Reklama

Reklama

El. Euro 2020. Kamil Glik, nadkruszona skała trzyma się mocno

Nie ma co ukrywać, od jego postawy będzie wiele zależało w zaczynających się w Wiedniu kwalifikacjach do Euro. Kamil Glik ma trudny sezon, najtrudniejszy dotychczas, od kiedy wskoczył na najwyższy poziom, ale wraca do gry. Dosłownie i w przenośni.

W listopadzie, na ostatnich meczach kadry, go nie było. Przez kontuzję. A chwilę wcześniej i chwilę później bywało różnie. Poprzedni sezon zakończył się fatalnie - walką z czasem o odbudowanie kontuzjowanego barku, by zdążyć do samolotu lecącego na mundial, nowy zaczął od katastrofy na boisku - Monaco długo nie mogło wyjść z kryzysu pchającego wicemistrzów niechybnie w kierunku II ligi.

Reklama

A przecież rzut okiem na ostatnie dokonania na dużych imprezach pozwala na dość oczywistą konstatację. Trochą skrótową, to prawda, ale jednak. Z Glikiem na Euro 2016 nasza defensywa była niemal nie do przejścia, bez niego na mundialu w Rosji (a przynajmniej bez jego normalnej dyspozycji) obrona się posypała już na początku.

Można oczywiście przypominać, nawet trzeba, że kluczowe mecze w Lidze Narodów (z Portugalią i Włochami u siebie) nie były wybitne w wykonaniu Glika, ale to wciąż jest kluczowy zawodnik w talii Jerzego Brzęczka. Szczególnie teraz, gdy najtrudniejszy okres ma już za sobą.

- Ten sezon nie jest dla mnie łatwy. Jestem jednak przekonany, że to czas przejściowy i Monaco na właściwe miejsce w Ligue 1. Gram w wielkim klubie i jestem z tego dumny. Najważniejsze, że w końcu wyszliśmy z kryzysu i zaczęliśmy wygrywać - mówi Polak.

Fabien Pigalle, dziennikarz "Nice-Matin", który na co dzień obserwuje Polaka w Monaco zwraca uwagę na jeden ważny element. - W grze Kamila widać poprawę w ostatnich tygodniach. Powrót Jardima wyraźnie dobrze mu zrobił. Thierry Henry, stawiając na trójkę środkowych obrońców, za bardzo chciał, żeby Glik brał udział w akcjach ofensywnych. Ze starym trenerem może skupić się na defensywie, na tym, co lubi najbardziej.

Pigalle podkreśla też coraz lepsze zrozumienie na środku monakijskiej obrony. - To jeden z ważniejszych punktów powolnego odradzania się drużyny. Kamil gra najczęściej z młodym, ale niezwykle utalentowanym Benoît Badiashile'm, który jest szybki i dobrze potrafi wyprowadzać piłkę. Razem tworzą naprawdę coraz lepszą parę - uważa francuski dziennikarz.

Przy Gliku młodsi dobrze się czują

Prawdę mówiąc, to schemat, który się powtarza. Nawet jeśli Glik w ostatnich miesiącach nieco spuścił z tonu i nikt nie pokusi się o stwierdzenie, że jest w trójce najlepszych środkowych obrońców Ligue1 (co wcześniej było na porządku dziennym), to ciągle ma wysoko rozwiniętą umiejętność gry i kierowania na boisku młodszymi kolegami. Najpierw to był Jemerson. Gdy pytaliśmy go przed sezonem o współpracę z Polakiem, mówił, że "dobrze gra mu się o jego boku, że "przed dwa lata wspólnej gry wypracowali wiele automatyzmów", że "dużo komunikują się na boisku". Zresztą, Brazylijczyk w ostatnim - nieoczekiwanie wygranym 1-0 - spotkaniu z wiceliderem z Lille znowu pojawił się w składzie, zagrał na dawnym wysokim poziomie, a w "L'Equipe" pojawiła się notka, że dobrze rozumieli się z Glikiem. Innymi słowy, wróciły dobre wspomnienia.

Ale z Badiashile'm, za nowego-starego trenera, to też jest co najmniej poprawna współpraca. Coraz rzadziej pojawia się już bezradne rozkładanie rąk przy utracie kolejnych goli, a takie sytuacje nie były jesienią aż tak rzadkie.

Glik przeżywał wtedy rzeczywiście najgorszy moment w swojej francuskiej karierze. W spotkaniu Ligi Mistrzów z FC Brugge na początku listopada nie dość, że Monaco poniosło klęskę u siebie (0-4), a Polak dostał fatalne noty za występ, to jeszcze doznał kontuzji przywodziciela; on, który zdawał się być mocny jak skała, o czym świadczyło choćby nadzwyczaj szybkie dojście do siebie po fatalnej kontuzji barku tuż przed mundialem.

Dobra passa od powrotu starego trenera

Współpraca z Henrym, jakkolwiek okraszana zdjęciami we francuskiej prasie, gdy trener obejmował Polaka i tłumaczył mu swoją filozofię, nie była rewelacyjna. Dopiero po powrocie Jardima wiele się zmieniło. Nie jest jeszcze idealnie, to prawda, ale na wzór całej drużyny, Glik - zdaje się - odzyskał więcej pewności siebie. O lutowym meczu z Montpellier chciałby jak najszybciej zapomnieć, bo jego fatalne wejście w samej końcówce sprowokowało karnego dla rywali i ostatecznie remis (2-2) pozbawiający dwóch cennych punktów. O sprokurowanej "jedenastce" z Lyonem - również. Albo jeszcze o niewykorzystanym rzucie karnym w pucharowej potyczce z Guingamp. Z drugiej strony, spotkania z Lille czy wcześniej z Tuluzą czy choćby Lyonem pokazały, że Polak bynajmniej nie zapomniał, jak się gra w piłkę. I że łatwo swojego miejsca nie odda. A gdy Radamel Falcao jest niedysponowany, to chętnie weźmie też opaskę kapitana. To, że od końca stycznia nie zszedł z boiska pokonany, też ma chyba swoją wymowę?

Jakie wnioski z postawy klubowej Glika wynikają dla reprezentacji? Wydaje się, że całkiem konkretne. Jego odrodzenie - nawet jeśli do optymalnej dyspozycji; takiej, którą pokazywał wcześniej, wiele mu brakuje - przyszło w dobrym momencie. Takiego lidera defensywa w kadrze potrzebuje. Mocnego, pewnego siebie, a nade wszystko - doświadczonego.

I drugi element, nie mniej ważny. Przykład Monaco pokazał, że młodsi gracze potrafią przy Gliku zrobić krok do przodu. Jan Bednarek z pewnością nie będzie protestował. Tym bardziej, że błędy w kadrze przydarzały mu się zdecydowanie za często, choć na liczbę minut na boisku nie może narzekać. U nowego trenera w Southampton, Ralpha Hassehuttla, zagrał wszystkie mecze, u selekcjonera Jerzego Brzęczka - również.

Para na kwalifikacje do Euro i być może sam turniej jest zatem już gotowa?

Remigiusz Półtorak

Zapraszamy na relację na żywo z meczu eliminacji Euro 2020 Austria - Polska!

Relację można również śledzić na urządzeniach mobilnych

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Glik | reprezentacja Polski | Ligue 1

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje