Reklama

Reklama

Biodro Piszczka a sprawa polska

Czy decyzja Łukasza Piszczka o poddaniu się operacji biodra tuż po finale Champions League, a przed meczem z Mołdawią w eliminacjach mistrzostw świata, stawia w wątpliwym świetle stosunek piłkarza do reprezentacji Polski?

17 czerwca 2012 roku w warszawskiej strefie kibica, kapitan drużyny narodowej Kuba Błaszczykowski dziękował 20 tysiącom ludzi za bezwarunkowe wsparcie podczas polskiego Euro. Robert Lewandowski obiecał, że drużyna zrobi wszystko, by zrehabilitować się w eliminacjach brazylijskiego mundialu. Wśród graczy Franciszka Smudy był oczywiście także Łukasz Piszczek, który po Euro 2012 złożył samokrytykę przyznając, iż arcyważny turniej organizowany w Polsce i na Ukrainie był dla niego osobistą klapą. Kadra przegrała, tracąc szanse awansu do ćwierćfinału, wydawało się jednak, że do piłkarzy dotarło przynajmniej to, jakie ich wyczyny na boisku mają znaczenie dla rodaków.

Rozumiem Piszczka, że robi co może, by nie przegapić finału Champions League. Taka okazja zdarza się zwykle raz w życiu. Zwłaszcza piłkarzowi urodzonemu nad Wisłą. Tylko Zbigniew Boniek stawał dwa razy do ostatecznej rozgrywki o najważniejsze klubowe trofeum przegrywając w 1983 roku i zwyciężając dwa lata później. Nie udało się to ani Młynarczykowi, ani Dudkowi, oni byli głównymi aktorami jednego meczu o najwyższą stawkę, a i tak są uważani za elitę elit.

Reklama

Lojalność Piszczka wobec klubu z Dortmundu i poświęcenie dla niego można uznać za wzorcowe. Gdyby latem 2010 roku Juergen Klopp nie sprowadził go ze spadającej do II ligi Herthy, wspaniała kariera Polaka mogłaby nie wyjść ze sfery marzeń. Borussia dała też Piszczkowi pełne wsparcie przy aferze korupcyjnej, kiedy wielu ludzi w Polsce zastanawiało się, czy jest godny gry w drużynie narodowej?

Sprawa kontuzji i operacji tuż po finale Champions League, a przed starciem kadry z Mołdawią jest jednak delikatna. Igramy z drażliwością wielu kibiców przekonanych, że skoro piłkarz zarabia w klubie, sukces w reprezentacji traktuje, siłą rzeczy, jako cel drugoplanowy. Sami reprezentanci skrzętnie dementują tę teorię. Przynajmniej werbalnie. Ich czyny wskazują niestety na coś przeciwnego.

Piszczek był w stanie grać w minioną sobotę w kompletnie nieistotnym spotkaniu Bundesligi z Hoffenheim, by przygotować się do starcia roku z Bayernem na Wembley. Tymczasem poczekać koleje dwa tygodnie, do pojedynku w Kiszyniowie o cień szansy na brazylijski mundial, już nie może.

Nie jestem lekarzem, postanowienie Piszczka znam wyłącznie z mediów. Być może piłkarz nie do końca przemyślał sposób, w jaki o swojej decyzji poinformować kibiców? Rehabilitacja obrońcy Borussii po operacji potrwa 4 miesiące. Gdyby Waldemar Fornalik ogłosił, że z dwojga złego woli go na spotkania jesienne, a nie to czerwcowe z Mołdawią, cała sprawa wyglądałaby inaczej. Tymczasem z tego, co się dzieje można wyciągnąć wniosek, iż dobro kadry, czy też poświęcanie się dla niej, nie jest dla Piszczka priorytetem.

Obrońcy Borussii i jego kolegom można przypomnieć nieśmiertelny przykład Zbigniewa Bońka. 29 maja 1985 roku w finale Pucharu Europy Juventus zmierzył się z Liverpoolem, w meczu naznaczonym tragedią i śmiercią 39 fanów włoskiego klubu. Ówcześni działacze PZPN nie byli dalekowzroczni i nie przewidzieli, że o główne trofeum w klubowej piłce może grać Polak. Ustalili więc znacznie wcześniej, iż 30 maja 1985 roku Polska spotka się z Albanią w eliminacjach meksykańskich mistrzostw świata.

Boniek zdobył Puchar Europy, a nazajutrz zwycięską bramkę w Tiranie, gdzie dotarł specjalnym samolotem. Oczywiście nie był kontuzjowany, ale pokazał, jak zależy mu na kadrze. W tamtych czasach było o to łatwiej, drużyna narodowa należała do najsilniejszych na świecie, do Meksyku jechała bronić brązowego medalu wywalczonego w Hiszpanii.

Dziś kadra daje piłkarzom mniej: właściwie same porażki. Oczywiście to zdanie skonstruowane przewrotnie, tak naprawdę za sprawą piłkarzy reprezentacja jest w zupełnie innym miejscu niż 30 lat temu. Niedawno na selekcjonera obraził się Ludovic Obraniak, teraz Piszczek idzie na operację przed spotkaniem ostatniej szansy w eliminacjach MŚ. Kadrowicze zachowują się tak, jakby wbrew temu co deklarują, w drużynie narodowej bardzo mało było do wygrania.

Kibic może wybaczyć brak umiejętności, stąd tak popularne u nas przyśpiewki "jesteśmy z wami", "nic się nie stało". Analizując jednak postawę współczesnych reprezentantów kraju, trudno uniknąć wątpliwości, czy głęboki kryzys drużyny narodowej nie wynika również z deficytu chęci i ambicji?

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem na jego blogu


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje