Reklama

Reklama

Jan Tomaszewski: Współczuję bramkarzom. Teraz piłka już nie leci tylko śmiga!

- Współczuję bramkarzom. Nie chciałbym dzisiaj nim być, bo to co kiedyś łapałem, dziś przelatywałoby mi koło uszu - uważa Jan Tomaszewski, jeden z najlepszych bramkarzy w historii polskiej piłki nożnej.

Mecze piłkarskie mają być spektaklami. Kibic idąc na stadion oczekuje wygodnego fotelika, miejsca blisko murawy, wielkich emocji i przede wszystkim goli. We współczesnym futbolu padają nie tylko dzięki treningowi i taktyce...

Reklama

- Kiedyś Włosi wymyślili catenaccio i grając zwykłą, tradycyjną piłką, gdy ktoś postawił mur na szesnastce, to mecz praktycznie zawsze kończył się wynikiem 0-0 lub 1-0 czy 0-1. W tym momencie Platini wpadł na genialny pomysł i namówił producentów sprzętu sportowego, aby produkowali takie buty i piłki, które sprawiają, że futbolówka po strzale już nie leci tylko śmiga!

Przed każdą wielką imprezą wchodzi nowy model - szybszy, lżejszy i coraz bardziej nieprzewidywalny w locie.

- Gdy ja wykopywałem piłkę, to leciała 100 km/h, a teraz 150. Kiedyś tylko nieliczni - Platini, a schodząc na nasze podwórko Deyna czy Gadocha potrafili zakręcić piłkę rogalem. W tej chwili buty są tak francowacie skonstruowane przeciw bramkarzom, że piłka nabiera rotacji nawet po uderzeniu z czystego podbicia.

Nie tylko utrudnia to zadanie bramkarzom, ale też wymusza zmianę stylu bronienia.

- Od paru lat bramkarze praktycznie nie łapią piłek, tylko je odbijają, bo są za szybkie. Pozostali piłkarze potrzebowali czasu, aby nauczyć się to wykorzystywać. W tym momencie, gdy dziesięciu zawodników jest przeciwko jednemu - bramkarzowi, to gole padają z 35 czy 40 metrów. Gdybym ja puścił gola z 20 metrów, to śmialiby się ze mnie. Nie tylko musiałem obronić, ale oczekiwano, że jeszcze złapię piłkę po takim strzale. W tej chwili jest to po prostu niemożliwe i chwała za to! Platini sprawił, że bramkarze przeklinają go, ale pozostali zawodnicy, a przede wszystkim kibice, są zadowoleni, bo pada dużo bramek. Właśnie o to chodzi, bo gole są solą piłki nożnej. Współczuję bramkarzom. Dzisiaj nie chciałbym nim być, bo to co kiedyś łapałem, dziś przelatywałoby mi koło uszu.

Ktoś musi ponosić koszty dążenia do tego, by mecze były atrakcyjniejsze, a więc aby padało w nich więcej goli.

- Mam tylko pretensje do Platiniego czy Bońka, bo Zbyszek Boniek też był w komisji technicznej, że nie zaczęli inaczej klasyfikować bramkarzy. Podam przykłady. Gdy Artur Boruc puścił gola w meczu z Irlandią po podaniu Michała Żewłakowa było to w dużej mierze spowodowane nową francowatą piłką, która nie toczy się po murawie, tylko śmiga. Uważam to za błąd techniczny. Tak samo było, gdy przepuścił piłkę do bramki po strzale ze stu metrów w niedawnym meczu ligi angielskiej. To też był błąd techniczny, bo nie przewidział tego, że piłka może przelecieć sto metrów. Za moich czasów to było niemożliwe.

- Natomiast to co zrobił Artur w meczu z Arsenalem, a więc kiwanie się z napastnikiem, było niewybaczalnym błędem. Gole w sytuacjach, które przywołałem wcześniej można zrzucić na karb technologii. Natomiast nie ma wytłumaczenia na to, że Artur się kiwał, nie opanował piłki, a napastnik potraktował go jak frajera i wjechał z piłką do bramki. Właśnie w oparciu o takie błędy trzeba weryfikować bramkarzy, bo nie można krytykować ich za puszczenie gola z 35 metrów. Mnie - owszem, można było, ale ja grałem prawdziwą piłką i w normalnych butach. W tej chwili buty są kosmiczne, a piłki superkosmiczne.

Od lat 70. w futbolu doszło do prawdziwej rewolucji. Nie mogła ominąć gry bramkarzy.

- Dzisiaj bramkarze są w dużej mierze podobni do tych z piłki ręcznej. W niej piłka rzucona z sześciu-siedmiu metrów tylko śmiga. Nawet między rękami czy nogami. Dlatego teraz grę bramkarzy trzeba inaczej weryfikować. Ja broniłem lewo-prawo, a nie trójwymiarowo, bo jak wychodziłem do dośrodkowań, to były to zawiesinki. Spokojnie leciały, wychodziłem do nich, frajerów jeszcze straszyłem kolanami i łapałem. Bo to były lobiki! W tej chwili są centry-strzały. Dlatego bramkarz musi bronić trójwymiarowo. Gość, który złapie piłkę na czwartym-piątym metrze, jest już dla mnie ekstra, choć ja wyłapywałem piłki na szesnastym. Tylko, że to były prawdziwe piłki, a nie pociski...

- Niech pan popatrzy, ile dziś jest dobitek. Bramkarz nie wie, gdzie dostanie strzał. W efekcie piłka się odbija, a on musi być zdolny do szybkiej reakcji. Właśnie na tej podstawie można oceniać bramkarzy - nie tylko, jak bronią strzał, bo w 99 przypadkach na 100 odbijają piłkę, ale jeszcze jak radzą sobie z dobitkami. Dlatego ja cenię bramkarzy, którzy potrafią obronić wyplute piłki.

Czyli można powiedzieć, że traktuje pan to jako jedną interwencję?

- Dokładnie. Jedna interwencja w dwóch częściach. Ja musiałem złapać piłkę albo wybić ją do boku, a oni nie są w stanie. Dlatego współczuję im, a gratuluję Platiniemu czy Bońkowi, który też był w komisji technicznej. Można powiedzieć, że są szkodnikami bramkarskimi, zarazą bramkarzy, ale brawo! O to chodzi!

Czyli jest pan zdania, że mamy do czynienia ze stałym trendem?

- Oczywiście! Przecież nie powrócimy do poprzedniej piłki czy dawnych butów. Nie wrócą już czasy, gdy bramkarz łapał piłkę - i to w zęby - po strzale z szesnastu metrów. Dziś nie da się ustawić muru na szesnastym metrze, bo dostanie się gola z 30-40.

Jak bramkarze mogą dostosowywać się do rosnących wymagań, która stawia przed nimi nowoczesna piłka?

- Za moich czasów i mojej piłki wzór bramkarza był prawie taki, jak ja - 190-195 wzrostu. Byliśmy mocni broniąc lewa-prawa w bramce, ale nienajmocniejsi na przedpolu. Ja byłem dobrze klasyfikowany w tym elemencie, bo miałem mocne mięśnie brzucha i jak na swój wzrost, byłem sprawny. A proszę spojrzeć na obecnych bramkarzy - są niżsi, dlatego, że muszą być sprawniejsi. Przy trójwymiarowym sposobie bronienia, a więc z wyjściami na piąty-szósty metr, liczy się każdy ułamek sekundy. Im szybszy, dynamiczniejszy bramkarz, tym lepszy.

Rozmawiał Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama