Reklama

Reklama

Wybory prezesa PZPN

Piechniczek: Zdzichu się wycofa, Koseckiego obciąża polityka

- Nawet, gdybyśmy grali w finale mistrzostw świata, kibice i tak będą krzyczeć: "J… PZPN". Potrzebna jest nowa jakość. Dziś musimy pokazać, że potrafimy doprowadzić do zmian" - mówi gość Kontrwywiadu RMF FM Antoni Piechniczek. Kto zostanie nowym szefem piłkarskiej centrali?

Konrad Piasecki: Pan trzyma kciuki za Bońka?

Antoni Piechniczek: - Ja trzymam za wszystkimi. Muszę być tutaj, w tej naszej audycji, taki bardzo obiektywny...
 
...wypośrodkowany. Ale nie wierzę, że serce nie dyktuje panu poparcia kogoś, kto był kapitanem pańskiej reprezentacji.

- Oczywiście, kiedyś publicznie wyrażałem taką opinię, natomiast dosłownie dwie godziny przed to już może trochę za późno.

Mało kto tutaj w Sheratonie stawia na Bońka. Wszyscy mówią, że taki za mało swojski, za bardzo wielkoświatowy.

- Panie redaktorze, mnie się wydaje, że wielu działaczy, którzy przyjeżdżają czy przyjechali na ten zjazd, to też są światowcy. Może nie tej klasy, co Boniek, ale też jeżdżą trochę po świecie, oglądają wielką piłkę, oglądają wielkie kluby. Nie są to tacy zapyziali prowincjusze.

Ale nie jest tak, że doły jednak wolą swojaka? Kogoś takiego wyrastającego z terenu, z ludowych zespołów sportowych?

- Być może, że tak jest, ale chciałbym zwrócić uwagę, że ci, którzy są delegatami na zjazd, to już nie są doły. To są ludzie, którzy przeszli wielkie sito eliminacyjne. Aby zostać uczestnikiem zjazdu, trzeba mieć za sobą parę dobrych lat działalności w sporcie, działalności w piłce.
 
Mówi pan: Nie powiem na kogo stawiam, komu kibicuję. Ale może pan powie, kto - według pana - ma największe szanse w tym wyścigu?

- Szczerze mówiąc, sprawa jest bardzo otwarta. Może teoretycznie najmniejsze szanse ma Zdzichu Kręcina.

A Zdzichu Kręcina nie, bo co? Bo się źle kojarzy? Z przekrętami? Z aferami?

- Wszystko to, co za nim się wlecze, że tak powiem, bardzo mu w tym przeszkadza i jego udział w tych wyborach, w moim przekonaniu, jest taki, żeby w decydującej fazie oddać swoje głosy na stuprocentowego kandydata.

 To Zdzicha odkładamy na bok. Ja słyszę: największe szanse ma ktoś z pary Potok - Kosecki.
 
- Być może tak będzie. Jedna jak i druga kandydatura ma swoje zalety i wady. Na niekorzyść Koseckiego przemawia działalność polityczna.

Reklama

Obciążenie partyjne.
 
- Jak najbardziej. Dlatego, że działacze, którzy tutaj są, to są kombatanci wieloletniej wojny ministerstwo sportu - PZPN. Trzech ministrów połamało sobie zęby, paru kuratorów przyszło i musiało w niesławie z PZPN-u wychodzić - i ci ludzie o tym pamiętają.

A część z nich walczyła z ministrami z Platformy Obywatelskiej, wobec czego - jak rozumiem - mają poczucie, że Kosecki to raczej naturalny wróg niż naturalny przyjaciel.
 
- Może inaczej. Może istnieć obawa, że wprowadzi paru polityków do działalności związku.
 
To w takim razie Potok. Tylko zastanawiam się, w czym tkwi jego siła? W dobrym osadzeniu w terenie? W długim stażu związkowym?
 
- Jego siła tkwi w tym, że wszyscy go dobrze znają i znają go z dobrej działalności, gdy idzie o pracę w strukturach PZPN-u. Ale nie tylko. Wykazywał się bardzo udaną pracą z młodzieżą, był łącznikiem między PZPN-em a ministerstwem, załatwiał wiele funduszy dla akademii piłkarskich, dla szkółek piłkarskich, i tak dalej, i tak dalej.
 
Tylko czy to jest człowiek, który potrafi odmienić oblicze związku? A tego związkowi bardzo potrzeba.
 
- Oczywiście, że potrzebna jest pewna zmiana, ale w moim przekonaniu najbardziej istotna zmiana to musi być zmiana medialna. Nawet gdyby prezesem PZPN-u został człowiek, który też się piłką interesuje, którego ja ileś tam lat wcześniej widziałem - mówię o Aleksandrze Kwaśniewskim - to on by też nie zmienił tego nastawienia mediów.
 
Ale Potok ma w ogóle papiery na to, żeby coś zmienić?
 
- Pewnie, że ma.

Ale jest showmanem? Umie przemawiać? Nie widzieliśmy go.
 
- Wie pan, nie jest showmanem na miarę kandydatów na prezydenta USA, bo tego w polskich szkołach nie uczą. Ale jest to człowiek, który ma poczucie własnej wartości, który wie, do czego dąży, który jest konsekwentny w tym, co robi, ma naprawdę sporo zalet.

 A nie jest tak, że Potok - i to nie jest ironia z nazwiska - to nie jest wejście do innej rzeki. To jest dokładnie ta sama rzeka, a jej wody kibicom kojarzą się bardzo mętnie.

- Panie redaktorze, Polski Związek Piłki Nożnej nie jest instytucją, która musi się wszystkim podobać, aczkolwiek ja, jeszcze raz podkreślam, co zresztą mówiłem we wcześniej rozmowie z panem, że ja kocham kibiców, że ja zdaję sobie sprawę z tego, że bez nich nie byłoby piłki, że oni są solą tej piłki, odgrywają olbrzymią rolę. Tylko kibica trzeba przygotować, nauczyć, czasem wychować.
 
Ale nie kłuje pana serce, jak słychać na każdym stadionie, co zrobić z PZPN i nie jest to miłe słowo.
 
- Jest to bardzo niemiłe słowo, ale powiem panu, że ta niechęć, że nie użyję określenia "nienawiść", zaszła tak daleko i że jakby Polska grała w finale mistrzostw świata, co jej na razie nie grozi i przegrała ten finał, to też by śpiewali: "J... PZPN".
 
A nie jest tak, że nad delegatami będzie ciążyła i wisiała taka chmura złej atmosfery, podejrzeń, oskarżeń i tej niechęci kibiców? Na ile to będzie istotne dla ich wyboru, a na ile to jest tak, że to jest taka twierdza?
 
- Ja panu powiem, po 15 minutach obrad powiem panu, czy rzeczywiście to, o czym pan powiedział ciąży czy też nie ciąży, czy ludzie potrafią się od tego odseparować, powiedzieć: "Panowie, przyjechaliśmy tutaj, aby tworzyć nową jakość, udowodnić, że potrafimy doprowadzić do pewnych zmian, potrafimy wyprowadzić piłkę na szersze tory, mieć inne horyzonty itd.
 

Długa to była noc przedwyborcza?
 
- Przyznam się, że nie uczestniczę w nocnych rozmowach.
 
Ale słyszał pan, czy przedwyborcze przeciąganie liny trwa.
 
- Panie redaktorze, żeby być dzisiaj w dobrej formie, to ja uznaję, że tak powiem, dyscyplinę przedmeczową.
 
Czyli śpiewy, hulanki i swawole pana nie budziły?
 
- To absolutnie nie.
 
A Bońka pan tu widział? Podobno on się zwinął i pojechał gdzieś.
 
- Nie wiem. Miałem okazję z nim zamienić parę zdań, ale czy został w hotelu, czy mieszka w tym hotelu - trudno mi powiedzieć.
 

Patrzy pan na Grzegorza Lato i myśli pan sobie: dlaczego mu się nie udało?
 
- Panie redaktorze, ja bym nie przekreślał tych czterech lat pracy Grzesia Laty, dlatego, że oprócz - powiedzmy sobie, od strony czysto sportowej - nieudanych wyników na Euro, to jednak było sporo przedsięwzięć bardzo udanych.
 
Czymś pan sobie tłumaczy, że jedne, co by nie mówić, jeden z najlepszych piłkarzy w historii Polski, tak fatalnie przegrywa, że nawet dzisiaj nie jest w stanie stanąć do walki o reelekcję.
 
- Ale zadałbym pytanie: na ile wina leży po jego stronie, na ile wina leży - mimo wszystko - po stronie mediów? Z całym szacunkiem dla mediów.
 
Media znienawidziły Grzegorza Lato?
 
- Jakoś...
 
Z wzajemnością?
 
- Powiedział pan, ze nie jestem showmanem i z tym się zgadzam. Nie jest to człowiek taki, który wyjdzie i od razu się będzie wszystkim podobał. Natomiast ma swoje zdanie.
 
Czy PZPN bezie walczył i podjął jakąś decyzje w kwestii procesu o odszkodowania od NCS-u za nieszczęsny dach stadionu?
 
- Decyzja będzie należała do nowego zarządu, nowego prezesa.
 
Czyli żadnych wiążących decyzji nie ma?
 
- Na razie nie ma.
 
To jeszcze ostatnie pytanie od słuchacza, pana Roberta: kiedy PZPN przestanie się bać zagranicznych trenerów? Boi się w ogóle?
 
- A dlaczego ma się bać? Natomiast, panie redaktorze, doświadczeń zbyt dobrych nie mamy. Dlatego, że - zwracam uwagę - graliśmy siedem razy na mistrzostwach świata, pięć razy na igrzyskach olimpijskich, dwa razy na mistrzostwach Europy i największe sukcesy odnosiliśmy, wtedy, kiedy trenerami byli polscy trenerzy. Dlaczego więc na siłę wprowadzać i uszczęśliwiać wszystkich, że mamy zagranicznego trenera.

Tutaj możesz śledzić relację na żywo ze zjazdu PZPN

Wszystko o kandydatach i wyborach na prezesa PZPN w naszym Raporcie Specjalnym

Jak oceniasz rządy Grzegorza Laty? Dyskutuj!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL