Reklama

Reklama

Boniek: Gdyby zapadła taka decyzja, nie pojechalibyśmy na MŚ do Rosji

- Ingerencja Rosji na Ukrainie wszystkich drażni i boli. Ja powiedziałem, że jeśli ktokolwiek podejmie decyzję, że mamy nie jechać na mundial, to nie pojedziemy. Takiej decyzji jednak nie ma, zatem jedziemy i przygotowujemy się do występu jak najlepiej pod każdym względem - mówi w II części wywiadu dla serwisu eurosport.interia.pl prezes PZPN-u Zbigniew Boniek.

Michał Białoński, eurosport.interia.pl: Gdy zapadała decyzja o powierzeniu organizacji MŚ Rosji pan był przeciwny. Rosja zajęła Krym, wobec tego faktu pan uważał, że to nieporozumienie lokowanie mundialu w kraju agresora. Teraz pan stonował swe wypowiedzi.

Reklama

Zbigniew Boniek, prezes PZPN-u: Stonowałem wypowiedzi? Ja bym tak nie powiedział. Mówiłem i nadal mówię tak jak jest, natomiast nie będziemy się bawić w politykę. Ja nie jestem powołany do oceniania sytuacji w Rosji i na Ukrainie. Oczywiście, mam na ten temat prywatne zdanie, ale by rozwinąć ten temat musielibyśmy zrobić 30-40 minutowy program.

Wiadomo, że ingerencja Rosji na Ukrainie wszystkich drażni i boli. Ja powiedziałem, że jeśli ktokolwiek podejmie decyzję, że mamy nie jechać na mundial, to nie pojedziemy. Takiej decyzji jednak nie ma, zatem jedziemy i przygotowujemy się do występu jak najlepiej pod każdym względem: logistycznym, bezpieczeństwa i sportowym.

MŚ w Rosji, czyli największym obszarowo kraju świata, będą specyficzne. Nie ta komunikacja, co półtora roku temu we Francji, nie te drogi, wizy. Wy będziecie mieli samolot, którym w kilka godzin dotrzecie w każdy punkt, ale dla każdego polskiego kibica dotarcie z Polski do Kazania, na mecz z Kolumbią, będzie nie lada wyzwaniem.

- Logistyka jest trudna, zwłaszcza dla normalnych kibiców, którzy kochają swoją reprezentację. Z drugiej strony wiem doskonale, że nie ma takiej siły, która by odciągnęła Polaków od drużyny narodowej i będziemy mieli wsparcie z ich strony nie tylko w Moskwie, ale też w Kazaniu i Wołgogradzie.

Myśląc o przyszłości reprezentacji trudno o optymizm wobec trendów, jakie obowiązują w polityce transferowej klubów Ekstraklasy. Sprowadzamy głównie zaawansowanych wiekowo i przeciętnych obcokrajowców. Za mało jest podejścia do tematu takiego, jaki prezentuje Górnik Zabrze i jego trener Marcin Brosz. Zabrzanie przede wszystkim szukają talentów wśród Polaków, w niższych ligach, podczas gdy inne kluby mówią, że ich nie stać na dobrych piłkarzy z naszego kraju.

- Wie pan doskonale, że się publicznie nie wypowiadam na temat polityki klubów z Ekstraklasy.

Ale kto powinien lansować modę na młodego, polskiego piłkarza, jak nie pan?

- My to staramy się robić poprzez różnego rodzaju systemy, na czele z Pro Junior System. Podkreślamy, że dla klubu największą wartością są polscy piłkarze, chociażby dlatego, że to właśnie na nich najlepiej można zarobić. Natomiast PZPN nie ma wpływu na politykę jakiegokolwiek klubu. Jesteśmy krajem absolutnie liberalnym, jeśli chodzi o dopuszczanie do gry obcokrajowców. Jedyna regulacja dotyczy graczy spoza UE, których jednocześnie w zespole może przebywać dwóch na boisku, co wcale nie znaczy, że w meczu nie może ich wystąpić czterech, bo przecież w przerwie można dokonać zmian.

Mówiąc o tym, że krzywdzimy np. Ukraińców w stosunku do znajdujących się w UE Chorwatów, ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że wobec przepisów unijnych każdy członek wspólnoty nie jest obcokrajowcem, tylko jest traktowany jak swój. Polskie kluby mogą grać 26 Słowakami, 26 Francuzami, Włochami, czy Hiszpanami. Wszystko zależy od polityki klubów. One są niezależnymi spółkami sportowymi, działającymi zgodnie z kodeksem spółek handlowych, każda z nich zarządza swoim budżetem tak, jak zarząd uważa za stosowne. Pewną poprawę dostrzegam, aczkolwiek o wszystkim decydują ludzie, ich wiedza, know-how, doświadczenie. Jeśli w każdym klubie prezes i dyrektor sportowy będą się znali na piłce, to nie narobią błędów. Ale jak już ktoś robi błędy, to robi, ale ja nie jestem od tego, aby je wytykać. Życzę każdemu klubowi, aby prowadził jak najlepszą politykę i się do tego nie wtrącam.

Ale to przecież takie oczywiste, że najlepiej stawiać na Polaków, bo nie dość, że można dostarczyć Adamowi Nawałce zawodnika do kadry, to jeszcze dobrze na tym zarobić. Zestawienie najdrożej sprzedanych piłkarzy z Ekstraklasy nie kłamie. W pierwszej dziesiątce jest tylko dwóch piłkarzy spoza Polski: Słowak Ondrej Duda i Brazylijczyk Marcelo Guedes.

- Oczywiście, w ostatnim dziesięcioleciu miliony zarabiało się tylko na polskich piłkarzach. Bardzo mało było takich przypadków, kiedy do Polski został zakupiony piłkarz, którego się udało później sprzedać ze znacznym zyskiem. Jeżeli już przychodzą, to tacy, którzy są lekko "wygrani" i trzeba ich odbudowywać, natomiast młodych, bardzo utalentowanych zawodników z zagranicy właściwie nie ma. Ostatnim takim talentem był faktycznie Ondrej Duda w Legii.


Z niemałym zyskiem Wisła sprzedała do Włoch byłego młodzieżowca z Chorwacji Petara Brleka.

- Brawo. Natomiast najlepiej się zarabia na polskich piłkarzach.

Czyli PZPN nie może nic więcej, żebyśmy mieli więcej Górników Zabrze, w których cieszą grą młodzi rodacy?

- Spokojnie. My chcemy, żeby było więcej Górników, Lechów, Legii, Piastów Gliwice. Każdy klub działa w określonej rzeczywistości, środowisku. To nie jest tak, że centrala ma tu jakiś ból głowy. Każdemu życzymy dobrze.

Było i wciąż jest niemałe grono przeciwników VAR-u w Polsce, tymczasem te pierwsze miesiące z systemem pokazały, że w ekspresowym tempie udało się trafić, jeżeli nie w "dziesiątkę", to w "dziewiątkę".

- W "dziesiątkę".

Brakuje jednak komunikacji dla kibica siedzącego na stadionie, żeby on wiedział, co jest analizowane i dlaczego zapada taka, a nie inna decyzja. Kibic na stadionie widzi tylko komunikat: "Trwa weryfikacja VAR".

- Nie oszukujmy się. To zostało również poprawione. Kibic oglądający w telewizji spotkanie od razu dostaje powtórkę, na podstawie której decyzja sędziego została zmieniona. Między naszym wozem VAR-u, a tym, który produkuje sygnał dla telewizji, jest pełna komunikacja. Nie myślmy o tym, że u nas sędzia, wzorem rozgrywek amerykańskich lig NHL czy baseballowych, powie do kibiców na stadionie dajmy na to w Poznaniu: "Proszę państwa, sprawdziłem zapis wideo, nie było karnego dla Waszej drużyny" i wszyscy zareagują: "O, jak fajnie nas uświadomił". My nie jesteśmy NHL, ani futbolem amerykańskim. Piłka nożna ma zupełnie inną dynamikę. Cały czas staramy się tłumaczyć, po co został wprowadzony.

Z jakiego powodu?

- Nie po to, aby wyeliminować wszystkie pomyłki sędziego, bo to niemożliwe. Chodziło o to, abyśmy wychodzili ze stadionów z pewnością, że błędy sędziów wpływające na wynik meczu się nie zdarzyły. I to VAR nam gwarantuje. Oczywiście, wokół systemu będzie cały czas polemika, bo piłka rodzi dyskusję. Piłka jest grą kontaktową, można wejść w przeciwnika ciałem, pchnąć go barkiem.

VAR to nie jest nadsędzia, system kontrolujący pracę arbitra. Główny sędzia o wszystkim decyduje, sędzia VAR podpowiada tylko przy wyraźnych pomyłkach, znacznych błędach. Jesienią przypadków takich, w których Siemaszko strzelił bramkę ręką, a sędzia ją uznał, nie było. VAR wszystkie takie błędy wyłapie. Natomiast, gdy po meczu Legii z Koroną kibice z Warszawy mówili, że był spalony, a ci z Kielc, że go nie było, na to VAR nic nie poradzi. Sytuacja była na tyle sporna, niejednoznaczna, że trudno ją było ocenić. Sędzia postąpił, jak uznał za stosowne.

Całe szczęście, że jest polemika. Piłka nożna jest taka popularna, bo dyskutujemy o niej przez cały tydzień. Wyobraża sobie pan, by jakikolwiek portal, który pan reprezentuje, jakakolwiek gazeta sportowa mogła istnieć bez piłki?

Trudno to sobie wyobrazić.

- Nie miałaby pewnie szans. Dlatego piłka będzie zawsze się różniła od innych dyscyplin sportowych. Najważniejsze, że VAR wyeliminował wielkie błędy.

Wracając do przygotowań do mundialu, bardzo szybko udało się wam zakontraktować przeciwników reprezentacji Polski, którzy będą bardzo podobni do tych, których spotkamy na mundialu. Nigeria to podobny styl co Senegal, a Korea Południowa przypomina grą Japonię. Przy okazji jest dobra wiadomość: kadra Polski wraca na legendarny Stadion Śląski.

- Kiedyś w Warszawie była taka kultowa dyskoteka "Remont". Ci, którzy mają 50 lat i więcej, z łezką w oku ją wspominają. Ja w tym "Remoncie" nigdy nie byłem, prowadziłem inne życie. Byłem piłkarzem, szybko wyjechałem do Włoch. Tak samo jest z legendą Stadionu Śląskiego. Zobaczymy, jak on będzie funkcjonował w nowej rzeczywistości.

Myśmy cały czas mówili, że jeżeli Śląski zostanie odbudowany, my jesteśmy gotowi pojechać i zagrać na nim. Stadion jest gotowy, więc marcowy mecz z Koreą Południową rozegramy właśnie na nim. Jeżeli wszystko wypadnie dobrze, będziemy tam od czasu do czasu rozgrywali poważne mecze.

Czy plan przygotowań, łudząco podobny do tego przed Euro 2016: trzy mecze kontrolne plus pożegnalny z Litwą, obozy w Juracie i Arłamowie jest dobrą drogą do optymalnego przygotowania reprezentacji?

- Powiem panu, że nie mam takiego syndromu, że muszę wszystko zmieniać. Jestem raczej stały w poglądach. Przyjaciół nie zmieniam, ludzi, do których mam zaufanie nie zmieniam, żony nie zmieniłem. Wierzę w pewne wartości i tak samo wierzę w trenera Nawałkę. Jeżeli te przygotowania sprawdziły się dwa lata temu, to dlaczego mają teraz nie zadziałać. Z drugiej strony, rutyna w sporcie bywa zgubna.

Rozmawiał Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje