Reklama

Reklama

Artur Boruc żegna się z Orłami. Tak barwnych bramkarzy się nie zapomina

Artur Boruc po 13 latach i 196 dniach oficjalnie rozstanie się z reprezentacją Polski. Barwny bramkarz dzisiaj zagra ostatni mecz dla kadry, w którym Polska zmierzy się towarzysko z Urugwajem. Chociaż na boisku miał raczej opinię twardziela, „Lala” - taką ksywę wymyślił mu podobno Michał Żewłakow - nie ukrywa, że na pożegnaniu z reprezentacją, trudno będzie mu powstrzymać łzy. O tym, że za twarzą boiskowego twardziela kryje się wielkie serce, najlepiej przekonali się kiedyś Polacy z Glasgow, którym uratował życie.

Był 28 kwietnia 2004 roku. Mecz towarzyski z Irlandią. W 59. minucie za Jerzego Dudka na murawę wchodzi Artur Boruc. Tak rozpoczęła się jego 13-letnia podróż z reprezentacją Polski, w której nie brakowało wzlotów i upadków. Związek Boruca z kadrą to nie było zawsze zgodne małżeństwo. Kryzysów nie brakowało, ale "Lala" prędzej czy później zawsze wracał do "ukochanej".

Reklama

Po to, żeby jednak zacząć swój etap w reprezentacji, Artur Boruc do zawodu bramkarza przygotowywał się w Pogoni Siedlce. Na pierwszy trening, w wieku dziewięciu lat przyprowadził go starszy brat. W rodzinie Boruców sportu nigdy nie brakowało. Ojciec bramkarza Władysław, przez wiele lat grał w hokeja. Syn jednak nie poszedł w jego ślady.

W wieku 19 lat Boruc przeniósł się z Pogoni Siedlce do Legii Warszawa. W Ekstraklasie zadebiutował w 2002 roku w meczu z Pogonią Szczecin. W pierwszej połowie zastąpił kontuzjowanego Radostina Staneva. W 90. minucie puścił bramkę, a "Wojskowi" zremisowali 2-2.  Z Legią zdobył mistrzostwo i Puchar Polski. W innym polskim klubie już później nie zagrał.

- Nikt się nie spodziewał, że Artur tak odpali, ja też nie. Później wielu trenerów chętnie się przyklejało do jego sukcesu, bo zawsze tak jest, ale nikt nie przewidywał, że tak potoczą się jego losy - przyznał w rozmowie z Interią były bramkarz Legii Grzegorz Szamotulski.

"Lala" jednak odpalił i do dzisiaj wielu wspomina go jako jednego z najtrudniejszych do pokonania bramkarzy.

- Myślę, że Artur był bramkarzem, któremu najtrudniej było mi strzelić gola. Nie graliśmy przeciwko sobie zbyt wiele razy, ale pamiętam, że tych kilka meczów było ciężkich, bo już wtedy miał zadatki na świetnego bramkarza, co udowodnił w kolejnych latach - przyznał czterokrotny król strzelców Ekstraklasy Tomasz Frankowski.

Zadziorny nawet wobec kolegów z drużyny

Po Legii przyszedł czas na Celtic, do którego Boruc najpierw był wypożyczony, by ostatecznie zostać wykupionym za 1,5 mln euro. To dla szkockiego klubu "Lala" do tej pory rozegrał najwięcej meczów i święcił największe sukcesy. Za granicą także pokazywał swój mocny charakter.

W jednym z meczów Celticu ze Spartakiem Moskwa, Boruc o mały włos nie pobił się z własnym obrońcą. Lee Naylor po jednej z akcji boleśnie mógł odczuć, co oznacza złość Polaka. "Lala" był wściekły na zachowanie kolegi na boisku i wdał się z nim w ostrą przepychankę. Na boisku rozdzielać ich musieli inni piłkarze.

Boruc lubił prowokować rywali i nie omieszkał tego robić, nawet na jednych z najgorętszych derbów na świecie, czyli w starciu Celticu z Rangersami. Za odwrócenie się i ostentacyjne przeżegnanie przed protestanckimi fanami rywala, musiał zapłacić 500 funtów kary. Kibice nazywali go za to "Holy Goalie".

Po Celticu Boruc zaliczył występy we włoskiej Fiorentinie, a później przeniósł się z powrotem na Wyspy. W Southampton zaczął przeciętnie i miał problemy z kibicami, którzy oskarżali go o wyzywanie i rzekome rzucenie w nich butelką podczas jednego ze spotkań. Polak stopniowo się jednak odbudowywał, by znaleźć się ostatecznie w Bournemouth, z którym awansował do Premier League.

Piłkarz z fantazją nie tylko na boisku

Chociaż nie grał już w Polsce, Boruc lubił pojawić się na meczach bliskiej mu Legii. Nie spodziewajcie się jednak, że spotkacie go tylko na trybunie VIP. "Borubar" chętnie pokazywał się w tzw. "młynie" i czasami pokusił się nawet o prowadzenie dopingu.

Zadziorny, twardy, z bardzo mocnym charakterem, Boruc często dawał się ponieść emocjom, ale na boisku robił swoje.

- U bramkarza najważniejsza jest głowa. Możesz być znakomity technicznie, ale jak nie masz głowy, to nic z tego nie będzie. Artur ma mentalność, te kocie ruchy, pewność siebie  - mówił Grzegorz Szamotulski.

- Psychicznie spalający się piłkarz nie osiągnie sukcesu, mający równo pod sufitem też niekoniecznie, a ci trochę tacy "postrzeleni" widzę, że zdobywają największe laury. Być może ta fantazja gdzieś ich ponosi i w kluczowych momentach są najbardziej kreatywni, widoczni - dodawał natomiast Tomasz Frankowski.

Fantazji Arturowi Borucowi odmówić nie można na pewno. Miał ją zarówno na boisku, jak i poza nim. Wymyślne fryzury, szalone pomysły, kreatywne odpowiedzi w wywiadach, to coś, czym Boruc się wyróżniał. Nie zawsze wychodziło mu to na dobre, ale tym właśnie sprawiał, że nie można było przejść wobec jego osoby obojętnie. Chociażby słynnego "pomidora" pamiętają i wspominają do dzisiaj wszyscy. Odpowiedzi o takiej treści Boruc udzielił dziennikarzowi w jednym z wywiadów, w którym został zapytany o rzekomą bójkę z jednym z kolegów z Celticu. "Pomidor" załatwił sprawę i bramkarz do tematu się nie odniósł. 

W kadrze też lubił narozrabiać

Afer z udziałem Boruca nie brakowało także w reprezentacji. Z pierwszego zgrupowania kadry po Euro 2008, wyleciał za picie alkoholu. Później, znowu z tego samego powodu, usunął go z drużyny Franciszek Smuda, którego bramkarz nazwał potem złośliwie "Dyzmą".

"Borubar" otwarcie przyznawał, że nie widzi nic złego w zapaleniu papierosa czy uraczeniu się czasami alkoholem. - Boruc wypala dwa papierosy dziennie i co? Ma spóźnioną reakcję, nie widzi piłki, nie ma koncentracji na wysokim poziomie? No jasne, że tak nie jest - mówił w wywiadzie dla "Weszlo" w 2012 roku. Nie wszystkim jednak taka postawa piłkarza odpowiadała i często był za to krytykowany.

Bez wątpienia jednym z najtrudniejszych momentów Boruca w kadrze był pamiętny mecz w Belfaście w eliminacjach do mundialu w 2010 roku.

"Borubarowi" kibice na długo zapamiętają ten słynny kiks z Irlandią Północną. To chyba jeden z najbardziej niedorzecznych goli, jakie straciła polska reprezentacja.

- Cieszę się, że potrafiłem się po tym podnieść - powiedział przed swoim ostatnim meczem w kadrze Artur Boruc, wspominając to jako jedno z najważniejszych wydarzeń w karierze reprezentacyjnej.

To pewnie największa wpadka w karierze Polaka, ale oprócz tych złych chwil, były też dobre, o których nie można zapominać. Mecz z Niemcami (0-1) na mundialu w 2006 roku, to jedno z tych spotkań, po których kibice zakochali się w Borucu. 

- Życie bramkarza to wzloty i upadki. Artur po upadkach podnosił się bardzo szybko, wręcz błyskawicznie - twierdzi Grzegorz Szamotulski.

Boruc, chociaż wyróżniał się mocnym charakterem i lubił narozrabiać, nieraz jednak pokazywał także, że ma wielkie serce. W 2007 roku w Glasgow uratował przed grupą pijanych chuliganów trójkę Polaków, w tym kobietę w zaawansowanej ciąży. Otrzymał za to specjalne wyróżnienie na 40. edycji Konkursu Fair Play organizowanego przez Polski Komitet Olimpijski. O jego wyczynie szeroko rozpisywały się media w Szkocji, podkreślając, że gdyby nie interwencja bramkarza, mogłoby dojść do tragedii. Pytany o to wydarzenie Boruc odpowiadał jedynie, że każdy na jego miejscu by tak postąpił. 

W piątek "Lala" zagra 65. mecz w kadrze narodowej i wciąż będzie bramkarzem z największą liczbą rozegranych spotkań w reprezentacji. Jak sam zapowiedział, pewnie nie będzie potrafił ukryć łez. Wzruszy się pewnie nie tylko on, bo tak długie i barwne związki, jak ten Boruca z kadrą, nigdy nie przechodzą bez echa. 

Adrianna Kmak


Dowiedz się więcej na temat: Artur Boruc | mecz polska urugwaj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama