Reklama

Reklama

Tokio 2020. Skąd afera w pływaniu? Bo najważniejsze są wybory

Z pływakami, którzy nie wystartowali w Tokio i wracają już do kraju, Polska nie powiększyłaby dorobku medalowego. Ci zawodnicy nie mieliby szans na dobry wynik. Może na tym polega największy błąd Polskiego Związku Pływackiego? Wysłali do Tokio zawodników po to, aby kadra była jak najliczniejsza, bo zbliżają się wybory.

Igrzyska jeszcze się nie rozpoczęły, a już mamy wielką aferę w polskim sporcie. Sześcioro pływaków: Aleksandra Polańska, Dominika Kossakowska, Alicja Tchórz, Bartosz Piszczorowicz, Jan Hołub i Mateusz Chowaniec zamiast trenować przed startem w Tokio lada moment będą z powrotem w kraju.

Na miejscu okazało się, że nie mieli "wymaganych uprawnień", czyli nie wypełnili minimów Międzynarodowej Federacji Pływackiej. W największym skrócie okazało się, że Polski Związek Pływacki błędnie zinterpretował przepisy kwalifikacyjne. Sześcioro zawodników według regulaminu nie miała prawa wystartować w zawodach olimpijskich.

Reklama

W kadrze pływackiej panuje rozgoryczenie. Wszyscy podpisali się pod listem domagającym się natychmiastowej dymisji prezesa PZP Pawła Słonimskiego, byłego trenera Otylii Jędrzejczak i Pawła Korzeniowskiego i zarządu związku. Trwa szukanie winnych. Może to jednak nie PZP, a PKOl? To zarząd PKOl zatwierdził kadry.

Przepychanki będą trwały długie miesiące, może lata. Co się jednak stało, że doszło do takiej wpadki?

Po pierwsze, wygląda na to, że w PZP zabrakło fachowca, który właściwie zinterpretowałby regulamin kwalifikacji olimpijskich. Każdy związek sportowy je otrzymuje i dokładnie analizuje. Niektóre federacje mają od tego zajmujących się tylko tym specjalistów. W razie wątpliwości na dwa lata, rok przed igrzyskami konsultują się z PKOl, ministerstwem. To zła interpretacja regulaminu spowodowała zamieszanie albo po prostu nastawienie, "że może się uda".

Po drugie, dla związku liczyła się ilość nie jakość. Polskie pływanie od kilku dobrych lat jest w kryzysie. Złota era pierwszej dekady XXI wieku, kiedy Otylia Jędrzejczak zdobywała medale olimpijskie, Paweł Korzeniowski był o krok od podium, nasi reprezentanci przywozili po kilka medali z mistrzostw świata, minęła. Na mistrzostwach świata w Gwangju w 2019 roku, ostatniej wielkiej imprezie przed Tokio, żaden z Polaków nie zdobył medalu. Tylko dwóch Radosław Kawęcki i Paweł Juraszek wystąpiło w finałach. Tzw. minimum B, które kwalifikowało zawodników do IO w Tokio w sztafetach, to w niektórych wypadkach były wyniki na poziomie mistrzostw Europy juniorów. Nie dawały nadziei na dobry rezultat, nawet w sztafetach. Ale jeżeli była okazja, to dlaczego nie  wysłać zawodników na najważniejszą imprezę czterolecia?

Po trzecie, w związku zbliżają się wybory. Być może to najważniejszy czynnik, który wywołał aferę. Jak zauważył Marek Plawgo na Twitterze pierwotnie kadra olimpijska w pływaniu liczyła 23 zawodników i 13 osób, z czego tylko jeden fizjoterapeuta. Niewykluczone, że niektóre z nominacji były elementem walki o stanowiska. Jechali ci zawodnicy, których trenerzy, szefowie klubów mogli dać głosy. Prezes PZP Paweł Słomiński zamierza(ł) ubiegać się o reelekcję. Ale afera w Tokio i protest kadry może odwieść go od tej decyzji, a nawet powinien.

Olgierd Kwiatkowski

Dowiedz się więcej na temat: IO Tokio 2020 | pływanie | Paweł Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje