Reklama

Reklama

Andrzej Iwan kończy dziś 59 lat. Miał wyjątkowy talent, żeby... zmarnować karierę

Miał dokładnie 16 lat i 220 dni, gdy zadebiutował w barwach krakowskiej Wisły. Niedługo później został powołany do kadry Jacka Gmocha i pojechał na mundial do Argentyny. Jako najmłodszy zawodnik całej imprezy! Andrzej Iwan, jeden z największych i… najbardziej zmarnowanych talentów w polskiej piłce kończy dzisiaj 59 lat. Dokąd by zaszedł, gdyby nie kontuzja, jakiej doznał podczas meczu z Kamerunem na MŚ 1982 r.?

Ta kariera mogła wyglądać inaczej. Zupełnie inaczej. Nie musiała kończyć się na 29 występach w reprezentacji i zaledwie 11 golach. W historii mógł zapisać się nie tylko jeden hat trick w kadrze, z Kolumbią, tak samo jak "Ajwena" stać było na dużo poważniejszą karierę w Europie niż w niemieckim Bochum czy pod greckim niebem.

Wychowanek krakowskiej Wandy dał się jednak wciągnąć we wszystkie pokusy, które życie postawiło na jego drodze poza piłką. Nie miał siły, ani woli, aby się temu przeciwstawić. "Hazardzisty nie zrozumie nikt, kto nigdy hazardzistą nie był. Żaden z nałogów nie wyniszcza człowieka w większym stopniu, a ja znalazłem się w ogniu krzyżowym - mieszanka hazardu z alkoholem zawsze daje opłakane skutki" - pisał przed kilkoma laty w swojej autobiografii pod znamiennym tytułem "Spalony".

Reklama

Jechał w niej równo z trawą, po bandzie, nie oszczędzał nikogo, jak sam później przyznał w rozmowie z "Polska The Times", ważny był dla niego również "aspekt finansowy". Nie uznawał żadnych tabu, osławioną "tajemnicę szatni" uznał z bzdurę. Które z tych wszystkich rewelacji były w całości prawdziwe, a które trochę podkoloryzowane, żeby się lepiej sprzedawały? Faktem jest, że nawet, gdyby tylko ich część się sprawdziła, można nimi oddzielić kilka życiorysów sportowych. Taki był Iwan jako piłkarz.

Na boisku potrafił czarować. Z Wisłą i Górnikiem był czterokrotnie mistrzem Polski. W pierwszej połowie lat 80. Niewielu było graczy w polskiej lidze, którzy mogliby zawstydzić go techniką. To raczej on zawstydzał innych. Ale poza boiskiem - również siebie.

"Stylowa" dyskwalifikacja

Bodaj najsłynniejsza była afera w "Stylowej". Poszło o rękawiczki, które rzekomo zostały schowane przez kelnerki. Po drodze był jeszcze rzucony kufel, który mało co trafił w kobiety, kajdanki, pałowanie, sąd i w końcu mała, brudna cela. Od okien przeszedł do "czyszczenia kibli szczoteczką do zębów", do wykuwania lodu kilofem albo jeszcze odśnieżania jednostki. Wyrok sportowy? Dwanaście miesięcy dyskwalifikacji, skrócone potem do pół roku.

Do kadry wrócił dopiero na początku 1980 roku. I zrobiłby w niej znacznie lepszą karierę, gdyby nie fatalny uraz, jakiego doznał na początku spotkania z Kamerunem na MŚ 1982 r. Był w pełnym biegu podczas ataku na bramkę rywala, gdy zerwał mu się mięsień dwugłowy.

- Usłyszałem taki huk, jakby ktoś strzelał z wiatrówki. Może był to dźwięk podobny do trzasku łamanej gałęzi. Popatrzyłem w stronę trybun, sądząc, że to stamtąd doszedł dziwny odgłos i ... w tym momencie upadłem bezwładnie na ziemię, a następnie moje ciało przeszył potworny ból. Wiedziałem, że źródła trzasku nie muszę szukać wśród kibiców, ale we własnej nodze - wspominał fatalny moment w książce "Spalony" sam jej bohater.

Jak wspomina, jeszcze przed 18. urodzinami trafił w Wiśle do "ekipy pokerowej". Grali  z kolegami o "bardzo duże stawki" i "regularnie". "Wraz z cinkciarzami robiliśmy dwudniowe albo nawet trzydniowe nasiadówki. A że nie lubiłem grać na trzeźwo, byłem idealnym przeciwnikiem. W Feniksie na przykład gra szła o samochody. Kiedyś spisałem umowę, położyłem na stole dowód rejestracyjny, a tu nagle... dowodu nie ma, umowy nie ma, już po wszystkim. Mówią mi: Andrzej, przegrałeś! A ja jeszcze byłem dość trzeźwym, by wiedzieć, że nawet nie zagraliśmy".

Raz, w kasynie w Poznaniu, zdarzyło mu się, że miał wyjątkową passę. Wygrywał dziesiątki tysięcy dolarów, może nawet setki. Ale chciał więcej. Czuł, że znowu się poszczęści. Dramat pojawił się później. "Trzęsącą się dłonią spróbowałem otworzyć i... udało się. Opuszczony budynek stał nieopodal trasy wylotowej z Poznania. Stałem w szczerym polu i tępym wzrokiem obserwowałem jadące kilkaset metrów dalej samochody. Zostałem okradziony. Ktoś wsypał mi do drinka narkotyk, a następnie nieświadomego wyprowadził z kasyna - z całą gigantyczną wygraną".

Dwie próby samobójcze

Przed hazardem nie potrafił się obronić. Zdarzyło się nawet, w połowie lat dziewięćdziesiątych, że w ciągu trzech dni przegrał w Warszawie ponad 100 tysięcy złotych!

"Przegrałem fortunę, bo dysponowałem nadmiarem pieniędzy. W czasach komuny nie miałem co z kasą robić, nie miałem na co jej wydać - więc grałem. W czasach późniejszych płacono mi tak obrzydliwie dużo, że do samego końca uważałem się za krezusa" - przypominał w książce.

Najbardziej dramatyczne były jednak próby samobójcze. Dwa razy próbował się zabić. We wrześniu 2008 położył się w wannie wypełnionej ciepłą wodą. Nie zostawił listu. Gdy po kilku godzinach się obudził, wokół pełno było czerwonej cieczy. Ale żył.

Potem chciał jeszcze raz. Inaczej. Tym razem z listem. "Przepraszam za wszystko, nie mam już siły dłużej żyć". Twierdzi, że połknął sto dwadzieścia (!) tabletek i zmiksował to z wódką.

Na szczęście też nie zadziałało. Dlatego dzisiaj może obchodzić 59. urodziny.

Remigiusz Półtorak


Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Iwan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje