Reklama

Reklama

Franciszek Smuda: My, Polacy nie mamy prawa narzekać na brak talentów!

- W tej chwili my, Polacy nie mamy prawa narzekać na brak talentów, bo my je mamy! Za moich czasów grało trzech w Borussii, mieliśmy bramkarzy i na tym koniec. A dzisiaj? W samej Serie A gra 13 Polaków, są świetni napastnicy, ciągle ktoś nowy wyskakuje. Jestem spokojny, że Jurek Brzęczek ułoży z tego niezły zespół. Na razie jego krytycy muszą przygryźć jęzor - powiedział Interii były selekcjoner Franciszek Smuda, który od środy przejmuje drugoligowego Górnika Łęczna.

Zapraszamy na II część wywiadu z Franciszkiem Smudą. Wczoraj opublikowaliśmy I część, w której były selekcjoner opowiadał m.in. o tym, jak pokonał kłopoty z kontuzją kolana i dlaczego jeden z najbardziej utytułowanych polskich trenerów przyjął ofertę z trzeciego poziomu rozgrywkowego, czyli z II ligi.

Reklama

Michał Białoński, eurosport.interia.pl: Porozmawiajmy o reprezentacji Polski. Selekcjoner Jerzy Brzęczek zaczął od Ligi Narodów, która była jego przetarciem. Spadliśmy z Dywizji A, ale też w starciach z Portugalią, czy Włochami nie byliśmy faworytami.

Franciszek Smuda, były selekcjoner reprezentacji Polski: - Nie ma co robić tragedii. Niemcy też spadli z tej Dywizji, oni też budują nowy zespół. My nie musieliśmy robić totalnej przebudowy, bo prawie wszyscy zostali, za wyjątkiem Łukasza Piszczka. Nasi reprezentanci, nawet ci starsi, to nie są jeszcze oldboje. Jurek Brzęczek nie musiał robić takiego totalnego przemeblowania jak ja, gdy po Beenhakkerze wielu zawodników skończyło karierę, bądź zamierzało to zrobić. Jurek miał gotowy zespół po Nawałce i - niemal niezmienionym składem - mógł walczyć o pozostanie w Dywizji A Ligi Narodów, bo to też się liczy, mimo wszystko. 

Joachim Loew jest strasznie krytykowany za to, że spadł z Dywizji A. Czytam regularnie "Kickera", to widzę co się dzieje. U nas przyjęło się: "Ok, spadliśmy, ale nie róbmy tragedii, bo ważniejsze są kwalifikacje do mistrzostw Europy, więc trzeba zaakceptować porażkę w Lidze Narodów". Podejrzewam jednak, że nie wszyscy chcą zaakceptować degradację, bo piłkarze mają ambicję.

Trudno mi powiedzieć, jakie trener Brzęczek ma teraz wyobrażenie o reprezentacji, jak on ją chcę zmontować pod kątem wiosennych eliminacji do Euro. Być może po tych czterech meczach, które są za nim i tych dwóch listopadowych z Czechami i Portugalią, wyłoni mu się obraz reprezentacji, jaką będzie chciał grać na wiosnę przyszłego roku. Tylko tak można na kadrę patrzyć. Nie można powiedzieć Brzęczkowi, że na razie to wygląda źle. Trzeba mu dać czas i zaufanie na ułożenie klocków.

Nie sądzi pan, że selekcjoner sam sobie wydłużył tę układankę, bo za bardzo kombinował przy taktyce? Przed pierwszym meczem z Włochami w Bolonii zapowiedział, że naszym bazowym ustawieniem będzie 1-4-5-1. Ono też dało dobry wynik w pierwszym meczu z Włochami. Później próbowaliśmy grać bez skrzydłowych i nie wyglądało to dobrze.

- Być może chciał sprawdzić inne rozwiązania, by się przekonać, które jest najlepsze. Ja pamiętam nasz mecz z Włochami, jaki rozegraliśmy we Wrocławiu. Od początku zgrupowania zapowiedziałem chłopakom, że będziemy ćwiczyć wysoki pressing, na tle tak silnego rywala. Przez pół godziny Włosi nie zbliżyli się do naszego pola karnego, dopiero później Balotelli z dystansu wrzucił za kołnierz piłkę Wojtkowi Szczęsnemu. Ale myśmy niczego nie żałowali, bo zależało nam na sprawdzeniu pressingu, na jego poprawie, a nie na wyniku. Nie zmienialiśmy nic w przerwie. Gdybym wtedy wycofał się z pressingu, zaczął kombinować, to zawodnik by pomyślał: "Widzisz nie udała mu się taktyka, a ja na tym cierpię". Konsekwencja jest bardzo ważna. W tamtym meczu z Włochami mieliśmy tyle fantastycznych odbiorów, do dziś mam fragmenty na płytce DVD i czasem sobie oglądam.

Wracając do dzisiejszej kadry, podejrzewam, że Jurek chciał spróbować różnych rozwiązań. Będąc na jego miejscu, w pierwszych dwóch meczach po Nawałce, grałby to co u Adama funkcjonowało, czyli 1-4-5-1. Nowa miotła mogła to ożywić. Mogła, ale nie musiała.

Mamy jednak teraz kilka niepokojących zjawisk. Brakuje nam klasowych skrzydłowych, a Kuba Błaszczykowski z Kamilem Grosickim wieczni nie będą, środek drugiej linii nie jest też zabezpieczony tak dobrze jak w najlepszym okresie Grzegorza Krychowiaka i Krzysztofa Mączyńskiego.

- Ogólnie w tej chwili my, Polacy, nie możemy narzekać na brak talentów, bo my je mamy! Za moich czasów grało trzech w Borussii, mieliśmy bramkarzy i na tym koniec. A dzisiaj? W samej Serie A gra 13 Polaków, są świetni napastnicy, ciągle ktoś nowy wyskakuje. To jest bardzo pozytywne. Nie mamy prawa narzekać! Jestem spokojny, że Jurek Brzęczek ułoży z tego potencjału niezły zespół. Na razie krytycy muszą jęzor przygryźć i czekać na efekty pracy selekcjonera.

Pije pan pewnie do tych, co go krytykowali go za samo powoływanie Kuby Błaszczykowskiego, który nie gra w swym klubie?

- Ja tego chłopaka znam i tu powiem szczerze - biorę go w obronę. Czy selekcjoner jest wujkiem czy nie, to Kuba jest piłkarzem takiego charakteru, takich umiejętności, że on zasługuje na powołanie. O tym, że selekcjoner jest przypadkowo jego wujkiem nie powinniśmy nawet rozmawiać, bo to nieeleganckie. Gdyby nawet Kuby brat był selekcjonerem, Błaszczykowski zasługiwałby na powoływanie, bo ma szalone wręcz ambicje gry dla Polski. Jasne, po kontuzjach nie ma jeszcze tej formy, ale techniki, doświadczenia mu nie odbierzesz.

Ostatnio odżył temat ewentualnego powrót do Wisły Kuby Błaszczykowskiego, co mogłoby nastąpić już zimą. Sądzi pan, że to realne?

- W piłce wszystko jest możliwe. I ewentualny powrót Kuby do naszej Ekstraklasy nie oznaczałby, że on nie zasługuje na kadrę. Ta nasza liga nie jest aż taka katastrofalna, żeby wyróżniających się zawodników z niej nie powoływać.

Łapie się pan za głowę, gdy widzi, co się stało z Lechem Poznań od momentu, gdy grał pan z nim w pucharach? Teraz nakłady jeszcze większe, za trenerem trener, a wyników nie ma.

- Nie chcę dotykać tylko Lecha, powiem ogólnie o wszystkich zespołach. Największe znaczenie u każdego menedżera klubu czy trenera jest szybkie rozpoznanie umiejętności piłkarskich poszczególnych zawodników. Jeżeli ten proces nie przebiegnie szybko i właściwie, to zbudowanie zespołu eksportowego trwa bardzo długo, a czasem w ogóle się nie udaje. Składanie takiej ekipy musi być z myślą o rywalizacji w Europie, a nie tylko o grze w Ekstraklasie. Na przykład taki zawodnik jak Pedro Tiba z Lecha ma ponadprzeciętne umiejętności, ale on jest tylko jeden. Do niego trzeba dokładać kolejne ogniwa i wtedy stworzysz zespół eksportowy. Jeżeli tego nie zrobisz, tylko zaczniesz kombinować, że może ten, czy tamten odpali, to sam zwiększasz ryzyko, że to się nie uda. 

W klubach takich jak Lech nie masz nigdy czasu na spokojną budowę. Wszyscy pamiętają, że "Kolejorz"  był europejskim zespołem, każdy w Europie go znał. Tym bardziej po tym, jak "Lewy" nam w Poznaniu wypalił. Gdzie nie pojechaliśmy, to wiedzieli: "Oni mają znakomitego napastnika Roberta Lewandowskiego i dobrze grają, w tym Lechu jest dobra muzyka". To od trenera w sporej mierze zależy jak buduje i czy osiągnie europejskie puchary. Są kluby, które nie mają możliwości finansowych, aby się szarpnąć na puchary, ale z pewnością nie dotyczy to Lecha, Legii czy Zagłębia Lubin.

Sęk w tym, że ten potencjał jest często marnowany poprzez złą politykę sportową, transfery takie jak Eduardo do Legii. Chorwacki trener i dyrektor sportowy biorą swego rodaka, po tym jak ten nie znajduje zatrudnienia w kraju, bo wszyscy widzą, że już nie to zdrowie u świetnego niegdyś piłkarza.

- Dlatego trzeba zwracać uwagę na kontakty na linii menedżer zawodnika, dyrektor sportowy, trener. Ale najwięcej zależy od trenera. Gdy ja byłem w Lechu, menedżerowie podsyłali wiele wynalazków. Ja jednak wszystkie piłkarskie "kaleki"  blokowałem. Mówiłem prezesowi: "Z takimi piłkarzami nie zrobimy wyniku". Na koniec sam prezes Jacek Rutkowski mówił: "Wiesz, ty masz nosa. Mów, kogo mamy brać". Ostatnio Lech również nie szczędził na transfery, dał przykład, sprowadzając Pedra Tibę.

Jego rodak Amaral nie podoba się panu?

- Nie, Amarala bym nie brał. Spośród ostatnio sprowadzonych zawodników tylko Tiba gwarantuje jakość. Ja również, idąc do Górnika Łęczna, mam prosty cel: budować mocny zespół, z myślą o awansach. Na razie za skromne środki, te poważniejsze warto odłożyć na później, gdy już się uda wrócić do najwyższej ligi, żeby wystarczyło nie tylko na Ekstraklasę, ale też na coś więcej. Już teraz do Górnika bardzo chce przyjść Mateusz Cetnarski, który ostatnio był w Cracovii, a ja go miałem w reprezentacji Polski, podczas wyprawy na Puchar Króla do Tajlandii. Wiem, że kilka miesięcy nie grał, ale można go odbudować. Ma dopiero 30 lat.

Za wyjątkiem legendarnego już bramkarza Sergiusza Prusaka, twarzy znanych z Ekstraklasy w szatni Górnika Łęczna już prawie nie ma wcale.

- Ale jest Łukasz Sasin, który całe życie grał na pozycji prawego obrońcy, bądź prawego pomocnika. Gdy go zobaczyłem, powiedziałem: "Nie! Ten chłopak jest na tyle ruchliwy i piłka mu nie przeszkadza, że on się bardziej nadaje do środkowej strefy".

Jaka była jego reakcja na tę, drastyczną jakby nie było, zmianę?

- Po pierwszym meczu powiedział: "Trenerze, dlaczego pana nie spotkałem wcześniej, bo ja bym inną karierę zrobił, a tak mordowałem się". Tu ma pan przykład na to, o czym mówiłem wcześniej - właściwe odczytanie możliwości i potencjału zawodników, przy budowie silnego zespołu.

Jak wyglądają niższe ligi w Polsce? Widać tam utalentowanych piłkarzy?

- W okresie pracy w Widzewie zauważyłem, że w każdej drużynie trzecioligowej widziałem utalentowanych zawodników. W trzeciej lidze muszą grać młodzieżowcy, więc nawet kluby, które tego nie chcą, wystawiają ich. To były takie talenty, że przy dobrym oszlifowaniu ich można było osiągnąć zawodnika na miarę Ekstraklasy. Inna sprawa, czy te talenty są właściwie prowadzone. Często bywa tak, że dopóki jesteś młodzieżowcem, to stawiamy na ciebie, ale jak już kończysz ten wiek, to dziękujemy za uwagę, możesz sobie iść w diabły.

Proszę podać jakieś nazwisko talentu z niższej ligi, jaki wpadł panu w oko.

- Uważałem, że bardzo dużym talentem jest Adam Radwański, który z Widzewa trafił do Rakowa. Doradzałem mu, aby został, bo w ten sposób mógłby kontynuować rozwój. Ale znalazło się dwóch doradców, którzy mu naopowiadali, że lepiej dla niego będzie przejść do Częstochowy. Skończyło się tak, że teraz chłopak siedzi na ławce albo gra ogony. Szkoda jego potencjału. Na razie wygląda na to, że popełnił błąd, ale trzeba jeszcze poczekać na ostateczny osąd, bo nie wiadomo jak to się rozwinie. Na pewno ostatnie miesiące ma zmarnowane, bo zamiast grać coraz więcej, brać odpowiedzialność na siebie, siedzi na ławce (wywiad był przeprowadzany w piątek, tymczasem w sobotnim meczu Rakowa, z Wigrami, Radwański rozegrał 90 minut po raz pierwszy od 3 sierpnia - przyp. red.).

Trochę przypomina to przygodę piłkarzy, którzy za wcześnie wyjeżdżają na Zachód - najbardziej dobitnym przykładem jest Bartosz Kapustka, po czym giną na ławce rezerwowych.

- Nasi młodzi chłopcy głupieją pod wpływem menedżerów, doradców. Żaden z tych agentów nie zastanawia się nad tym, co się stanie, jak piłkarz przestanie grać po zmianie klubu. Menedżerowie mają swój biznes na tych zmianach klubów ich podopiecznych i tylko to się liczy. Zresztą nie tylko u nas - na całym świecie też tak to działa. Żal mi zwłaszcza młodziutkich chłopaków. 

Niedawno dzwoniła do mnie matka, której syn w wieku 13 lat gra na Podhalu, jest niesamowicie utalentowany. Zwierzyła mi się, że zgłaszają się do niej kluby pierwszoligowe i chcą brać syna, do szkoły i na treningi.

Co jej pan doradził?

- Odpowiedziałem: "Proszę pani, to jest jeszcze dziecko. Puszczając go teraz gdziekolwiek zniszczy go pani. Niech on sobie gra jeszcze w swoim klubie, przynajmniej do momentu ukończenia 15 lat." Pamiętam, że w Lubinie Piotrka Zielińskiego braliśmy do pierwszej drużyny właśnie wtedy, gdy miał 15-16 lat. Niemal co tydzień grał z nami sparingi, wchodził na 15-20 minut i trenował z pierwszym zespołem prawie codziennie. Codziennie nie mógł, bo chodził jeszcze do szkoły. Tak samo ten talent z Podhala powinien jeszcze dwa-trzy lata pograć u siebie, chodzić do szkoły, bo jak wyjedzie już teraz z domu, to go zniszczą i tyle z tego będzie. Wiadomo, jak z takimi młokosami bywa. Jeden ma mocny charakter i nie da się wciągnąć w jakieś głupoty, a drugi niekoniecznie.

Wracając do talentów, jakie zauważyłem w trzeciej lidze, to przypomniałem sobie jeszcze lewego obrońcę o nazwisku Pigiel, na imię ma Marcin. Do Widzewa wypożyczyliśmy go z Jagiellonii, on rozwijał się niesamowicie, wręcz fantastycznie. Za mojej, dziesięciomiesięcznej kadencji grał wszystkie mecze. Ostatnio nie widzę go w składzie.

Wielu talentów my trenerzy nie zauważamy, albo przez presję wyniku nie stawia się na nich i w ten sposób się ich demoluje. Często młodzież totalnie rezygnuje z piłki, gdyż nie widzi w niej żadnej perspektywy. Dlatego apeluję do trenerów, aby zwracali uwagę na młodych, warto dawać im szansę. Tym bardziej, że teraz do piłki garnie się niesamowicie dużo dzieci i młodzieży. Widzę to u Mirka Szymkowiaka i Tomka Frankowskiego, w ich Akademii Piłkarskiej 21. Gdy rozpoczynali tę inicjatywę, mieli 30 chłopaków, teraz mają ich ponad 500. Dlatego warto mądrze zarządzać później tym narybkiem, żeby go nie niszczyć.

Rozmawiał: Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Franciszek Smuda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje