Reklama

Reklama

Tokio 2020

Tokio 2020. Parakajakarka Katarzyna Kozikowska: Mam nadzieję, że wystartuję wcześniej niż za 510 dni

- We Włoszech przygotowywaliśmy się w ośrodku położonym 100 km od Rzymu. Nawet wtedy Włosi bardzo luźno podchodzili do zagrożenia. Gdyby nie informacje z Polski, nie mielibyśmy pojęcia, że koronawirus istnieje. Myślałam nawet, że to Polacy wyolbrzymiają problem choroby - mówi w rozmowie z Interią Katarzyna Kozikowska, mistrzyni Europy w parakajakarstwie.

Miała 13 lat, gdy straciła nogę. Ale wtedy, jak wspomina, bardziej przejęła się utratą włosów. Dziś jest szczęśliwą żoną, naukowcem, sportowcem. Sport pozwolił jej usamodzielnić się, dał radość i motywację do życia. - Swoim działaniem i życiem pokazuję, że niepełnosprawni mogą wyjść z domu i są ludźmi bardziej sprawnymi niż niejeden człowiek mijany na ulicy - mówi w rozmowie z Interią.

Reklama

Katarzyna Kozikowska ma jednak powód do zmartwienia. Igrzyska paraolimpijskie z powodu pandemii koronawirusa zostały przełożone na przyszły rok. Może się okazać, że dla parakajakarzy to będą pierwsze zawody po przerwie. - Nie wyobrażam sobie, że wystartuję dopiero za 510 dni - opowiada. Przygotowuje się, jak może - w domu na ergometrze kajakarskim. 

Olgierd Kwiatkowski, Interia.pl:  Czy sport jest dla pani odskocznią od nieszczęścia, jakie przydarzyło się w dzieciństwie?

Katarzyna Kozikowska, mistrzyni Europy w parakajakarstwie: - Nie traktuję własnego doświadczenia jako nieszczęścia życiowego. Uważam, że amputacja nogi spowodowała, że narodziłam się na nowo. Musiałam, jak dziecko, nauczyć się od nowa chodzić, musiałam przyzwyczaić się do pokonywania przeszkód życiowych. Początkowo sport miał mi służyć - pomóc w rehabilitacji. Ale stopniowo przekształcił się w pasję i sposób na życie. Zaczęłam od pływania, dziś trenuję kajakarstwo. Regularnie walczę o medale na imprezach rangi mistrzowskiej, jestem reprezentantką Polski. Dziś wszystko podporządkowuje sportowi - naukę, życie prywatne. W pewnym momencie musiałam dokonać selekcji wśród znajomych, bo nie każdy rozumiał, że trenuję, mam swoje związane z tym obowiązki. Nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Wszystko jest podporządkowane kajakarstwu, nie tylko moje życie, ale i życie mojej najbliższej rodziny. Sport stał się naszym życiem.

Czy dzięki sportowi stała się pani samodzielna życiowo? Jedną z głównych idei sportu paraolimpijskiego, którego twórcą był pochodzący z Polski sir Ludwik Guttmann, było właśnie dążenie do usamodzielniania się sportowców z niepełnosprawnościami.

- Moim rodzicom od zawsze zależało na tym, żebym stała się niezależna. Wychowywali mnie z takim nastawieniem, że brak nogi nie może mnie ograniczać i nie stanowi problemu w codziennych czynnościach. Nie było dla mnie żadnych usprawiedliwień - musiałam posprzątać, wykonać wszystkie swoje domowe obowiązki. Dziękuję za to rodzicom. Teraz jestem kobietą, która nie boi się wyzwań i walczy o swoje.

- Na świat pomógł mi się otworzyć sport paraolimpijski. W 2008 roku, kiedy rozpoczęłam treningi, wielu ludzi nie wiedziało w jaki sposób traktować sportowców i wszystkie osoby niepełnosprawne. Tematy naszych chorób, naszego zachowania były tematami tabu. Swoim działaniem i życiem pokazuję, że niepełnosprawni mogą wyjść z domu i są ludźmi bardziej sprawnymi niż niejeden człowiek mijany na ulicy.

I jest pani dziś rzeczywiście samodzielna? Przeniesie pani sama kajak na trening?

- Wszystko robię sama. Ale na przystani klubowej mamy problem, bo są strome schody. Idąc na trening z łódką poleciałabym prosto do wody. Trenerowi nie przeszkadza to, że musi mi nosić kajak. Pomaga mi. W innych sytuacjach radzę sobie i wolę radzić sobie sama, czasem popełnić błąd i dzięki niemu czegoś się nauczyć, niż czekać na pomoc.

Nie wstydzi się pani mówić o swojej chorobie, wskutek której straciła nogę.

- W 2006 roku wykryto u mnie nowotwór złośliwy kości udowej. Wcześniej pół roku leczono mnie na coś innego, lekarze postawili złą diagnozę - miałam mieć tylko naderwanie mięśnia. W końcu zdjęcie RTG wykazało, że pojawiło się coś brzydkiego. W piątek wieczorem miałam zrobione zdjęcie rentgenowskie, w sobotę rano przyjęto mnie na oddział. Miałam 13 lat. Nie pamiętam dużo z tego okresu, ale pamiętam, że nie zabolało mnie to, że nie mam nogi, ale że utraciłam włosy. Dopiero niedawno, po 12 latach od zakończenia leczenia, udostępniłam zdjęcia z tamtego okresu. Wtedy jako 13-letniej dziewczynie brak włosów wydawał się końcem świata. A to przecież nie jest koniec świata. Końcem świata nie jest też amputacja nogi.

Jak zaczęła się pani kariera sportowca?

- W 2008 roku w ramach rehabilitacji poszłam na pływanie. Po trzech tygodniach trener sekcji pływackiej zaprosił mnie do profesjonalnej grupy. Powiedział: "Chodź spróbujesz, jak ci się nie spodoba, to możesz przecież zrezygnować". Szybko w to się wkręciłam. Zobaczyłam w klubie, że ten nie ma ręki, ten nie ma nogi, ten jeździ na wózku, ten jest niewidomy, ale wszyscy sobie radzą. Byłam rok po amputacji. Dla mnie wszyscy wokół dawali przykład, że dla niepełnosprawnego nie ma przeszkód, by realizować swoje życiowe marzenia.

Pływanie zamieniła pani na kajakarstwo. Dlaczego?

- Trenowałam pływanie dziewięć lat, dwa razy próbowałam zakwalifikować się na igrzyska paraolimpijskie. Nie udało się. Brakowało setnych sekund. Po igrzyskach w Rio de Janeiro zadzwonił do mnie znajomy z sekcji kajakowej klubu Start Wrocław i zaprosił na treningi. Właśnie w Rio kajakarstwo zadebiutowało jako dyscyplina paraolimpijska. Powiedział, że mam predyspozycje do tego sportu. Posłuchałam się go i po roku był brązowy medal na ME w 2018, w 2019 zdobyłam złoto na kolejnych ME. Pływałam w bardzo trudnych warunkach. Brytyjce, która prowadziła, z rąk wypadło wiosło. Wygrałam głową. W sierpniu na mistrzostwach świata zapewniłam sobie kwalifikację olimpijską. Dopięłam swego.

Nie żałuje pani zmiany dyscypliny?

- Pokochałam kajakarstwo. Pływanie zaczęło mnie nudzić. Ten zapach chloru, liczenie kafelków, dystansu, wstawanie na szóstą rano na basen, to wszystko stawało się uciążliwe. Jak dostałam propozycję zmiany dyscypliny, nie zastanawiałam się. Mój narzeczony, a teraz mąż, od razu przekonywał mnie, że to właściwy wybór, dodawał mi nadziei.

Gdzie pani trenuje?

- We Wrocławiu na Odrze koło Elektrociepłowni, w której pracuje mój tata i przygląda się moim treningom. Często jeździmy na zgrupowania do Wałcza albo do Poznania na jezioro Malta. W tym roku byłam na obozie przygotowawczym we Włoszech.

Kiedy to było? Wie pani, dlaczego pytam?

- Koronawirus. Miałam kwarantannę, choć po moim powrocie - w lutym - nie używano jeszcze tej nazwy. Trwała krócej niż teraz. Gdybyśmy wrócili tydzień później, musielibyśmy potraktować ją poważniej. We Włoszech przygotowywaliśmy się w ośrodku położonym 100 km od Rzymu. Nawet wtedy Włosi bardzo luźno podchodzili do zagrożenia. Gdyby nie informacje z Polski nie mielibyśmy pojęcia, że koronawirus istnieje. Myślałam nawet, że to Polacy wyolbrzymiają problem choroby. A okazuje się dziś, że mieliśmy rację i dobrze, że tak robiliśmy. Wróciłam cała i zdrowa - bez koronawirusa.

Ale dziś wiadomo, że igrzyska paraolimpijskie odbędą się za rok. Nie martwi to pani?

- Na początku zareagowałam na tę wiadomość ze smutkiem. Czekałam na te igrzyska 12 lat. Ale potem stwierdziłam, że zdrowie jest najważniejsze, a poza tym to są dodatkowe 365 dane nam po to, żeby stać się lepszym. Mimo wszystko odbieram tę decyzję pozytywnie.

Jak pani trenuje? Zalecenie "zostań w domu" uniemożliwia trening na wodzie.

- Jestem w o tyle dobrej sytuacji, że mieszkam w domku jednorodzinnym. Mam w garażu ergometr kajakowy w garażu. Mogę wyjść do ogrodu, poćwiczyć. Mam trochę miejsca, żeby zrobić sobie małą siłownię. Nie odpuszczam treningów. Dalej trenujemy, na tyle, ile możemy. Mam tylko nadzieje, że kolejnymi moimi zawodami nie będą igrzyska, bo to oznaczałoby, że musiałabym czekać na pierwszy start 510 dni. Nie wyobrażam sobie tego. A co ze stypendiami? My Trenuję bardzo dużo i nie mam czasu na podjęcie pracy. Liczę na stypendium.

Czy sportowcy z niepełnosprawnościami mogą liczyć na sponsorów?

- Mam bardzo poważnych partnerów, dzięki którym mogę w spokoju przygotowywać się do igrzysk paraolimpijskich. To  Visa, Mazda Grua Wróbel, Hasco-Lek - wszyscy traktują mnie po partnersku. Nie liczy się dla nich wyłącznie wynik. Mam w nich oparcie nie tylko jako sportowiec, ale i jako człowiek.

Jakie nadzieje wiąże pani ze startem na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio?

- Celem jest medal, najlepiej złoty. Mamy trzy grupy niepełnosprawności, należę do trzeciej. KL-3, w której startują zawodniczki o najmniejszym stopniu niepełnosprawności - po amputacji nogi, z amputacją stopy. Są spore różnice między nami i niektórzy mogą być bardziej uprzywilejowani w walce o złoto. Rywalki są mocne, bardziej sprawne, ale o tym nie myślę, tylko robię swoje.

Wydaje się pani być spełniona. Jest pani osobą bardzo pogodną, pełną życiowego optymizmu.

- Jestem szczęśliwą osobą. Pół roku temu, dwa tygodnie przed mistrzostwami świata wzięłam ślub, wcześniej obroniłam tytuł magistra fizjoterapii na wrocławskim AWF, we wrześniu rozpoczęłam Szkołę Doktorską, choć było tylko 10 miejsc. To wielkie wyróżnienie. Uprawiam sport, ale mogę brać udział w życiu naukowym. W 100 procentach jestem skoncentrowana na przygotowaniach do igrzysk paraolimpijskich. Jeżeli zdobędę medal, to wtedy będę naprawdę spełniona.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski