Reklama

Reklama

El. Euro 2020. Reprezentacja Polski: Jest znakomicie, a nawet wręcz przeciwnie

Po pierwszych meczach reprezentacji w kwalifikacjach do Euro 2020 mamy do czynienia z zupełnie nowym zjawiskiem. Drużyna gra zdecydowanie poniżej oczekiwań, ale zdobywa punkty. Komplet punktów. Na dodatek, nie traci bramek. Dlaczego jest tak dobrze, skoro jest tak źle?

Na początek warto wyjaśnić jedną kwestię: czy ktoś chciałby widzieć reprezentację w tych dwóch spotkaniach przeciwko Austrii i Łotwie, grającą efektownie, z polotem i przyjemnie dla oka, ale żeby na końcu okazało się, że punktów w tabeli brakuje? Pytanie wydaje się retoryczne. Zresztą, działa tu mechanizm, który - zachowując wszelkie proporcje - przeżyli niedawno aktualni mistrzowie świata. Wielu narzekało na mało porywający styl Francuzów, gdy wygrywali mundial, ale dzisiaj to oni mają w gablocie kolejny puchar i Deschamps w życiu nie zamieniłby go na piękną grę, która mogłaby takich efektów nie przynieść. Mimo naprawdę licznych głosów krytyki.

Reklama

Wracając do naszej kadry, w kwalifikacjach Euro chodzi o punkty, bo one dają awans do turnieju finałowego, a taki jest przecież zasadniczy cel reprezentacji na ten rok. W grupie, która - mówiąc dyplomatycznie - nie jest najsilniejsza, grzechem byłoby przepuścić taką okazję, potykając się z niżej notowanymi rywalami. Wynik bierze więc górę nad stylem, nie ma żadnych wątpliwości, a tym bardziej na tym etapie rozgrywek, dając niemal wymarzony start.

W wypadku kadry Brzęczka dochodzi jeszcze jeden istotny element, psychologiczny. Po jesiennych meczach, w których nie było choćby jednej wygranej, ani czystego konta w żadnym przypadku, ta ekipa potrzebowała odblokowania. Przede wszystkim zwycięstwa. A że przy okazji udało się też dwa razy zagrać bez straty gola i wyrobić sobie przewagę nad rywalami, to tylko wartość dodana.

Dlaczego Brzęczkowi zaszkodził mecz z Włochami?

Skąd się zatem biorą narzekania - w dużej mierze słuszne - na postawę drużyny narodowej? Co najmniej z dwóch rzeczy. To pokolenie stać na więcej. Dużo więcej, niźli tylko chaotyczne budowanie mało składnych akcji (poza bardzo nielicznymi wyjątkami) i liczenie na błysk geniuszu Lewandowskiego, Piątka czy choćby Milika albo Zielińskiego. A poza tym, jak tu nie mieć wysokich oczekiwań, skoro czołowi zawodnicy występują na co dzień w porządnych klubach i grają tam pierwszoplanowe role?

Już jesienią pisaliśmy, że Jerzy Brzęczek zaczął za dobrze; że rozbudził nadmierne oczekiwania całkiem przyzwoitym wynikiem z Italią w Bolonii. Z czasem okazało się, że ten obraz był trochę skrzywiony. Włosi wcale nie byli aż tak bardzo wymagający, a reprezentacja nowego selekcjonera została oceniona zbyt pochopnie na podstawie jednego spotkania. Trochę jej to zaszkodziło, co widać nawet z dzisiejszej perspektywy, bo odniesienia do tamtego bolońskiego wieczoru są cały czas obecne. Niepotrzebnie. Innymi słowy, Brzęczek i spółka gonią coś, co niekoniecznie nadaje się na punkt odniesienia.

Takiego meczu - coś na wzór potyczki z Niemcami selekcjonera Adama Nawałki - ta kadra jeszcze nie rozegrała. I na pewno nie można za taki uznać wiedeńskiej batalii z Austrią, nawet jeśli zakończyła się ona wiktorią. Tak jak z dużo słabszą Łotwą, za dużo rzeczy szwankowało i ciągle budzi uzasadnione obawy, gdy naprzeciwko stanie groźniejszy przeciwnik.

Drużyna ciągle poszukiwana

O tym, że nie mamy drużyny w pełnym tego słowa znaczeniu, nie trzeba przekonywać. Można to nawet zobrazować. Najbardziej rzucają się bowiem w oczy duże - rzadko spotykane na tym poziomie - przestrzenie na boisku między poszczególnymi formacjami, powodujące, że nie ma naturalnej ciągłości w grze. Znakomite podanie Krychowiaka do Lewandowskiego na Stadionie Narodowym, które - gdyby zakończyło się golem kapitana - mogło być wizytówką ostatnich dwóch spotkań, tak naprawdę tylko przysłania coraz większy problem w środku pola. Trochę nieoczekiwany, bo Krychowiaka i przede wszystkim Klicha stać na więcej, a po raz kolejny obydwaj spisali się co najmniej słabo. Jeśli ekipa grała za wolno, to źródeł należy szukać głównie w środku pola.

Ale drużynowe niedociągnięcia widać też wyraźnie na bokach. Selekcjoner przekonał się jesienią, że bez klasycznej gry skrzydłami daleko nie poleci, problem w tym, że współpraca po bokach pozostawia bardzo dużo do życzenia - czy biegają tam Kędziora, Reca, Grosicki albo Zieliński, któremu trener Ancelotti znalazł w Napoli nową pozycję, nie jako "10", co też może dawać do myślenia. Lepiej jest z Bereszyńskim, ale ten gra na nieswojej pozycji, bo po prawej stronie czuje się zdecydowanie lepiej.

Takie są realne niedociągnięcia tej ekipy, wręcz kłujące w oczy, po miesiącach prób i błędów.

Z drugiej strony, trudno przekonywać, że Brzęczkowi sprzyjało tylko szczęście. Środek obrony i atak to mocne atuty reprezentacji, którym selekcjoner dał szansę, aby się rozwijały. Nie chodzi o Glika i jego twardość w grze, to jest wiadome od dawna, ale bardziej o Bednarka, który dzięki zaufaniu w reprezentacji zaczął regularnie grać w Southampton i nabrał większej pewności. Z przodu Lewandowski z Piątkiem obalili tezę, jakoby nie mogli grać razem. Mogą. Tak samo jak możliwa jest delikatnie zmodyfikowana pozycja dla kapitana, w roli nieznacznie cofniętego rozgrywającego.

To zalążki czegoś nowego - pewnie zbyt rzadko widoczne, to prawda - ale może warto jeszcze trochę poczekać na lepszy styl i przyjąć, że to jest proces, na pewno trudniejszy niż na co dzień w klubie?

Tym bardziej, że w tabeli wszystko się zgadza. Brzęczek znowu kupił sobie niezbędny czas, księgując komplet punktów.

Wyniki, terminarz i tabela "polskiej" grupy eliminacji Euro 2020

Remigiusz Półtorak

Dowiedz się więcej na temat: reprezentacja Polski | Jerzy Brzęczek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje