadrą.

Nowy selekcjoner wpuścił do kadry świeżą krew. Zadebiutowali tacy piłkarze jak Adam Marciniak, Rafał Kosznik czy Krzysztof Mączyński.

- Jeśli ktokolwiek myśli, że takimi piłkarzami jest w stanie cokolwiek ugrać, to życzę powodzenia. Zresztą mieliśmy już dowód w meczu ze Słowakami, którzy zrobili z nas wiatraki.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje