Reklama

Reklama

100 dni Cezarego Kuleszy w PZPN. Kulesza: Nie pozwolę ukamienować Lewandowskiego

Będę bronił Roberta Lewandowskiego. Gdyby nie on, mielibyśmy problemy z awansami na Euro czy mundial. Nie może być tak, że na naszego kapitana po jednym przegranym meczu – nawet jeśli został popełniony duży błąd – rzuca się połowa kraju i bije go bez opamiętania. Uważam, że nie możemy pozwolić na jego ukamienowanie – mówi w rozmowie z Interią prezes PZPN Cezary Kulesza, który szefem polskiej federacji został równe 100 dni temu.

Sebastian Staszewski, Interia: - Siedzimy w pańskim gabinecie. I zastanawiam się czy możemy tu rozmawiać o wszystkim?

Cezary Kulesza: - A niby dlaczego nie?

Sam pan wie, podsłuchy, te sprawy...

- Pan z tego dowcipkuje, a nam do śmiechu nie było. Ale ja podsłuchu się nie boję. Niech się boi ten, co go założył. Pracujemy dalej, nie roztrząsamy tej sprawy, chociaż oczywiście czekamy na wyniki dochodzenia. Chyba każdy w Polsce jest ciekaw, kto wpadł na ten pomysł.

Pan się domyśla kto?

Reklama

- Nie.

26 listopada minęło 100 dni odkąd został pan prezesem PZPN. Jakie to było 100 dni?

- Nawet nie zauważyłem kiedy to zleciało... W tym czasie dużo się działo. Był remis z Anglikami, który smakował jak wygrana. Było też zwycięstwo w Tiranie, które zapewniło nam baraże. Ten mecz obejrzałem w towarzystwie prezydenta Albanii. W przerwie powiedziałem jemu i wiceprezesowi Adamowi Kaźmierczakowi, że jak na boisko wejdzie Karol Świderski, to strzeli gola. I tak się stało, Karolek huknął tak, że jakby bramkarz złapał piłkę, toby wpadł z nią do bramki. To były fajne momenty. Ale nie brakowało też tych nieprzyjemnych, jak afera z podsłuchem czy bolesna dla nas wszystkich porażka z Węgrami...

A dużo pan biesiaduje? Bo ten nowy PZPN taki miał być: biesiadny, przaśny, działaczowski.

- Nie za często, chociaż czasem zdarzy mi się wypić lampkę wina albo kieliszeczek czegoś mocniejszego. Wszystko jednak w granicach rozsądku. Powtarzam często moim pracownikom, że psy szczekają, a karawana jedzie dalej. Nie chcę reagować na prymitywne zaczepki, jak te o pijaństwie. Krytyka zawsze będzie i jestem na nią przygotowany. Ale zamiast na nią odpowiadać, wolę działać. Bronić Kamila Glika, kiedy Anglicy oskarżają go o rasizm, albo wprowadzać konkretne zmiany w PZPN.

Z czego więc, co wydarzyło się w ciągu tych 100 dni, jest pan najbardziej zadowolony?

- Na pewno sprawność naszego działania udowodniła sprawa Matty’ego Casha. To, że udało się zorganizować mu paszport w tak krótkim czasie, to spory sukces. Dlatego olbrzymie podziękowania chciałbym skierować do pana prezydenta Andrzeja Dudy, który się w cały proces mocno zaangażował.

Z tej dużej chmury spadł jednak mały deszcz. Cash nie zachwycił, a selekcjoner Paulo Sousa zdjął go z murawy już po 45 minutach meczu z Węgrami. Był pan tym zaskoczony?

- Moim zdaniem Matty się spalił. Ale chłopakowi trzeba dać czas. Widać po nim wielką wdzięczność za to, że mu pomogliśmy. W Hiszpanii pobiegł do mnie, wyściskał. Również jego rodzina jest szczęśliwa. Dostałem miłą wiadomość od jego mamy, Basi, która była zachwycona pobytem w Polsce. Zresztą jej rodzice - czyli babcia i dziadek Matty’ego - pochodzą z Brańska, czyli z moich rodzinnych stron, bo Brańsk od Wysokich Mazowieckich dzieli tylko 30 kilometrów. Poza tym na końcu trzeba pamiętać, że pozyskaliśmy piłkarza grającego regularnie w Premier League. Ilu mamy takich zawodników? Janek Bednarek, Mateusz Klich, Kuba Moder. I tyle.

Nie wszyscy pochwalają pana optymizm. Wielkim sceptykiem powołania Casha jest Zbigniew Boniek, który w rozmowie z Polsatem powiedział: "Z jakiegoś powodu postanowił wystąpić o paszport w wieku 25 lat. Pod uwagę należy brać Brexit. Dla piłkarzy z Wysp możliwość uzyskania paszportu Unii i kontynuowania kariery poza Anglią może mieć duże znaczenie". Wielokrotnie podkreślał również, że Cash nie mówi po polsku. I faktycznie, dla reprezentanta Polski nie jest to powód do dumy.

- Matty nie mówi po polsku, to fakt. Ale idąc tym tokiem rozumowania po polsku nie mówi selekcjoner, który jest ważniejszym elementem układanki niż jeden piłkarz. Po polsku nie mówi też jego sztab, w którym brakuje Polaków. A to przecież Zbyszek ich zatrudnił i na to pozwolił. Dlatego dziwią mnie takie komentarze, chociaż każdy ma prawo do wyrażenia opinii.

Przez wiele lat stanowisko federacji z Bońkiem na czele było jasne: nie chcemy piłkarzy, którzy nie mówią po polsku, którzy nie mają paszportu. Jaka będzie postawa PZPN teraz? Bo takich zawodników będzie coraz więcej.

- Nie będziemy czekać z założonymi rękoma. Przecież Polonia jest liczna, szczególnie na Wyspach Brytyjskich. Nie wolno tego zignorować. Turcy tego nie ignorują, kraje bałkańskie tego nie ignorują, więc dlaczego my mamy na tych chłopaków nie patrzeć? Wiemy na przykład o Gabrielu Sloninie, pracujemy nad tym. W Hiszpanii zorganizowaliśmy spotkanie z braćmi Żukami, z których jeden gra w Barcelonie, a drugi w Gironie. Zjedliśmy z nimi obiad, zaprosiliśmy do hotelu, zabraliśmy na trening kadry. Chłopaki zrobili zdjęcia z Lewandowskim, Milikiem. I dostali wiadomość, że Polska na nich czeka. Zrobimy wszystko, aby w przyszłości - jeśli będą na odpowiednim poziomie - wybrali młodzieżową reprezentację Polski, a nie Hiszpanii.

W Hiszpanii było miło, ale szybko się skończyło. Bo niedługo później przyszła porażka 1-2 z Węgrami. To największa wpadka w trakcie pańskiej kadencji. Co pan o niej myśli?

- Że zawiedliśmy.

Pan też? Paulo Sousa umówił się z Robertem Lewandowskim, że ten nie wystąpi w spotkaniu z Węgrami. Jak wiemy - przyniosło to katastrofalny skutek, bo Polska nie tylko przegrała, ale straciła też rozstawienie w barażach. Może powinien był pan zainterweniować?

- W sprawach personalnych to selekcjoner podejmuje decyzje - nie prezes czy piłkarz. To jego odpowiedzialność. Już na pierwszym spotkaniu powiedziałem trenerowi Sousie, że nie będzie dostawał ode mnie karteczek ze składem czy zawodnikami, których powinien powoływać. Nie mogę i nie chcę ingerować w te decyzje. Przed meczem wiadomo było, że Robert nie zagra. I nadal wierzyliśmy, że ogramy Węgrów. Co więcej, powinniśmy to zrobić niezależnie od tego czy "Lewy" był na boisku czy nie. Przegraliśmy, więc krytyka się wylała. Ale my, jako PZPN, zrobiliśmy wszystko, aby zapewnić kadrze optymalne warunki do przygotowania się do tego spotkania. Mecz nam jednak nie wyszedł, efekt jest fatalny... Ale musimy to wziąć na klatę.

To jakie straty wzięliście na klatę?

- Siedem, może dziesięć milionów złotych. Mogliśmy to "skeszować". Najbardziej żałuję jednak tego, że oddaliśmy przywilej gry na PGE Narodowym w pierwszym meczu barażowym... Chociaż i tak mieliśmy szczęście w losowaniu, bo drugie, decydujące o awansie na mundial spotkanie możemy zagrać u siebie. Najpierw jednak musimy pokonać Rosję.

Z którą prawdopodobnie zagramy na moskiewskich Łużnikach. Jak pan przyjął wyniki piątkowego losowania? Rosja to wymarzony przeciwnik?

- Przede wszystkim chciałem uniknąć Włochów i Portugalczyków, to żadna tajemnica. A to się udało. Podczas losowania ciśnienie mocno mi podskoczyło, kiedy Ukraina trafiła na Szkocję, a Austria na Walię. Pomyślałem wtedy sobie: "Teraz my, wylosuj nas!". I Lothar Matthaus wyciągnął karteczkę z napisem "Polska". Oj, poczułem ulgę... Jeśli więc spojrzeć z tej perspektywy, to na pewno Rosja mi pasuje. Do tego dojdą olbrzymie emocje wokół rywalizacji - wiadomo jakie wywołuje w Polsce starcie z akurat tą drużyną. Z drugiej strony będę przestrzegał przed lekceważeniem Rosjan. Kto widział nasz ostatni mecz towarzyski we Wrocławiu ten wie, że to bardzo silna, wybiegana drużyna. Która dodatkowo zagra u siebie.

Jeśli uda się wygrać z Rosją, to na kogo wolałby pan trafić w finale? Na Szwecję czy Czechy?

- Spokojnie, najpierw pokonajmy Rosję. Natomiast i Szwecja, i Czechy są w naszym zasięgu. Co prawda ostatnie mecze z tymi rywalami nie układały się po naszej myśli, ale uważam, że mamy obecnie lepszych zawodników. Wierzę więc, że nasi wygrają i w półfinale, i w finale. Szczególnie, że po ostatnim meczu mamy coś do udowodnienia naszym kibicom.

Wiem, że kilka dni temu Robert Lewandowski zadzwonił do pana w sprawie meczu z Węgrami. Ma pan do niego pretensje?

- Za to, że nie zagrał?

Tak. Mógł przecież powiedzieć: "Trenerze, gram i koniec".

- To była decyzja selekcjonera. Poza tym nie wiemy do końca w jakiej formie fizycznej był Robert...

Chyba był w nie najgorszej, skoro już 19 listopada zagrał w meczu Bundesligi z Augsburgiem i strzelił bramkę, a 23 listopada zrobił to samo w spotkaniu Ligi Mistrzów z Dynamem Kijów.

- Będę bronił Roberta. Gdyby nie on, mielibyśmy duże problemy z uzyskaniem awansu na Euro 2016 czy Euro 2020, albo na mistrzostwa świata w Rosji. Był naszym liderem, zawsze zostawiał serce na boisku, strzelił dla Polski rekordową liczbę bramek. Jednak to nie jest maszyna, czasem musimy być dla niego wyrozumiali. Nie może być tak, że na kapitana po jednym przegranym meczu - nawet jeśli został popełniony duży błąd - rzuca się połowa kraju i bije go bez opamiętania. Ja znam go od ponad dziesięciu lat. Chciałem go sprowadzić do Jagiellonii, ze dwa miesiące negocjowaliśmy ze Zniczem Pruszków. Jeździłem na jego mecze, oglądałem go. Chciałem wtedy trzech zawodników Znicza: Pawła Zawistowskiego, Igora Lewczuka i Roberta. Dwóch pierwszych udało mi się sprowadzić, tylko Robert wybrał Lecha Poznań. Ale po latach spotkaliśmy się w tym miejscu: ja jestem prezesem, on liderem kadry. I wiem, że to dobry chłopak, świetny piłkarz. Uważam, że nie możemy pozwolić na jego ukamienowanie.

Nikt nie chce Lewandowskiego kamienować. Ale w dzień meczu z Węgrami Robert nagrywał ujęcia do filmu Amazona o sobie. Było oczywiste, że to kibiców dodatkowo zirytuje.

- Rozumiem to, bo w mojej głowie też tliło się pytanie: "Dlaczego Robert nie gra?". Kibice byli wściekli, bo przyjechali na mecz kadry i chcieli go zobaczyć na murawie. Ale taka była decyzja selekcjonera i jego sztabu. Zresztą wszyscy skupiają się na Robercie, a wyborów budzących emocje było więcej: brak Kamila Glika, posadzenie na ławce Piotra Zielińskiego. Dziś wiemy, że podjęte ryzyko się nie opłaciło. Jednak choćbyśmy chcieli, to nic z tym nie zrobimy.

Podobnie jak w sprawie Złotej Piłki, którą "France Football" przyzna już w poniedziałek. Kto jest pana faworytem?

- Dla mnie to oczywiste, że Robert. Już rok temu powinien ją dostać, i w tym roku także. Nikt nie zasłużył na to bardziej niż on. Uważam zresztą, że żaden Polak w historii nie miał takich szans na zwycięstwo w tym plebiscycie, co on teraz.

Rozmawiał pan z Sousą o decyzji podjętej przed meczem z Węgrami? Portugalczyk wziął winę na siebie, a w rozmowie z Telewizją Polską przeprosił za nią.

- Rozmawialiśmy w Hiszpanii, przed meczem z Andorą. Po Węgrach też byliśmy umówieni. Uznałem jednak, że lepiej to spotkanie przełożyć i porozmawiać na spokojnie po losowaniu baraży. Zaraz po meczu emocje były zbyt duże, także moje, i mogłoby być za nerwowo. A takich tematów nie powinno się omawiać "na gorąco". To zresztą jedna z rzeczy, których nauczyłem się przez lata zarządzania klubem piłkarskim: czasem z takimi rozmowami lepiej poczekać dzień albo dwa.

To kiedy dojdzie do tego spotkania?

- Niedługo.

W kontekście tej sytuacji proszę nam zdradzić, co z przyszłością Sousy? To zero-jedynkowa sytuacja: jeśli awansujemy na mundial to Sousa zostaje, jeśli nie - żegna się z reprezentacją?

- Jeśli nie awansujemy, to jego kontrakt ulegnie automatycznemu rozwiązaniu. Ale za wcześnie jest, aby jednoznacznie stwierdzić, że będzie to oznaczało jego pożegnanie z kadrą.  Poczekam do marca, nie zrobię nerwowych ruchów. I zobaczę, jak trener przygotuje zespół.

A zachęci pan w końcu Sousę do tego, żeby zaczął baczniej śledzić PKO BP Ekstraklasę? Bo kiedy miał już przylecieć do Polski i obejrzeć kilka ligowych spotkań, to się rozchorował.

- O to akurat nie można mieć do niego pretensji. Ale przypomnę mu o tym, to na pewno. Już wcześniej zadeklarował, że przyjedzie, więc nie sądzę, żeby teraz był z tym problem. Chcę też, aby selekcjoner wziął udział w spotkaniu z trenerami, którzy będą zdawali egzaminy UEFA Pro. Przez najbliższe miesiące powinien zostawić u nas trochę swojej wiedzy. Portugalczycy świetnie szkolą, to światowa czołówka. Dodatkowo trener Sousa pracował w portugalskiej federacji jako wiceprezes, zajmował się tam między innymi szkoleniem. Skorzystamy więc z tego.

W jaki sposób?

- Chcemy, żeby pomógł nam w zdobywaniu wiedzy z jego rodzinnej Portugalii. Jest pomysł aby pojechali tam prezes Maciej Mateńko, dyrektor sportowy Marcin Dorna oraz szef Szkoły Trenerów Paweł Grycmann. O tym też porozmawiam z nim na najbliższym spotkaniu.

Skoro mówimy o szkoleniu, to w tej dziedzinie zrobiliście na razie niewiele. A przecież szkolenie było na pana sztandarach w trakcie kampanii. Co prawda PZPN podjął uchwałę o rezygnacji z ewidencji wyników czy tabel w piłce młodzieżowej, ale to zaledwie kropla w morzu potrzeb.

- Prezes Mateńko pracuje dzień i noc. Tak samo Marcin Dorna. Mają już przygotowany program z naszymi działaniami. 100 dni to za mało, aby wszystko zmienić, ale jeśli chodzi o szkolenie naprawdę dużo się dzieje. Spotykamy się z Ministerstwem Sportu w sprawie programu certyfikacji, wprowadzamy zmiany w Szkole Trenerów, chcemy współpracować z Akademiami Wychowania Fizycznego. Maciek powołał też specjalną grupę, która ma za zadanie wypracować działania, które poprawią jakość szkolenia. Znaleźli się w niej przedstawiciele klubów, wojewódzkich związków, akademii czy trenerzy pracujący w PZPN.

Poprzedni PZPN też ciągle pracował nad szkoleniem, powstał "Narodowy Model Gry". Tylko niczego to nie zmieniło. Może trzeba sięgnąć po sprawdzone metody z Zachodu? Sam pan wspomniał o Portugalii.

- Na pewno będziemy korzystać z doświadczeń tych krajów, które mają sukcesy w szkoleniu.. Jednak sami musimy wypracować rozwiązania, które będą pasowały do naszej, polskiej specyfiki. W grupie Mateńki są więc Michał Zioło, który przez lata pracował w Borussii Dortmund czy Amilcar Carvalho z Lecha Poznań, doskonale znający system portugalski. Jest tam wielu młodych trenerów, ale i doświadczonych, jak Bogusław Kaczmarek. Ta grupa jest po to, aby zderzać pomysły, jakie chcemy wprowadzać w szkoleniu jako PZPN, ze środowiskiem.

Mówi pan o Ziole czy Carvalho, ale na dyrektora sportowego PZPN wytypował pan Marcina Dornę, który ze strukturami związku związany jest od wielu lat. Skoro wcześniej nie był w stanie przeforsować kluczowych zmian, to pojawia się pytanie dlaczego miałby to zrobić teraz?

- Marcin jest u mnie p.o. dyrektora, czyli pełniącym obowiązki, bo chciałbym, żeby miał motywację do wykazania się. Obserwuję jego zachowanie, patrzę jak sobie radzi. Nie chcę rozdawać stanowisk "raz na zawsze", jak bywało w przeszłości. Poszukuję fachowców, którym chce się pracować. A Marcin to bardzo zdolny, pracowity człowiek.

Który jest uważany za człowieka Zbigniewa Bońka.

- Nie interesuje mnie to czyim jest człowiekiem. Nie oceniam ludzi pod tym kątem. Interesują mnie tylko ich wiedza i umiejętności.

To prawda, że kontrkandydatami Dorny byli Łukasz Piszczek oraz Jakub Błaszczykowski?

- Coś faktycznie było na rzeczy, te nazwiska pojawiały się w naszych rozmowach. Ale obaj panowie są obecnie czynnymi zawodnikami, a ja potrzebuję fachowców na pełnym etacie.

Skoro wspomniałem o Bońku, jak pan odbiera szpileczki wbijane ze strony byłego prezesa?

- Ja ze Zbyszkiem mam dobre relacje. Często się spotykamy, rozmawiamy. I jest normalnie.

Ale w mediach Boniek lubi rzucić coś pikantnego. I często zahacza to o pana, w wywiadach albo na Twitterze.

- Taki ma charakter, a poza tym ma teraz więcej wolnego czasu niż ja... Nie odpowiadam mu, bo jestem innym prezesem. Twitter to ważne narzędzie komunikacji, ale nie najważniejsze. Nie chciałbym zresztą, żeby moja kadencja była kojarzona z jakimiś wojenkami w Internecie.

Boniek, który jest jednocześnie wiceprezydentem UEFA, pomoże PZPN w walce o mistrzostwa Europy kobiet?

- Wierzę, że tak, bo tak zadeklarował. Powiedział, że zrobi co tylko będzie mógł. Ja sam byłem już w Szwajcarii, razem z sekretarzem generalnym Łukaszem Wachowskim spotkaliśmy się z prezydentem UEFA Aleksandrem Čeferinem i dyrektorem Zoranem Lakoviciem. Aleksander zaprosił nas na obiad, długo rozmawialiśmy. Zapytałem, czy mistrzostwa kobiet są już komuś obiecane, ale obaj stwierdzili, że to sprawa otwarta. Do walki włączyły się jednak Francja, Szwajcaria, Ukraina i koalicja państw skandynawskich. Konkurencja jest więc bardzo mocna. Ale uważam, że jako Polska mamy bardzo silne argumenty. przedstawiliśmy je w UEFA.

I co Čeferin odpowiedział na te argumenty? Myśli pan, że będziemy mieli te mistrzostwa w Polsce?

- Myślę, że przyjął je ze zrozumieniem. Tłumaczyłem mu, że moim zdaniem Dania czy Szwecja mają już mocno rozwiniętą piłkę kobiecą, więc UEFA powinna teraz wejść na nowe rynki i spróbować zaszczepić tam futbol kobiecy. Polska jest do tego idealnym kandydatem.

Rozmawiał Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje