Reklama

Reklama

Czesław Michniewicz dla Interii: Oni nigdy nie pękali. Zabrakło nam dwóch minut

- Rzecz, która najbardziej mi się podobała w tej drużynie, to fakt, że oni naprawdę nie pękali. Nie bali się nikogo. Powtarzałem im: "Chłopaki, z każdym można wygrać, z każdym zdarzy się przegrać, ale nie można się bać. Idźmy i grajmy najlepiej jak potrafimy!". Oni wierzyli w to, że ta misja "awans na igrzyska" się może udać. Zabrakło nam dwóch minut w meczu Belgia - Hiszpania - mówi Interii trener reprezentacji Polski do lat 21 Czesław Michniewicz. Trener wbił szpilkę Bartłomiejowi Drągowskiemu, któremu nie paliło się do wyjazdu na MME.

Michał Białoński, Interia: Trenerze, opadł kurz po 0-5 z Hiszpanią. Teraz szklanka zdaje się panu do połowy pełna, czy od połowy pusta?

Czesław Michniewicz, trener reprezentacji Polski do lat 21: Ciężko powiedzieć. Sam do końca nie wiem jak na to patrzeć. Odczuwam satysfakcję, gdyż zdobyliśmy sześć punktów, tyle samo co zespół, który awansował z naszej grupy, pokonaliśmy gospodarzy, co zawsze jest trudne, ale moim zdaniem wróciliśmy za szybko do Polski. Ale z drugiej strony, zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Zabrakło trochę farta, czasem on jest potrzebny. Nie chodzi mi o brak szczęścia w meczu naszym, tylko o spotkanie Belgii z Hiszpanią, w którym Hiszpanie na dwie minuty przed końcem strzelili zwycięskiego gola. Gdyby tego nie zrobili, mielibyśmy półfinał w kieszeni i awans na igrzyska przed wyjściem na ostatnie spotkanie z Hiszpanami. Zabrakło dwóch minut. Nie mieliśmy jednak na to wpływu.

Reklama

Mieliście za to wpływ, okazało się, że zbyt mały, na to, co się działo w spotkaniu z Hiszpanami. Porażka 0-5 spowodowała, że wielu kibiców, którzy chcieli stawiać wam pomniki, przesunęło się do  ściany z napisem "hejt, drwiny, obrzucanie błotem". Gdybyście nie sprawili niespodzianki, eliminując w barażu Portugalię, która do Włoch miała jechać po medal, nikt by nie wieszał na was psów, a tak szybko poszły w niepamięć wygrany dwumecze z Danią, pokonanie Belgii i Włochów, którzy jak na razie jako jedyni ograli Hiszpanię. Nie wiem, czy trener pamięta finał Euro 2012, w którym Hiszpanie rozbili jadących na oparach Włochów, a ci z kolei w półfinale pobili Niemców. Nikt we Włoszech nie wieszał psów na Andrei Pirlo i jego kolegach, tylko była "Grande Italia". U nas wystarczy jeden mecz z drużyną spoza zasięgu i jest się zerem.

- Coś w tym jest. Gdy we Włoszech tłumaczyli mi tamtejszą prasę po naszych wygranych z Belgią i Italią, chwalono nas za fantastyczną taktykę i jej realizację. Naszą grę potrafili docenić zagraniczni trenerzy, na czele ze szkoleniowcem Niemców Stefanem Kuntzem. Każdy, kto siedzi w tym, wie jak trudno jest nauczyć takiego grania, jakie my preferowaliśmy, jak to wszystko musi być dograne na centymetry, żeby hulało. Włosi to potrafili docenić, u nich szklanka jest zawsze do połowy pełna.

Ale i u nas otrzymuję wiele gratulacji. Poszedłem na korty, żeby się trochę poruszać. Podchodzili do mnie bardzo zadowoleni z naszego występu kibice. Może drobny, że tak powiem absmak, został, przez słabszy koniec, ale generalnie każdy mówił, że tyle emocji przeżył dzięki nam, a taki był nasz cel: pojechać do Włoch i budzić pozytywne emocje.

Gdybyśmy pojechali i zapowiedzieli, że w tak silnej grupie chcemy zdobyć sześć punktów, to jak by to wyglądało, kto by uwierzył? Gdy Grabara mówił, że jedziemy po mistrzostwo Europy, to wszyscy na niego patrzyli jak na nienormalnego. A niewiele brakowało.... Dwóch minut, ale nie w naszym meczu, tylko w spotkaniu Belgia - Hiszpania. To był klucz dla układu tabeli, który po dwóch dniach mógł nam dać awans na igrzyska.

Czy tym Hiszpanom, którzy wyglądają jak z innej planety, można było postawić twardszy opór?

- Ciężko było o taki. Po prostu byliśmy słabsi. Dobry podał pan przykład Włochów z finału Euro 2012, których również rozjechała hiszpańska tiki-taka.

A czy rywalizacja z nimi mogła wyglądać lepiej, gdyby doszło do niej w pierwszym, bądź drugim meczu, gdy pana chłopaki mieli więcej energii?

- Na początku przygotowań do MME uznaliśmy, że najważniejszy jest mecz z Belgią. Całe przygotowania ustawiliśmy pod to spotkanie. Gdybyśmy szykowali się na pierwszy mecz z Hiszpanią i później siłą rozpędu to by poszło dalej, tak jak poszło po Belgii, to być może byłoby lepiej dla nas. Mielibyśmy więcej energii i sił. Hiszpania była najtrudniejszym przeciwnikiem.

Dlaczego?

- Oni nam nie pozwalali odbudować ustawienia. Gdy tylko odbudowaliśmy szyki, tak szybko rozgrywali piłkę z prawej na lewą stronę, posyłali prostopadłe podania, że nie mieliśmy na to broni. Ta różnorodność ataków była tak duża, a do tego dochodziły groźne strzały z dystansu, których nie doświadczyliśmy z Włochami, że ciężko było znaleźć sposób na zatrzymanie takiego rywala. Wyszedłeś wyżej, to zagrali prostopadle, cofnąłeś się w pole karne, by zagęścić tam pole, to uderzali z dystansu. Zanim padła bramka, to Ruiz obijał nam poprzeczki itd.

Po akcji oskrzydlającej Włosi posyłali piłki na piąty metr, ale "czyścili je" Bielik, Wieteska lub Bochniewicz. Tymczasem Hiszpanie adresowali piłki między dwie linie. Wiedzieliśmy, że będą to stosować, ale robili to tak szybko, że nie byliśmy w stanie nadążyć z wbiegnięciem w tę wolną strefę. W ten sposób straciliśmy trzy bramki.

Podkreślam, wiedzieliśmy, że z takimi akcjami wiąże się zagrożenie, ale nie byliśmy w stanie się przeciwstawić. Czasem gdzieś coś zblokowaliśmy, ale z drugiej strony wracała akcja i znowu była adresowana w to samo miejsce.

Musieliśmy się bronić dużą liczbą zawodników, ale przez to z kolei ciężko nam było wyprowadzić kontry. Ktoś powie: "Niepotrzebnie się tak bardzo cofnęliście", a co masz zrobić innego? To tak samo, jak grasz z kimś w tenisa i ktoś cię obija, trzyma za linią końcową, gania po całym korcie i nie pozwoli podjeść pod siatkę. Tak samo nas, kilka metrów za linią "kortu" trzymali Hiszpanie. Nie cofnęliśmy się świadomie, niemal do własnej bramki, tylko oni nas zepchnęli. Nie mogliśmy się utrzymać przy piłce na środku, bo szybko nam ją zabierali i atakowali nasze pole karne.

Ceballos z Ruizem znaleźliby pewnie miejsce w naszej pierwszej reprezentacji?

- Na pewno. Ruiz jest fantastyczny. On nie zagrał z Belgią, którą ledwo pokonali. Dzięki temu z nami zagrał "na świeżości", miał niemal tydzień na regenerację po meczu z Włochami. Bez niego z Belgią Hiszpanie się męczyli, nie mogli zdobyć bramki. To dużo mówi.

A Ceballos jest piłkarzem z innej planety. On ma wszystko, może poza głową, bo czytałem, że palnął parę głupstw i to się za nim ciągnie, ale piłkarsko to nic mu nie można zarzucić: doskonały strzał, przegląd pola, wspaniałe podania. Ile on widzi, ile sytuacji wypracował. W pierwszej połowie przepchnął piłkę między nogami jednemu z naszych, bodaj Żurkowskiemu, by wprowadzić kolegę w pole karne! Zagrał świadomie, między nogami,  bo zauważył, że ktoś z naszych stoi szeroko. Większość zawodników o takim zagraniu by nawet nie pomyślała, jakie Ceballos wykonał. Ciekawa lekcja. Pokazała, czego nam brakuje.

Gdyby miał pan na boisku Dawida Kownackiego i Bartosza Kapustkę, obu w pełnej formie, szanse byłyby większe?

- Gdy "Kownaś" grał, to dwóch zawodników go kryło i trzeci jeszcze asekurował. Tak było z Belgią i z Włochami. Gdy Dawid wychodził wysoko, to Mancini i drugi stoper Bastoni zostawali przy nim i w pobliżu krążył jeszcze defensywny pomocnik Mandragora. Z Hiszpanią za kontuzjowanego "Kownasia" zagrał Buksa i rywale się go w ogóle nie bali. Najbardziej mi jednak brakowało "Kapiego". Bez niego w meczu z Hiszpanią nie miał kto w tłoku obrócić się z piłką, mając rywala na plecach i wyprowadzić kontrę w dwie-trzy sekundy. Belgowie tak właśnie sobie radzili z Hiszpanami. My tych kontr nie mieliśmy, bo szybko nam piłkę zabierali. Ani "Żurek" (Żurkowski), ani Dziczek, ani Fila, ani Piotrowski nie umieją tego, co "Kapi" pokazywał w meczu z Portugalią, czy Anglią, z którą graliśmy sparing. Bartek nie boi się wzięcia piłki, rywala na plecy, obrócić się z nim i do kontry. Wtedy można zagrać do "Kondzia" Michalaka, czy Szymańskiego i coś z takiej akcji wyjdzie. Natomiast, jeśli podajesz do nich 30 metrów od naszej bramki i chcesz, żeby przebiegli dwie trzecie boiska, dograli, bądź strzelili gola, to oni tego nie zrobią. Zaczynają ustawieni zbyt głęboko. Oni takie podania powinni dostawać na 30. metrze, ale licząc od bramki przeciwnika. Wtedy to ma sens.

Chyba udało się panu zbudować team spirit. Wspólne śpiewanie w szatni przebojów "Tu jest twoje miejsce" i "Nic się nie dzieje" pomogło? Z pieśnią na ustach udało się wkomponować szybko do kadry Bielika, który wskoczył dopiero w końcówce eliminacji.

- Z Bielikiem była fajna historia. Pojechałem do Anglii, do niego i do Grabary, żeby zobaczyć ich w meczu. W poniedziałek Bielik miał grać z Manchesterem City, a w piątek miał grać z Grabarą, z Liverpoolem, ale rozwalił bark. Mimo tego i tak do niego pojechałem i pogadałem. Przez kontuzję nie mógł grać, ale zaprosiłem go na zgrupowanie do Opalenicy. Chciałem, żeby się poznał z chłopakami, bo wcześniej prześladowały go kontuzje albo nie grał w klubie, przez co nie mogliśmy go powołać. Wbrew tym przeciwnościom mieliśmy cały czas kontakt i on czuł, że ja na niego bardzo liczę. On się potrafi odwdzięczyć za zaufanie, ale potrzebuje oparcia w kimś, poczucia, że ktoś myśli o nim pozytywnie i wierzy w niego. Wtedy da ci serce na tacy. Nie miałem z nim żadnego problemu, uważam, że jest fantastycznym chłopakiem do ciężkiej pracy, drzemie w nim niesamowity potencjał.

A atmosfera?
- Ona się budowała nie tylko z pieśnią na ustach, ale też poprzez wyniki. Po wpadkach z Wyspami Owczymi chłopaki mi w szatni płakali, a po pokonaniu Danii też płakali, tylko że z radości. Dwa dni przed zgrupowaniem zrobiliśmy imprezę integracyjną. W Boszkowie, pod czujnym okiem Błażeja Telichowskiego, gdzie nic głupiego nie mogło się wydarzyć, poznali się razem ze swymi żonami, czy dziewczynami, robili wspólnie tratwy, wspólnie oglądnęliśmy finał Ligi Mistrzów, wypili po piwku. Ci nowi Płacheta, czy Fila od razu poczuli klimat tej drużyny. To było fajne, tego najbardziej żal. Oni cały czas powtarzali, że chcą przedłużyć tę przygodę o kolejny rok.

Zresztą "Kapi" miał świetną przemowę przed pierwszym meczem. Poprosiłem go: "Bartek, chodź, powiesz coś chłopakom od serca". I powiedział, że chciałby, aby ta drużyna wytrwała jeszcze rok, żeby on z nią mógł pojechać na igrzyska, że wierzy, iż jesteśmy w stanie to osiągnąć. To był głos rozsądku ze strony "Kapiego". On był mózgiem tej drużyny. Miał największy autorytet, choć to "Kownaś" był kapitanem. Dawid raz był, a raz go nie było, a Kapustka był właściwie cały czas z nami. Dlatego wyrósł na centralną postać drużyny.

Do Włoch pojechał z wami nawet pomimo kontuzji.

- Po wygranej z Włochami szybko zarezerwował sobie bilet, żeby na sobotę być z nami. Miał wracać w niedzielę i znowu zarezerwował sobie lot na półfinał, żeby do nas dolecieć... Miło nam było bardzo, że nam towarzyszył. Po porażce z Hiszpanią chłopcy najbardziej żałowali, że drużyna w takim kształcie już nie będzie istnieć. Nawet żartowaliśmy, że będziemy do "Świdra" (Karola Świderskiego - red.), do Rawicza przyjeżdżać co roku, na benefis: kadra U-21 kontra koledzy "Świdra" z Rawicza. Tak jak Orły Górskiego (śmiech).

Zadbaliśmy o detale. Były gokarty, śpiewy karaoke. Oni się wspaniale z sobą bawią. To była bardzo fajna grupa. Oni wszyscy do siebie pasowali. Gdyby tak nie było, to by się robił problem.

Bartłomiej Drągowski, który przed kontuzją miał niechęć do bycia rezerwowym bramkarzem nie pasował?

- Pomińmy ten temat. Ujmę to krótko: nikt w drużynie po nim nie płakał.

Ale po tym, co pokazał Grabara we Włoszech można powiedzieć, że jego pozycja jest niepodważalna? Intuicja, spokój, dobra gra nogami, świetny na linii, dobry na przedpolu, celne wprowadzenie piłki do gry.

- Do tego duża osobowość. Choć gówniarz jest o trzy lata młodszy od reszty, to zdominował grupę, jak pies obsikał swoje miejsca. Cieszę się, że się obronił. Gdyby przytrafił mu się błąd, byłoby gadanie: "A gdyby był Drągowski...". Dziś o Drągowskim nikt nawet nie wspomina. Co tu dużo mówić, Grabara jest lepszym bramkarzem i ma większy potencjał i bardziej pasuje do tej drużyny. To ktoś wyjątkowy. A powiem panu, że na Twitterze zacząłem go dopiero wczoraj obserwować (śmiech).

Dlaczego tak późno?

- Nie chciałem. Zawsze się  denerwowałem, gdy coś palnął, choć wiadomo, że zawsze ktoś mi podrzucił jego wpisy, ale aż do teraz go nie obserwowałem.

Dużym kozakiem okazał się być Grabara, gdy przed meczem z Włochami zapowiedział zwycięstwo. W Polsce na 36 mln ludzi pewnie mniej niż tysiąc byłoby takimi hurraoptymistami!

- Najlepsze jest to, że jak on to mówi, to zaraża wszystkich taką pewnością siebie. I chyba rzecz, która najbardziej mi się podobała w tej drużynie, to to, że oni naprawdę nie pękali. Nie bali się nikogo. Powtarzałem im: "Chłopaki, z każdym można wygrać, z każdym zdarzy się przegrać, ale nie można się bać. Idźmy i grajmy najlepiej jak potrafimy!". Oni wierzyli w to, że ta misja się może udać. Zabrakło nam dwóch minut w meczu Belgia - Hiszpania.

Rozmawiał: Michał Białoński

Jutro zapraszamy na II część wywiadu

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy