Reklama

Reklama

Bożydar Iwanow: Czego zazdroszczę Węgrom?

Po losowaniu grup eliminacji do Euro 2020 w Dublinie Jerzego Brzęczka uznałem za trenera ze szczęśliwą ręką. Dzięki punktowi w ostatnim meczu pierwszej edycji Ligi Narodów w Guimaraes z Portugalią Polska najpierw utrzymała pierwszy koszyk i w drodze na ME uniknęła gigantów, a potem trafiła na nie najmocniejszych przedstawicieli "drugiego" czy "trzeciego" sortu. Droga na turniej nie była może usłana różami, ale cytując selekcjonera: cel został zrealizowany.

W przypadku starań o mundial w Katarze wiedzieliśmy od dawna, że poprzeczka zawieszona jest o kilka pięter wyżej, bo zamiast dwudziestu czterech uczestników na Euro, do Azji poleci tylko trzynastu przedstawicieli Starego Kontynentu i już tylko ten fakt sprawia, że szanse maleją i to w dość znaczącym stopniu. Poza tym sekwencja wyników w kolejnej Nations League nie pozostawiła złudzeń, że tak jak przed dwoma laty, znajdziemy w się w gronie najsilniejszych. Grupa musiała być mocniejsza niż ta przed ME, do tego tym razem bezpośrednio na turniej awansuje tylko numer jeden.

Reklama

Brzęczek nie miał może tym razem aż takiego fartu jak w stolicy Irlandii, bo zamiast Anglii pewnie wolałby Duńczyków, ale najważniejsze, że ominęła nas średnia przyjemność wizyt w Czechach, Norwegii, Szkocji, a szczególnie u Rosjan, którzy umieszczeni zostali w trzecim koszyku. Umówmy się: przy naszym aktualnym potencjale i tak realnie musimy myśleć o drugiej lokacie w grupie za Wyspiarzami i módlmy się o łaskawy los gdy dojdzie do spotkań barażowych.

Węgrów niby nie powinniśmy się obawiać, piłkarzy mamy lepszych, to nie podlega żadnej dyskusji. W ataku "Madziarów" biega przecież Nemanja Nikolić, który najprzyjemniejszy czas przeżył... w Legii, skąd odszedł w 2017 roku, a dziś jest napastnikiem MOL Fehervaru. Największą karierę zrobił przecież w Polsce, skąd udał się na saksy do Chicago Fire, a nie podbijać Zachodnią Europę.

Więcej aktualności sportowych znajdziesz na sport.interia.pl Kliknij!

"Bratankom" możemy jednak paru spraw zazdrościć. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do nas, mają swój zespół w Champions League, a Ferencvaros po drodze do niej pokonał Celtic Glasgow i Dinamo Zagrzeb, a więc zespoły, które w rywalizacji z naszymi klubami uznawane byłyby raczej za faworytów. Ich liga nie dość, że dużo biedniejsza od naszej, ma sporą grupę reprezentantów kraju, gdy u nas jest ich jak na lekarstwo. W rankingu krajowym UEFA "Bratankowie" patrzą na nas z góry, a grające jesienią przeciw Barcelonie czy Juventusowi "Zielone Orły" mogą się pochwalić tym, że w ubiegłym sezonie grały w fazie grupowej Ligi Europy. Zagłębiając się zatem w tamtejszą piłkę nie wygląda to doprawdy najgorzej.

Obawiać węgierskiej kadry na razie się nie musimy. Pytanie tylko, jak długo pierwsza reprezentacja będzie przykrywać wszystkie inne mankamenty polskiej piłki. Lewandowski, Krychowiak, Bednarek czy Klich coraz częściej lepsze mecze zaliczają w swoich wielkich klubach niż w koszulkach z "Orłem na piersi". "Madziarzy" tego problemu nie mają, bo ich największa gwiazda gra nie w Premier League, Bayernie czy Juventusie Turyn tylko w Austrii. Piłkarzy im nie zazdroszczę. Ale spokoju już tak. Nikt tam nie będzie wyrywał sobie włosów z głowy jak nie uda się awansować. A u nas? Wiemy, co może zacząć się dziać już po pierwszych spotkaniach eliminacji w marcu.

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje