"Biało-Czerwoni" poskromili giganta. Niemcy wskazują tylko na trzech naszych piłkarzy
Polska pokonała Niemcy 1-0 w towarzyskiej potyczce rozegranej na stołecznym PGE Narodowym. W dotychczasowej historii konfrontacji tych zespołów to dopiero drugi triumf "Biało-Czerwonych". Pierwszy odnieśli przed blisko dekadą. Mimo to aż trzech polskich graczy wzięło udział w obu spotkaniach. To Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Milik i Robert Lewandowski.

Bilans gier Polaków z Niemcami nie przedstawia się dla nas korzystanie: 22 spotkania - dwie wiktorie, siedem remisów i 13 porażek. W piątkowy wieczór na PGE Narodowym to jednak "Biało-Czerwoni" schodzili z murawy w roli zwycięzców, wygrywając 1-0.
Bramkę na wagę triumfu w 31. minucie zdobył Jakub Kiwior. To jego premierowe trafienie w drużynie narodowej.
Kiedy reprezentacja Polski po raz pierwszy pokonała "Die Mannschaft", Kiwior liczył ledwie 14 lat. Miało to miejsce 11 października 2014 roku na tym samym stadionie. Selekcjonerem kadry był wówczas Adam Nawałka.
Szczęsny, Milik, Lewandowski. Tylko oni brali udział w obu zwycięskich meczach z Niemcami
Tamta wygrana smakowała zupełnie inaczej. Niemcy byli wtedy aktualnymi mistrzami świata, ledwie trzy miesiące wcześniej okazali się bezkonkurencyjni na mundialu w Brazylii. Poza tym mecz toczył się o konkretna stawkę - punkty eliminacji Euro 2016.
Po golach Arkadiusza Milika i Sebastiana Mili wygraliśmy z ekipą Joachima Loewa 2-0. Polskie media mówiły i pisały o wygranym "karnecie na nieśmiertelność", mając na myśli boiskowych architektów historycznego triumfu.
Tylko trzej piłkarze łączą oba wygrane mecze, o czym tym razem przypominają także niemieckie media. Oprócz Milika w starciu sprzed dziewięciu lat brali również udział Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny. Na miano pierwszoplanowej postaci widowiska dwukrotnie zasłużył tylko ten ostatni.
Tym razem wybrańcy Fernando Santosa nie mierzyli się z mistrzami świata, lecz z zespołem, który z ostatniego mundialu został pogoniony już po fazie grupowej. Zwycięstwo ma jednak swoją niezaprzeczalną wartość. Zagadką pozostaje pytanie, jak długo przyjdzie nam czekać na kolejny triumf nad europejskim hegemonem.












