Reklama

Reklama

​Dlaczego warto już teraz zmienić selekcjonera?

Osiem miesięcy pracy z kadrą pokazało, że Waldemar Fornalik to dobry trener, ale na poziom ligowy. W reprezentacji zupełnie sobie nie radzi. Z meczu na mecz wymienia po pół zespołu, a ekipa gra bez składu i ładu zarówno w obronie, jak i w ataku. Reprezentacja Polski potrzebuje nowego wodza zanim ostatecznie przegra eliminacje do mundialu.

Powiedzenie lub napisanie czegokolwiek krytycznego na temat Waldemara Fornalika przychodzi z trudem. Pan Waldemar to wrażliwy, kulturalny, inteligentny i grzeczny fachowiec. Można rzec: cichy pan z ulicy Cichej w Chorzowie, nie wadzi nikomu. Ale reprezentacja to nie konkurs na dżentelmena roku. W jej szatni potrzebujemy prawdziwego przywódcy z charyzmą i autorytetem.

Entliczek, pentliczek, co zrobił Piechniczek


Reklama

Waldemar Fornalik selekcjoner był autorskim pomysłem ówczesnego wiceprezesa PZPN Antoniego Piechniczka. Tracący poparcie w zarządzie Grzegorz Lato przebąkiwał o fachowcu z zagranicy. Miał w tym wsparcie swego kolegi z Orłów Górskiego, Jana Tomaszewskiego.

- Po Franciszku Smudzie proponowałem układ koreański. Zatrudniono tam Guusa Hiddinka, który poukładał reprezentację tego kraju, ale asystentów miał koreańskich. Odniósł sukces, odszedł, a tam do dzisiaj jest ten styl utrzymany. Chciałem czegoś podobnego. Byli do wzięcia: Berti Vogts, Sven Goran Eriksson i Avram Grant. Asystentem powinien zostać Maciej Skorża, Michał Probierz lub Waldemar Fornalik. I to byłoby chyba najbardziej rozsądne wyjście - uważa legendarny bramkarz.

Obraniak piątym kołem u wozu

Fornalik pracuje z kadrą od ośmiu miesięcy, ale już popełnił błędy, których szatnia może mu nie wybaczyć. Najpierw, po meczu z Czarnogórą, stał murem za Ludovikiem Obraniakiem, by później poświęcić go na stosie ofiarnym. Ludo został ofiarą słabego w wykonaniu całej kadry meczu z Irlandią.

Na spotkanie z Ukrainą Ludo dostał powołanie, ale na boisko został wpuszczony dopiero po przerwie, gdy przegrywaliśmy 1-3. Był kłębkiem nerwów. Nie potrafił opanować piłki rzuconej mu pod nogi przez Boruca, ani kopnąć do siatki z bliska, gdy podał mu Robert Lewandowski. Widząc tę akcję, selekcjoner łapał się za głowę. Obraniak trzymał się za nią wcześniej, widząc jak traci zaufanie w oczach trenera, który przez cały mecz z San Marino trzymał go na ławce.

"Zostałem potraktowany przez selekcjonera jak piąte koło u wozu. I nie wiem dlaczego. Po raz pierwszy wyjechałem ze zgrupowania reprezentacji Polski z ulgą i radością. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło" - zwierza się Ludo "Przeglądowi Sportowemu".

Zdołowanie Obraniaka, czyli jednego z potencjalnych liderów naszej kadry, to nie ostatni grzech pana Waldemara. Są nim też ciągłe rotacje w składzie. Począwszy od udanego meczu z Anglią, Fornalik wymieniał pięciu piłkarzy przed spotkaniem z Ukrainą, a przed San Marino kolejnych sześciu. W tej sytuacji trudno oczekiwać od drużyny zgrania, wypracowania automatyzmu. Rotacje powodują zamęt.

"Dokonujemy wielu zmian, gdyż szukamy najlepszych rozwiązań dla reprezentacji" - broni się selekcjoner.

Na całym świecie jednak od robienia eksperymentów nie są mecze o punkty, tylko te towarzyskie. Tymczasem na sparing z Irlandią Fornalik nie powołał w ogóle Radosława Majewskiego, co nie przeszkodziło mu w wystawieniu go w pierwszym składzie na Ukrainę. Rozgrywającego, którego nie było w kadrze od ponad dwóch lat. Podobnie było z Marcinem Wasilewskim, którego w spotkaniu z Irlandią Fornalik sprawdził na prawej obronie, by w najważniejszym starciu z Ukrainą wystawić go w środku.

Doświadczenie dwójki defensywnych pomocników? Pięć meczów w kadrze A

Po porażce łatwo się wylicza trenerskie wpadki, ale jaki sens w meczu półrocza, jakim było starcie z Ukrainą, miało ustawienie na środku drugiej linii - u boku niedoświadczonego Grzegorza Krychowiaka (tylko sześć występów w kadrze) - kompletnego żółtodzioba, jakim był Daniel Łukasik!? Wychodząc przeciwko Ukrainie na pozycji defensywnego pomocnika miał on za sobą tylko jeden występ w grających w najsilniejszym składzie "Biało-czerwonych" (przeciwko Irlandii).

Paweł Wszołek w meczu z Anglią zatrzymał Wayne’a Rooneya, ale powołania na Ukrainę już nie dostał.

Co jest największym plusem ośmiu miesięcy pracy z kadrą pana Waldemara? Odkurzenie dla kadry Artura Boruca. Problem jednak w tym, że piłka to nie hokej. Tu bramkarz meczów nie wygrywa.

Ktoś powie, że osiem miesięcy to za krótki okres, by rozliczać jakiegokolwiek trenera, a co dopiero selekcjonera. To prawda, tak samo jak to, że kadra pana Waldemara jest na równi pochyłej. O ile apogeum dla niej był mecz z Anglią, o tyle w późniejszych występach już się staczamy.

Wniosek jest prosty: jeśli chcemy awansować na mundial, powinniśmy już teraz zmienić trenera. Tyle że na lepszego, a takiego w Polsce nie znajdziemy. Odkąd stery w PZPN przejął Zbigniew Boniek obowiązują zasady normalnego biznesu i każdą złotówkę ogląda się dwa razy przed wydaniem, jednak reprezentacja Polski potrzebuje sprawdzonego fachowca z autorytetem i nazwiskiem. Beenhakkera czy Hiddinka naszych czasów, w którego piłkarze będą ślepo wpatrzeni, i za którym pójdą w ogień. Na razie za Fornalikiem idą w ogień w wywiadach, ale nie na boisku.

Ciężki chleb trenera-selekcjonera

Rola selekcjonera nie jest łatwa. Czasu brakuje, zgrupowania są tylko raz na trzy miesiące, więc stworzenie zgranej paczki z grupy 25 piłkarzy zjeżdżających się z całej Europy to twardy orzech do zgryzienia. Na razie takiej paczki nie mamy.

Piłkarze z San Marino poniewierają leżącego Roberta Lewandowskiego i nikt mu nie spieszy z pomocą... To nie do pomyślenia - rywal poniewiera naszego najlepszego piłkarza i nikt za nim nie ruszy w bój?!

Stworzenie nadającej na tych samych falach grupy to jedno, a wyćwiczenie z nią schematów taktycznych to drugie, równie czasochłonne zadanie.

Biorąc pod uwagę wspomniane czynniki, wiadomo, że znalezienie właściwego fachowca nie będzie ani tanie, ani łatwe. Warto jednak podjąć takie kroki, bo inaczej kolejny mundial przejdzie nam koło nosa.

Po ewentualnej stracie punktów  w meczu z Mołdawią może być już za późno. Tendencja, z jaką grała kadra Fornalika w spotkaniach z Urugwajem, Irlandią i Ukrainą, nie daje nadziei na poprawę. Piszę to z bólem serca, ale czas Fornalika już minął, choć pewnie znacznie wcześniej niż powinien.

Wisła "popłynęła" na podobnej zmianie

Sytuacja z uczącym się na błędach selekcjonerem przypomina mi tę z Wisły Kraków sprzed ponad siedmiu lat. W grudniu 2005 roku Werner Liczka zastąpił w krakowskim klubie charyzmatycznego Henryka Kasperczaka. Właścicielowi "Białej Gwiazdy" doradził zatrudnienie czeskiego szkoleniowca Marek Koźmiński. "W Górniku Zabrze robił mi świetną robotę" - zachwalał ówczesny właściciel Górnika, a dzisiejszy wiceprezes PZPN.

Wisła pod batutą Liczki doczołgała się wprawdzie do mistrzostwa Polski, ale z meczu na mecz grała coraz słabiej, choć miała ten sam skład, który z Kasperczakiem nie miał sobie równych w lidze, błyszczał także w Pucharze UEFA. Kibice coraz głośniej gwizdali i protestowali: "Każdy to powie, nie chcemy Liczki w Krakowie".

"To kwestia profesjonalizmu piłkarzy" - komentował Marek Koźmiński, gdy wiślacy pod batutą Liczki tonęli w ligowej szarzyźnie. W jednym pan Marek miał rację. Liczka był naprawdę dobrym trenerem. Był tylko jeden problem - nie trafił we właściwe miejsce o właściwym czasie.

Podobnie jest z Waldemarem Fornalikiem, który nastał po wyrazistym jak mało kto Franciszku Smudzie. Okazuje się, że Fornalik to dobry trener, ale na poziom ligowy.

Gdy reprezentacja przegrywała pod batutą Smudy, część ekspertów twierdziła, że są piłkarze, ale nie ma trenera. Gdy teraz w jeszcze gorszym stylu toniemy w konfrontacjach z Urugwajem, Irlandią i Ukrainą, dowiadujemy się nagle, że nie mamy piłkarzy. Dziwnym trafem liderzy naszej reprezentacji jednak rozwinęli się i w swych klubach błyszczą jak nigdy dotąd.

"Jak to jest możliwe, że w meczu z amatorami z San Marino mamy ponad dwadzieścia rzutów rożnych i wolnych, a nie wynika z nich żadne zagrożenie dla bramki rywala" - dziwią się kibice, którzy coraz bardziej żałują, że przychodzą na mecze Orłów. A to zły znak. "Przed meczem z San Marino nie ćwiczyliśmy stałych fragmentów gry" - szokował Bartosz Salamon.

PZPN za długo wykańczał Leo Beenhakkera

Dla właściwego zdiagnozowania sytuacji, w jakiej znaleźli się 'Biało-czerwoni" po porażce z Ukrainą, warto przypomnieć fakty sprzed czterech i pół roku.

W październiku 2008 roku reprezentacja pod wodzą Leo Beenhakkera prowadziła po golu Ebiego Smolarka w Bratysławie ze Słowacją 1-0, ale po koszmarnych błędach defensywy i Artura Boruca przegrała 1-2. Tak zaczęło się niweczenie szans awansu na mundial w RPA.

Beenhakker za kadencji Laty - a wówczas zaczęły się eliminacje - nie miał już tak mocnej pozycji jak za czasów Michała Listkiewicza. Można nawet odnieść wrażenie, że nowa ekipa, z wiceprezesem Antonim Piechniczkiem machającym żwawo sztandarem "polska myśl szkoleniowa lekarstwem na każdy problem", czekała na jego potknięcie.

W marcu 2009 r. doszło do kompromitacji w Belfaście, gdzie po samobójczym golu Michała Żewłakowa, przy pomyłce Boruca (nie trafił w piłkę) ulegliśmy Irlandii Północnej 2-3. Kilka dni później nastroje wokół kadry uległy poprawie, daliśmy się oślepić zwycięstwem 10-0 nad San Marino.

Eliminacje nie były jeszcze do końca przegrane, ale nikt nie potrafił przerwać niezdrowego układu. Nie było chemii na linii Beenhakker - PZPN, siłą rzeczy odbiło się to na atmosferze w szatni. Leo robił wszystko, by ratować sytuację, ale nic nie wskórał. Wyrzucono go po tym, jak straciliśmy pięć punktów - remisując z Irlandią Płn. w Chorzowie i zbierając lanie 0-3 od Słowenii w Mariborze.

Czy teraz 5-0 z San Marino nie omami nas znowu, że nie jest tak źle i nie trzeba działać?

Autor: Michał Białoński

Co dalej z reprezentacją Polski? Dyskutuj!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje