Reklama

Reklama

​Tokio 2020. Wyciszkiewicz: Popłakałam się po złotym biegu

Patrycja Wyciszkiewicz też marzyła o tym, by być w Tokio. Zamiast tego oglądała finał sztafety mieszanej 4x400 m przed telewizorem, a po zdobyciu przez Polskę złotego medalu olimpijskiego... popłakała się. "Emocje były, ale podeszłam do tego spokojnie" - powiedziała PAP.

O Wyciszkiewicz śmiało można powiedzieć, że jest jedną z najbardziej pechowych zawodniczek wśród 400-metrówek. Mimo licznych kontuzji ma i tak w dorobku dwa medale mistrzostw świata w sztafecie. I miała być też ważnym składnikiem obecnej reprezentacji. Tak się jednak nie stało. Uraz ścięgien Achillesa okazał się na tyle poważny, że obdarł ją z olimpijskich marzeń.

"Oczywiście sztafetę oglądałam. Starałam się być spokojna. Nie krzyczałam do telewizora, ale potem się popłakałam. Emocje wzięły górę. Ten medal to jest ukoronowanie tego wszystkiego, co wydarzyło się w ostatnich latach. To nie jest przypadek, czy szczęście. To ciężko wypracowana nagroda. To był piękny bieg i piękny czas" - zaznaczyła.

Reklama

Swoim koleżankom z bieżni serdecznie pogratulowała, ale też była spokojna przed finałową rywalizacją, bo... "byłam pewna, że medal będzie. Poza tym jak się w tym siedzi na co dzień, to na trzeźwo można przekalkulować jakie są szanse. Wierzyłam w miejsce na podium i byłam świadoma tego, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to krążek będzie".

Wyciszkiewicz miała też stały kontakt z dziewczynami. Kontaktowała się z nimi w trakcie zgrupowania przygotowawczego w Japonii. Mówiły jej już wtedy, że "noga się kręci", a treningi układają się bardzo dobrze.

Gdzie i kiedy oglądać Polaków w Tokio - Sprawdź teraz!

Ona ma też nadzieję, że to nie ostatni "sztafetowy" medal, bo liczy jeszcze na podium kobiet 4x400 m.

"Żeńska sztafeta jest bardzo równa i to jest jej główny atut. Z tego co jednak wiem mężczyźni też są w coraz wyższej dyspozycji i wyglądają naprawdę dobrze na treningach. Myślę, że jedno napędza drugie. Ten medal właśnie da dodatkowego kopa wszystkim" - uważa Wyciszkiewicz.

Podopieczna Iwony Baumgart nie była zaskoczona zmianami w składzie sztafety. Trenerzy w finale dokonali aż trzech roszad. Na trybunach usiadły Małgorzata Hołub-Kowalik i Iga Baumgart-Witan oraz Dariusz Kowaluk. W bezpośredniej walce o medale zaprezentowały się z kolei Justyna Święty-Ersetic, Natalia Kaczmarek i Karol Zalewski. Najbardziej zapracowany był Kajetan Duszyński, który wystąpił w obu biegach.

"Wiedziałam, że tak będzie. To nie było dla mnie wielkie zaskoczenie. Zresztą miałam informację z pierwszej ręki i było to wiadome już przed eliminacjami" - zdradziła.

Przed zawodnikami też jeszcze biegi indywidualne. Wyciszkiewicz uważa, że są one tak samo ważne, jak te starty w sztafetach.

"Każdy lekkoatleta marzy o tym, żeby na takiej imprezie poprawić rekord życiowy. To ukoronowanie pięcioletniej teraz pracy i tak dobry wynik doda też większej motywacji do walki w biegach rozstawnych. A jeżeli nie pójdzie, to wtedy to może być dobrą trampoliną, po odbiciu z której można swoje skrzydła rozwinąć w sztafecie" - oceniła.

Wyciszkiewicz obecnie dochodzi do siebie po poważnej operacji obu ścięgien Achillesa, dwóch kości piętowych i łódkowatych. Jeździ na wózku, ale ma nadzieję, że na przyszły sezon będzie gotowa.

"Biorę jednak pod uwagę każdy scenariusz. Nie znam osoby, która po takiej operacji wróciła do pełnej sprawności. Zrobiłam jednak generalny remont. Podjęłam radykalne decyzje o operacji dwóch nóg jednocześnie. Jeśli bym nie zrobiła tego zabiegu, nie byłabym na pewno w stanie dalej trenować, teraz jakaś nadzieja jest" - zakończyła.

Polska reprezentacja wywalczyła w Tokio dotychczas dwa medale. Wcześniej po srebro sięgnęła wioślarska czwórka podwójna w składzie: Marta Wieliczko, Agnieszka Kobus-Zawojska, Katarzyna Zillmann i Maria Sajdak.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje