Reklama

Reklama

78. rocznica słynnego meczu Polska - Węgry

Do wybuchy wojny pozostawały już tylko godziny. Była niedziela 27 sierpnia 1939 roku, późne popołudnie. Na trybunach stadionu Wojska Polskiego w Warszawie przy ulicy Łazienkowskiej, wśród 20 tys. kibiców, rezerwiści w cywilnych ubraniach, z maskami gazowymi przewieszonymi przez ramię. A na boisku koncert w wykonaniu biało-czerwonych i jej wielkiej gwiazdy Ernesta Wilimowskiego. Reprezentacja Polski rozbiła wicemistrza świata, jedenastkę Węgier aż 4-2!

To był ostatni mecz reprezentacji Polski przed wojną. Rywalem naszej kadry był nie byle kto, bo sam wicemistrz świata - Węgrzy. Rok wcześniej Madziarzy, na mundialu we Francji, okazali się rewelacją turnieju dochodząc do finału, gdzie ulegli Włochom 2-4. W ich składzie na mecz w Warszawie same gwiazdy. W bramce Ferenc Sziklai z Ujpestu. W obronie Karoly Kiss i Sandro Biro, w pomocy Antal Szalay, Jozsef Turai i Janos Dudas, uznany najlepszym węgierskim piłkarzem meczu z Polską, a w ataku piątka: Sandor Adam, kapitan zespołu, słynny doktor Gyorgy Sarosi, gwiazda MŚ sprzed roku, inny świetny snajper Gyula Zsengeller, wicekról strzelców mundialu sprzed roku i pięciokrotny król strzelców ligi węgierskiej, a także Geza Toldi i Laszlo Gyetvai. Większość z nich zagrała w finałowym meczu przeciwko Italii w czerwcu rok wcześniej. Do Polski przyjechali w glorii wielkiego faworyta.

Reklama

Dominacja wicemistrzów świata

Co przeciwstawili im "Biało-czerwoni"? Świetne przygotowanie taktyczne i techniczne. Polska też była już wtedy licząca się drużyną w Europie. Na Olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku zajęliśmy 4 miejsce. Gdyby w składzie nie zabrakło wtedy zdyskwalifikowanego wcześniej Ernesta Wilimowskiego, medal byłby pewny. W 1938 roku, drużyna pod wodzą kapitana związkowego, jak zwano wtedy selekcjonera kadry Józefa Kałużę, awansowała do finałów MŚ, gdzie w meczu I rundy, który przeszedł do annałów nie tylko polskiego futbolu, uległa czarodziejom z Brazylii, z legendarnym Leonidasem w składzie 5-6 po dogrywce. W tym meczu aż cztery bramki zdobył napastnik wielkiego wtedy Ruchu Ernest Wilimowski.

To jednak Węgrzy, a nie Polacy byli faworytem meczu rozgrywanego w niedzielę 27 sierpnia 1939 roku. Początek tylko to potwierdził. Nasi grali w następującym składzie, w bramce Adolf Krzyk (Brygada Częstochowa), w obronie Edmund Giemsa z Ruchu i Władysław Szczepaniak z Polonii Warszawa. Pomoc oparta była na graczach Cracovii, w środku zagrał duet zawodników "Pasów" Wilhelm Góra oraz Edward Jabłoński, do tego pracowity Ewald Dytko z Dębu Katowice. W ataku dominowali napastnicy z Górnego Śląska, w tej formacji zagrali Leonard Piontek z AKS Chorzów, Henryk Jaźnicki z Polonii Warszawa, Ewald Cebula ze Śląska Świętochłowice, Ernest Wilimowski z Ruchu i Paweł Cyganek z Fabloku Chrzanów. Ten ostatni debiutował w reprezentacji.

Początek należał zdecydowanie do wicemistrzów świata. W 14 minucie trafia niezawodny Gyula Zsengeller. Uderza pod poprzeczkę, tak, że Adolf Krzyk nie ma szans na skuteczną interwencję. Po dwóch kwadransach jest już 2-0 dla naszego rywala... Znowu dobrą akcją popisał się skrzydłowy Ferencvarosu Laszlo Gyetvai, a do siatki trafił Sandor Adam. Jak się później okazało, był to jedyny gol w reprezentacji Węgier zdobyty przez napastnika Ujpestu. 

Pomogła wyspiarska myśl szkoleniowa

Potem jednak kibice na Stadionie Wojska Polskiego zaczęli przecierać oczy ze zdumienia i, podobnie jak fani w Strasburgu rok wcześniej podczas MŚ, w trakcie meczu Polska - Brazylia, zobaczyli koncert gry w wykonaniu biało-czerwonych!
W 33 minucie popisowa akcja tria śląskich asów. Dytko zagrywa do środka do Piontka, ten głową podaje Wilimowskiemu, który podciąga z piłką kilka metrów i przerzuca futbolówkę nad bezradnym Sziklaiem. Do przerwy już tylko 1-2 dla Madziarów.

Po przerwie na boisku istnieje już tylko jedna drużyna! Widać, ile dały wspólne, kilkutygodniowe treningi, latem 1939, ze słynnym szkockim piłkarzem, a później znakomitym trenerem Alexem Jamesem. Były zawodnik wspaniałego w latach 30. Arsenalu, przez kilka tygodni przebywał w Warszawie i szkolił naszych graczy. Jak się okazało, efekt był znakomity! Nasi byli świetnie przygotowani do prestiżowego spotkania. 

W 64 minucie wyrównuje Wilimowski, a dziewięć minut później prowadzimy już 3-2! Dużo dała zmiana w I połowie i zastąpienie niemrawego Henryka Jaźnickiego przez bojowego Stanisława Barana. To właśnie po uderzeniu napastnika Warszawianki piłka trafia w rękę Biro i fiński sędzia Pekonen wskazuje na jedenasty metr. Karnego pewnie wykorzystuje, niezawodny w takich sytuacjach, Piontek z AKS. W 75 minucie jest już 4-2 dla biało-czerwonych!

"Przegląd Sportowy", z 28 sierpnia 1939 roku, tak zrelacjonował tą sytuację. "W 29 minucie (74 minuta II połowy - przyp. aut.) Krzyk broni, a w minutę później znów jesteśmy przy głosie. Piontek wystawia Wilimowskiego, ten idzie naprzód między Kissem i Biro i strzela bombą czwartą bramkę" - pisał sportowy dziennik.

Pokazali hart ducha

Potem już wiwaty oraz wielka radość. Po doskonałym meczu pokonujemy Madziarów. "Przegląd Sportowy" pisze proroczo dzień po spotkaniu: "Kiedyś po latach lub nawet za kilka miesięcy mecz z Węgrami będą wspominać, jako wyjątkowe wydarzenie. Historykom posłuży może jako "dokument epoki". Dla nas jest on wspaniały świadectwem, co zdziałać może w sporcie (czy tylko w sporcie?) ambicja, siła woli i ofiarność".

W naszym zespole nie było słabych punktów. Począwszy od Krzyka w bramce, przez doskonałego, jak zwykle "Eziego" Wilimowskiego czy debiutanta Cyganka, wszyscy zagrali świetne zawody. U rywala zawiódł słynny dr Sarosi, który przecież rok wcześniej na MŚ zdobył 5 bramek i razem ze swoim rodakiem Zsengellerem i Włochem Piolą był wicekrólem strzelców francuskiego mundialu.

"Jeszcze jeden triumf woli zwycięstwa. Zawodowcy węgierscy kapitulują przed zaciekłością ataku Polaków" - entuzjazmowała się polska prasa po niecodziennym triumfie.       

- Drużyna pokazała rzadki hart ducha i potrafiła walczyć, mimo utraty dwu bramek. Na pewno przyczynił się do tego fluid, jaki szedł z trybun i specjalna atmosfera bieżącej chwili. Chłopcy nie speszyli się i gdy Wilimowski strzelił pierwszą bramkę, nastąpił zwrotny punkt meczu. Odtąd przeciwnik niemal, że już nie istniał na boisku. Rewelacyjny dla mnie był Cyganek, ponadto specjalnie dobrze grali Dytko, Wilimowski i Giemza. Właściwie nikt nie zawiódł poza Jaźnickim - mówił prezes PZPN pułkownik Kazimierza Glabisza, który kilka miesięcy później, po przegranej wojnie z Niemcami, przez Węgry ewakuował się na Zachód.

Z boiska na Pawiak, albo do... reprezentacji Niemiec

Tymczasem trener Józef Kałuża już przygotowywał reprezentację do kolejnych towarzyskich prób z Bułgarią i Jugosławią na początku września 1939. - O ile do Jugosławii pojedzie z małymi zmianami skład z meczu z Węgrami, o tyle na niedzielę na Bułgarię chcę wystawić: Broma, Dusika, Szczepaniaka, Zarembę, Pieca II, o ile PZPN ułaskawi go na jego prośbę, która już wpłynęła i Mikundę, a do ataku od prawej: Schreiera, Genderę lub Białasa, Cebulę, Wilimowskiego i Pytla - tłumaczył związkowy kapitan. Do tych meczów już nie doszło, bo 1 września na Polskę zaczęły spadać niemieckie bomby...

A co z bohaterami sierpniowego spotkania? Wilimowski krótko później gra w reprezentacji III Rzeszy. Szansę na grę w niemieckich barwach miał też Cyganek, określany przez Józefa Kałużę, jak pisze w książce "Mistrzostwa Polski, ludzie, fakty, 1918-1939" Andrzej Gowarzewski, "kandydatem na gwiazdę światowego formatu". On też w 1940 roku był na zgrupowaniu niemieckiej kadry, prowadzonej przez legendarnego Seppa Herbergera, ale został stamtąd usunięty za mówienie podczas treningów po polsku... Na Pawiaku wylądował natomiast Henryk Jaźnicki, później więzień obozów w Sachsenhausen i Gusen-Mauthausen. Wojnę udało mu się jednak przeżyć.   

Inni z zawodników, szczególnie dotyczy to Ślązaków, jak Piontek, Dytko, Giemsa czy Cebula, trafili do niemieckich klubów. Zrobili tak za zgodą, o czym często się nie mówi i pisze, polskich władz oraz kapitana związkowego Józefa Kałuży.
A co z Węgrami? Dr Sarosi grał do 1948 roku, a potem był doskonałym trenerem klubów z Włoch. Szkolił Juventus, Romę, Bolognę. Zmarł w 1993 roku w Geniu. Jego partner z ataku Zsengeller także świetnie radził sobie na trenerskiej ławce w klubach z Włoch i Cypru. Zmarł zresztą kilka lat po swoim przyjacielu w Nikozji. Wszystkich uczestników tego pamiętnego meczu przeżył Laszlo Gyetvai, który zmarł w Budapeszcie 28 sierpnia 2013 roku w wieku 94 lat.  

Autor: Michał Zichlarz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL