Reklama

Reklama

Janusz Kupcewicz dla Interii: Mało kto pamięta o mojej bramce na wagę medalu MŚ

- W reprezentacji Polski rozegrałem tylko 20 meczów, ale niejeden piłkarz w Polsce chciałby mieć takie osiągnięcia, jakie były moim udziałem. Co z tego, że ktoś rozegrał z Białym Orłem na piersi 80 czy 100 meczów, skoro nie ma żadnego medalu, żadnego trofeum? Mało kto wie i mało kto o tym mówi, że moja bramka w meczu z Francją była ostatnią, która dała Polsce medal na mistrzostwach świata - opowiada Interii znakomity przed laty piłkarz Janusz Kupcewicz.

Michał Białoński, Interia: Jak się wykuwało talent piłkarski w latach 80. XX wieku, gdy na półkach w sklepach był tylko ocet i w kraju panowała bieda?

Reklama

Janusz Kupcewicz, srebrny medalista MŚ 1982 r.: - Współczesności nie można porównać z naszymi czasami. Dzisiaj komórka to atrybut każdego, bez komputera i umiejętności języków ani rusz. Tak samo było w sporcie, nie było wielkich stadionów, wspaniałych obiektów. Ale specyfika tamtych czasów spowodowała, że byliśmy bardzo sprawni. Człowiek był skazany na kombinowanie. Na klepiskach grał w piłkę, a na zamarzniętych stawikach w hokeja, kije robiło się z urwanych drzew. Sprawność ogólną wyrabialiśmy, kradnąc jabłka, a później sąsiad nas gonił i trzeba było szybko uciekać przez płot (śmiech). Szkoła nie musiała wyrabiać w nas sprawności. Fajne czasy i miło się je wspomina, choć z zazdrością spoglądamy na dzisiejszą młodzież, na sprzęt, jaki ma do dyspozycji. Bez sprawności człowiek nie poradzi sobie nie tylko w piłce, ale też w siatkówce, koszykówce czy w biegach.

Dzisiaj kariery nawet najmłodszych piłkarzy prowadzą menedżerowie. W pańskim przypadku taką rolę pełnił pana tata, który doradził przenosiny do Arki Gdynia, a nie naszpikowanego gwiazdami Górnika Zabrze. To chyba ważny moment?

- W tamtym okresie przedstawiciele wszystkich 16 klubów pierwszoligowych, bo Ekstraklasy jeszcze nie było, gościli u nas w domu. Taka zmiana otoczenia to zawsze wielka niewiadoma. Uważam, że wiele zawdzięczam rodzicom. Tata poświęcał mi bardzo dużo czasu na treningi indywidualne. Codziennie o godz. 6 rano chodziliśmy do pobliskiego lasu, on ze mną sporo ćwiczył. Pracował nad moją techniką, a sam po treningach w klubie zostawałem, aby ćwiczyć rzuty wolne.

Zastanawiam się, co by było, gdybym wybrał Legię albo Górnika. To były najbardziej znane polskie kluby i miały najwięcej reprezentantów kraju. Umówmy się - czy ja bym przeskoczył grającego na mojej pozycji w Legii Kazia Deynę? Byłoby mi niezwykle ciężko.

Mówimy o pozycji numer "10", ofensywnego pomocnika, rozgrywającego.

- Dokładnie. Na niej czułem się najlepiej. Gdyby mnie pan ustawił gdziekolwiek indziej, to traciłem co najmniej 50 procent wartości.

A Górnik Zabrze?

- Tam również byłoby się trudno przebić. To było specyficzne środowisko, hermetyczne. Nie tak łatwo było w nim zaistnieć ludziom z Polski północnej. Przede wszystkim grali tam sami reprezentanci kraju. "Dziesiątką", która świetnie współpracowała w kadrze z Deyną był Zygfryd Sołtysik. Przeskoczyć Sołtysika? Jako młody gówniarz też bym pewnie nie dał rady. Legia nie wchodziła w rachubę również dlatego, że chciała mnie wcielić do wojska, a moim rodzicom zależało na tym, abym skończył studia.

Połączenie kariery sportowca z nauką nie jest łatwe.

- Nie jest, ale dzięki rektorom się udało. Rozpisali mi indywidualny tok, jeden rok studiów mogłem kończyć przez dwa lata. Skończyłem studia dopiero po 14 latach, z których cztery spędziłem za granicą, rok w Lechu, a także pochłaniała mnie gra w reprezentacji Polski. Zgrupowania kadry trwały wówczas nie 10 dni jak obecnie, tylko miesiąc. Poza domem byliśmy pół roku.

Arka Gdynia była beniaminkiem, gdy pan do niej przychodził?

- Tak. Uważam, że młodzi polscy piłkarze popełniają kolosalny błąd, ufając menedżerom, którzy mamią ich szybkim wyjazdem za granicę i świetnymi zarobkami. One się pojawiają, ale na chwilę, często kosztem braku regularnej gry, co z kolei skutkuje utratą wartości młodego piłkarza.

Dlatego uważam, że na początku kariery lepiej wybrać słabszy klub i mniejsze pieniądze, a później do dużej fortuny spokojnie dochodzić. Ale mówi to starszy pan, którego nie zawsze się słucha. Młodzież ma swoje zdanie, a większość menedżerów, bo i w ich wypadku nie można uogólniać, czyni więcej złego niż dobrego w polskiej piłce.

Zaistnienie za granicą nie jest proste. W Arce zajmuję się pewną formą skautingu. Monitoruję chłopców wypożyczonych z klubu, a gdy zauważę w regionie jakiś talent, to polecam go Arce. Wielu talentom np. z drugiej ligi wydaje się, że poradzą sobie spokojnie w Ekstraklasie. Tymczasem okazuje się, iż mimo że poziom polskiej piłki jest przeciętny, to istnieje przepaść między tymi ligami.

Czyli z perspektywy 45 lat nie żałuje pan, że przeprowadził się ze Stomilu Olsztyn właśnie do Arki?

- Oceniając z perspektywy czasu, nie tylko ten, ale też późniejsze wybory śmiało można uznać za trafione. Osiągnięcia mam niemałe: zdobycie Pucharu Polski z Arką, mistrzostwa kraju z Lechem, w decydujących o obu trofeach meczach zdobywałem bramki, dwukrotny wyjazd z reprezentacją Polski na mistrzostwa świata - największa impreza w piłce, w 1982 roku strzelenie decydującej bramki w meczu o trzecie miejsce, za które otrzymaliśmy wówczas srebrne medale. Mało kto wie i mało kto o tym mówi, że to była ostatnia bramka, która dała nam medal na MŚ. 

W reprezentacji Polski rozegrałem tylko 20 meczów, ale niejeden piłkarz w Polsce chciałby mieć takie osiągnięcia, jakie były moim udziałem. Co z tego, że ktoś rozegrał z Białym Orłem na piersi 80 czy 100 meczów, skoro nie ma żadnego medalu, żadnego trofeum? Jest bardzo mało takich piłkarzy z medalem mistrzostw świata, w Polsce północnej oprócz mnie nie ma nikogo.

Wywalczenie srebrnego medalu na MŚ 1982 r., jadąc z Polski, w której panował stan wojenny, przez co reprezentacja była izolowana, nie mogliście grać spotkań międzypaństwowych, było zadaniem arcytrudnym. Antoni Piechniczek i wy, wszyscy jego wybrańcy, dokonaliście wielkiej rzeczy.

- Faktycznie, nic na to nie wskazywało, że z Hiszpanii przywieziemy medal. Tym bardziej, że pierwsze dwa mecze zremisowaliśmy. Ten przeciw Włochom był udany, remis 0-0 to był całkiem przyzwoity wynik, ale 0-0 z Kamerunem nie było ocenione dobrze. Został nam mecz "o życie" z Peru. Gdybyśmy go nie wygrali, to byśmy się spakowali. Ja miałem okazję zadebiutowania w tym spotkaniu na mundialu. Uważam, że wykorzystałem swoją szansę, a przede wszystkim pomogłem zespołowi. Wygraliśmy 5-1 i dostaliśmy "poweru", trochę też luzu, ale nie pozaboiskowego, żeby mnie ktoś źle nie zrozumiał. Luz dawała świadomość, że awansowaliśmy z grupy, że już zrobiliśmy dużo, jak na tamte okoliczności.

Warunki w przygotowaniach były bardzo dobre, ale działacze nie spisali się na samym turnieju. Trzy tygodnie spędziliśmy w Barcelonie, w hotelu bez klimatyzacji, w 40-stopniowym upale. Na dodatek dostaliśmy sprzęt trzeciej kategorii. Dopiero wówczas, gdy zamalowaliśmy na butach paski Adidasa, przyjechały furgonetki i przywiozły nam najlepszy sprzęt, jaki miały również inne reprezentacje. Takie były czasy, dzisiaj warto uświadamiać to młodzieży. Nasi rodzice mieli kłopoty, aby w sklepie kupić cokolwiek, nie było nic na hakach, by kupić mebel trzeba było całymi nocami stać w kolejce. Niby piłkarze tego tak bardzo nie odczuwali, ale samemu mi się również zdarzyło stać całą noc, aby kupić mebel.

To był stan wojenny, wiele osób było internowanych, często politycy licytują się, kto miał gorzej. Zapomina się, ile my dla Polski zrobiliśmy swoją grą na boisku. To była walka. Ze Związkiem Radzieckim, z którym mecz był specyficzny.

Transparenty "Solidarności", które rozwieszono na trybunach były wycinane w naszej telewizji.

- Oprócz tego Polacy obawiali się, czy Rosjanie nie wprowadzą wojska do Polski, żeby stłumić "Solidarność". Mecz miał sporo podtekstów i daliśmy dużo radości Polakom. Nie tylko poprzez sam medal, który był bardzo cenny i ważny, ale poprzez to, że pobiliśmy Związek Radziecki. Remis 0-0 gwarantował nam przepustkę do pierwszej "czwórki" i jednocześnie medal. Nawet za czwarte miejsce wówczas przyznawano brązowe medale.

Mecz z ZSRR był naprawdę specyficzny. Pamiętam, jak Zbyszek Boniek przyszedł po nim na konferencję prasową z trofeum, koszulką z napisem "CCCP" - "Cep Cepa Cepem Pogania" - jak wtedy żartowano. Wiadomo, jakim państwem był Związek Radziecki, ale my do jego zawodników nic nie mieliśmy. To była walka na boisku. Rosjanie nam nic nie zrobili, ale wiedzieliśmy jak ważny to mecz pod kątem psychologicznym i co się będzie działo w Polsce.

Mecz z Peru był kluczowy. Dziś pełno sloganów w piłce o walce, poświęceniu. Przed bramką na 0-1 śp. Włodzimierz Smolarek trzy razy wykonywał wślizg w jednej akcji, na zasadzie "Padnij! Powstań!", zanim pan odebrał piłkę, podał Włodkowi, a on strzelił bramkę. To faktycznie przypominało walkę jak o życie.

- Peruwiańczycy walczyli tak samo, bo mieli również szanse awansu, wszystkie zespoły miały po dwa remisy. Nie było wiadomo, kto awansuje. My chcieliśmy sprawić dużo radości społeczeństwu. Wiadomo, jak nas wtedy traktowano, jak tych zza żelaznej kurtyny. Mecz z Peru był specyficzny, ale o wiele bardziej specyficzny był ten z ZSRR.

W półfinale graliśmy bez pauzującego za kartki Bońka, który był liderem kadry. Pokonanie Włochów było faktycznie niemożliwe?

- Strata Zbyszka Bońka źle się odbiła na naszej szatni. Na dodatek, według mnie, trener Piechniczek popełnił fatalny błąd, gdyż zostawił na ławce Andrzeja Szarmacha, a Włosi się go piekielnie bali. Tak pozbawiliśmy się sporego atutu.

Rozmawiał: Michał Białoński

Jutro zapraszamy na II część wywiadu z Januszem Kupcewiczem

Dowiedz się więcej na temat: Janusz Kupcewicz | piłka nożna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje