Reklama

Reklama

Fascynujące oblicze kadry Smudy

Co powiedzieć o reprezentacji Polski, która gra brzydko i wygrywa? Że zawsze to 100 razy lepiej, niż miałaby grać brzydko i przegrywać.

Strzał Roberta Lewandowskiego był jak błyskawica oświetlająca drogę w ciemności zagubionym wędrowcom. W meczu z solidną drużyną Norwegii piłkarze Franciszka Smudy uczepili się szybko zdobytego prowadzenia, zapominając, że według obiegowych teorii, wynik w sparingu jest tylko sprawą drugorzędną. Przez 70 minut Polacy ćwiczyli więc wyłącznie grę obronną, pressing, odbiór piłki, przeszkadzanie rywalom - czyli to, do czego najczęściej zmuszana była nasza reprezentacja w ostatnich 25 latach.

Reklama

To było jednak do przewidzenia, że po serii ośmiu meczów bez zwycięstwa między majem i październikiem 2010 roku, piłkarze Franciszka Smudy zaczną obsesyjnie wręcz myśleć o wynikach. Tymczasem ich sytuacja jest o tyle niewdzięczna, że pierwszy mecz, w którym rezultat będzie sprawą narodową rozegrają dopiero na otwarcie Euro 2012.

A póki co: ćwiczyć, uczyć się czy wygrywać? Najlepiej wszystko naraz. Smuda obiecywał kibicom drużynę potrafiącą nie tylko bronić wyniku 1-0, ale także mającą charakter i odwagę grać bez kompleksów. Trzymający za słowo selekcjonera fani mogą być odrobinę zawiedzeni wczorajszym meczem, bo po golu Lewandowskiego bramka norweska przestała graczy Smudy w ogóle interesować.

Drużyna przełamuje bariery

Zwycięstwo drugorzędne od strony praktycznej, może być jednak kluczowe od strony psychologicznej. W końcu: czego będą oczekiwali kibice podczas Euro 2012? Żeby ich drużyna przełamywała bariery wygrywając z lepszymi od siebie. To właśnie udało się wczoraj. Norwegowie zajmują w rankingu FIFA wysokie, 11. miejsce, prowadzą w swojej grupie eliminacji Euro 2012 wyprzedzając Duńczyków i Portugalczyków, mają w zespole kilku piłkarzy obytych w wielkich klubach.

Tymczasem Wojciech Szczęsny grał w kadrze drugi mecz, Kamil Glik ósmy przypominając sobie smak zwycięstwa pierwszy raz od marca 2010 roku. Co to jednak znaczy wobec cierpliwości Arkadiusza Głowackiego, który poprzednie spotkanie w reprezentacji wygrał w listopadzie 2005 roku! Był to zresztą sparing z Estończykami w Ostrowcu Świętokrzyskim, a polski stoper pojawił się na boisku dopiero w 62. minucie.

Byłaby to jedna z najbardziej niezwykłych historii w naszym futbolu, gdyby po traumatycznych wpadkach z Anglią w 2004 roku w eliminacjach MŚ (zawalony gol na 0-1 i samobój na 1-2) oraz dwa lata później z Finlandią w kwalifikacjach do Euro 2008 (czerwona kartka), 33-letni piłkarz, uznawany od zawsze za wielki, niespełniony talent, zdziałał coś znaczącego na turnieju rozgrywanym w Polsce.

Obywatel Roger

Swoją szansę na powrót dostał także zaginiony ostatnio obywatel Roger Guerreiro przypominając, że dla niego liczą się nie tylko polskie mistrzostwa Europy, ale też rozgrywany dwa lata później w rodzinnej Brazylii mundial. Wczoraj, w 78. min Roger wszedł za Ludovica Obraniaka, co tworzy niepisaną regułę, że optymalny stan drużyna Smudy osiąga wtedy, kiedy jej mózg nie myśli po polsku.

Największą dumą selekcjonera mogą być jednak trzej dortmundczycy: Lewandowski, Piszczek i Błaszczykowski kroczący po tytuł mistrzów Niemiec. Wczoraj bohaterem był ten pierwszy. Zagrał za plecami Ireneusza Jelenia, by przekonać, że potrafił nie tylko zdobywać gole, ale nawet wspierać kolegów z obrony.

W sumie nie da się więc powiedzieć, że drużyna Smudy jest nudna i niewiele się w niej dzieje. Czy zwycięstwo po mało efektownej grze nad Norwegami mogło jej pomóc? Z całą pewnością nie powinno zaszkodzić.

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje